Sprawa ks. Jankowskiego wciąż wymaga wyjaśnienia. Co naprawdę rozstrzygnął sąd?
zdj. poglądowe / fot. depositphotos.com
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku w sprawie publikacji o ks. Henryku Jankowskim nie kończy pytań, które od lat towarzyszą tej historii. Sąd zakwestionował prawdziwość jednej z opisanych w reportażu historii, ale nie rozstrzygał całości zarzutów dotyczących wykorzystywania małoletnich.
Przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku zakończył się kilka dni temu proces w sprawie publikacji „Gazety Wyborczej” na temat ks. Henryka Jankowskiego. Dotyczył on artykułu opublikowanego w 2018 r. pt. „Sekret Świętej Brygidy. Dlaczego Kościół przez lata pozwalał księdzu Jankowskiemu wykorzystywać dzieci?”. W reportażu przedstawiono m.in. relacje osób, które twierdziły, że były wykorzystywane seksualnie przez duchownego. Sprawa budziła wielkie emocje. Byli tacy – jak np. ówczesny marszałek Senatu Bogdan Borusewicz – którzy bez najmniejszego wahania nazywali prałata pedofilem. Inni (np. Lech Wałęsa) podkreślali, że choć znali go wiele lat, to nie zauważyli u niego żadnych niepokojących zachowań. Ci, którzy czuli się przez prałata ze Świętej Brygidy skrzywdzeni, pod osłoną nocy obalili jego pomnik. Jego obrońcy ustawili go jednak ponownie.
Na zmarłego w 2010 r. kapłana i jego zwierzchników, którzy mieli wiedzieć o jego skłonnościach, lecz nic z tym nie zrobili, doniesiono do papieża Franciszka. Do gdańskiej kurii zgłosiła się oficjalnie kobieta, która twierdziła, że ksiądz przed laty ją wykorzystał. Dwie inne osoby, wobec których ks. Jankowski miał dopuszczać się czynów lubieżnych, opowiedziały o tym przedstawicielom nieistniejącej już fundacji „Nie lękajcie się”. Wkrótce okazało się jednak, że człowiek, który w 2004 r. oskarżył prałata o gwałt (postępowanie umorzono), dwa lata później o to samo oskarżył dwóch ważnych polityków. Prokuratura uznała jednak, że jest osobą niewiarygodną, i śledztwo umorzyła.
Po publikacji „Gazety Wyborczej” gdańska kuria zapowiedziała przeprowadzenie dochodzenia o charakterze historycznym. Na konieczność wyjaśnienia sprawy zwracał też uwagę o. Adam Żak, koordynator Episkopatu Polski ds. ochrony dzieci i młodzieży. Kuria podobno jakieś postępowanie uruchomiła, ale zapadła głucha cisza. Wreszcie siostry ks. Jankowskiego wytoczyły proces o ochronę dóbr osobistych oraz prawo do dobrej pamięci o zmarłym bracie. I Sąd Apelacyjny w Gdańsku właśnie w tej sprawie podtrzymał wcześniejszy wyrok Sądu Okręgowego i nakazał „Gazecie Wyborczej” przeprosiny oraz wypłatę siostrom duchownego zadośćuczynienia.
Po tym wyroku zatriumfowali obrońcy ks. Jankowskiego wskazując, że sąd orzekł, że nie wykorzystywał on seksualnie małoletnich. Problem w tym, że nie o to w całej tej batalii szło. Jednym z wątków wspomnianego reportażu była historia 16-latki, która miała zajść w ciążę z ks. Jankowskim, a następnie popełnić samobójstwo. W 2013 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał, że ta historia nie znalazła potwierdzenia w archiwach sądowych ani milicyjnych z lat 1967–1970. I tą część rozstrzygnięcia utrzymał teraz Sąd Apelacyjny. Sędzia Teresa Karczyńska-Szumilas zwróciła uwagę, że nie można „dopuszczać tekstu opierającego się jedynie na tym, co napisze dziennikarz na podstawie opowiadań jednej osoby”. Innymi słowy: sąd nie obalił twierdzeń dotyczących tego, że duchowny wykorzystywał małoletnich, zanegował jedynie prawdziwość opowieści o 16-latce.
Sprawa zarzutów wobec prałata Jankowskiego w dalszym ciągu domaga się zatem wyjaśnienia. Unikanie podjęcia tematu to działanie na szkodę Kościoła. Przy zachowaniu zasady domniemanej niewinności powinno się polecić wysłuchanie świadków, przebadać archiwa, wziąć pod uwagę ustalenia prokuratorskie. Po co? By zdjąć z całej tej sprawy ciężar niewiedzy i niepewności. Po to, by twierdzenia o tym, że Kościół do wszystkich spraw molestowania seksualnego podchodzi z należytą powagą – o czym zapewnia wielu biskupów i księży – stały się wiarygodne.
Niemniej w sprawie zakończonego właśnie procesu jest coś co może niepokoić. W uzasadnieniu sąd stwierdził bowiem, że dziennikarz nie powinien opierać się wyłącznie na opowiadaniu jednej osoby. Co tu może niepokoić? Do wykorzystania seksualnego najczęściej dochodzi jeden na jeden. Bez świadków, bez żadnych zewnętrznych oznak. Zarówno zatem dziennikarze opisujący problematykę wykorzystania, jak i osoby poszkodowane mogą czuć niepokój. Ci pierwsi relację dotyczącą krzywdy dostają od jednej osoby – w zasadzie nie ma możliwości jej głębszej weryfikacji. Ci drudzy mogą czuć niepokój, gdy słowa sądu wezmą sobie do serca przedstawiciele Kościoła, którzy przyjmując zgłoszenia często wypowiadają raniące hasło: „słowo przeciwko słowu”. Relacja jest w zasadzie jednoźródłowa, a szczególnej ocenie podlega wiarygodność relacjonującego. Może się zatem pojawiać obawa, że historie o wykorzystywaniu znikną z przestrzeni publicznej (dziennikarze będą się bali je opisywać) lub, że Kościół nie będzie traktował poważnie osób zgłaszających swoją krzywdę. Trzeba te obawy rozwiać. Gdański sąd uznał bowiem, że skoro o śmierci 16-latki nie ma żadnych wzmianek w archiwach sądowych ani milicyjnych, to oparcie się na relacji osoby trzeciej nie jest wiarygodne. Nie ma oparcia w materiale źródłowym. I znów: nie oceniał, czy prałat wykorzystywał małoletnich, czy też nie; oceniał prawdziwość opowieści o śmierci nastolatki.
Śledząc całą sprawę ks. Jankowskiego widać, że od samego początku jest ona bardzo pogmatwana. I właśnie dlatego należałoby podjąć wszelkie możliwe działania, by ją do spodu wyjaśnić.
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Skomentuj artykuł