Ślub z samą sobą oczami katoliczki
Joanna Racewicz / fot. Instagram (@joannaracewicz)
Facebook od kilku dni zalewają wpisy z informacją, że Joanna Racewicz wzięła ślub sama ze sobą. Przyciągnęło mnie jedno ze zdjęć z "uroczystości", które opublikowała dziennikarka i postanowiłam – jak to mam w zwyczaju – sięgnąć do oryginalnego wpisu celebrytki, od którego zaczęła się cała burza. Czytając go zastanawiałam się o co tyle szumu... Wiem jak działają social media i dla mnie to była po prostu reklama wydarzenia i spotkań dla kobiet. Owszem, dziennikarka zaczyna od opisania swoich uczuć i samego wydarzenia, ale wpis kończy kodem rabatowym i linkiem do zakupów. W świecie influencerów to normalne działania marketingowe.
W codzienności spotykam różnych ludzi. Jedni są praktykującymi katolikami, inni nie wierzą w nic, kolejni żyją karmiąc się duchowością wschodu. Znam wiele kobiet, które jak w masło wejdą w takie wydarzenie jak ślub sama z sobą. W dzieciństwie milczące, pomijane i stawiane do kąta. W dorosłości zajechane przez oczekiwania generowane przez bliskich, pracodawcę, przekłamany świat instagrama. Od lat balansujące na granicy przemęczenia i depresji. Gdy przychodzi ktoś kto mówi o tym, że można pokochać siebie, żyć szczęśliwie, pełną piersią, wybrać siebie – one w to wejdą. Gdy zobaczą łzy kobiety w białej sukni, która wybrała siebie – są w stanie rzucić wszystko i wszystkich i wejść na tę samą drogę. By zaspokoić głód, otulić siebie, w końcu poczuć się ważną. Pytanie czy to jest ta droga, która rzeczywiście wyrówna krzywe życiowe ścieżki?
Czytając komentarze pod wpisami dziennikarki przecierałam oczy. Mnie ten wpis (ani kolejny tłumaczący wątpliwości odbiorców) nie poruszył, nie dotknął we mnie żadnego głodu. Chyba byłam w mniejszości. Hejt, który się tam wylał nie wziął się znikąd. On się tam pojawił z jakiegoś braku. Czytałam słowa w stylu: "idź się leczyć"; "kiedy rozwód i czy też z usługą tych pań, za 5 tysięcy", "łzy za kasę"… Po co i kto pisze takie komentarze? Co się w ich autorach odezwało tak głośno, że nie byli w stanie po prostu przejść dalej?
Dla mnie takie "śluby" to nie jest uroczystość. Nie jest to wydarzenie warte uwagi, bo moja baza jest w zupełnie innym miejscu, swoje życiowe zaufanie pokładam w Bogu, nie w sobie. Dla mnie zakrawa to o robienie sobie bożków – z samoakceptacji, z polegania wyłącznie na swoich siłach, na swoich pomysłach, które nie zawsze muszą być życiodajne. Może dlatego wpis dziennikarki był dla mnie tylko zwykłą reklamą jakiegoś wydarzenia. Być może właśnie dlatego nie rozumiem skąd tyle komentarzy i kolejnych wpisów plotkarskich portali. O czym to mówi? Co nam to daje? O jakich problemach współczesnych kobiet jest ten cały szum? Bo nie oszukujmy się – skoro się klika, to porusza.
Dziennikarka nagrała dopowiedzenie, powołując się na przykazanie miłości. "Kochaj bliźniego jak siebie samego" – jednak nie padło tam całe przykazanie, pominęła coś, co dla mnie, jako osoby wierzącej, jest kluczem… "Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich myśli swoich, a bliźniego swego, jak siebie samego" – tak to brzmi, dokładnie w takiej kolejności. Czy więc ślub z samą sobą ma sens? Dla mnie nie. Bez fundamentu domu nie zbudujesz. Bez wsparcia ta chałupa rozsypie się w drobny mak. Gdy w jakiejś sferze życia powinie ci się noga i nie wystarczy już "powiedzieć sobie "tak" po wielu latach unieważniania" – jak mówi celebrytka – to kobieta znowu zostanie z niczym. Uboższa o 5 tysięcy, zawiedziona sobą, w poczuciu bycia oszukaną. Widzę wiele poszukujących kobiet wokół. Upadające i powstające. Jednak te najbardziej spełnione spotykam w Kościele. Tam, gdzie jak jej coś po ludzku nie wyjdzie, ma sakrament spowiedzi – za darmo i w każdej chwili. Sakrament, który przynosi siłę, uzdrowienie, ulgę. W Kościele, w którym ma wspólnotę (również innych kobiet) bez kodów rabatowych. Tam gdzie ma Słowo od Boga, który jest, był i będzie, bez względu na wszystko. Szukajmy i dbajmy o siebie, ale nie na chwilę, dla krótkotrwałego efektu. Bóg chce naszego szczęścia, wystarczy sięgnąć do Biblii by się o tym przekonać… Może warto przeczytać kawałek Ewangelii, choćby ten, który czytano w kościołach w poniedziałek (Mt 9, 18-26). Jestem katoliczką, która mówi "tak" nie tylko sobie, ale też Bogu i drugiemu człowiekowi. Podobno bez relacji usychamy… Pamiętajmy o tym, zanim zaczniemy szukać tam, gdzie nasze głody zostaną zagłuszone tylko na chwilę…
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł