Wróciłam do pracy po dziesięciu latach. Trzy lęki zaprowadziły mnie na adorację

Zdjęcie ilustracyjne. Fot. QuicklyFy / Depositphotos

Jakiś czas temu wróciłam w pełni na rynek pracy. I udało mi się to zrobić dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam przez dziesięć lat karmienia naszych maluchów i odprowadzania starszaków do placówek (przed)szkolnych. Elastyczność ponad wszystko - takie było hasło. Żadnego sztywnego etatu, żadnej korporacyjnej klatki. No i udało się. Pracuję więc na zleceniach: tu książka do redakcji, tu kampania marketingowa do opracowania, tu raport z badań do napisania. Przeważnie w domu, czasem u Klienta, najczęściej z nosem w laptopie i z kubkiem melisy, która stygnie w tempie, jakiego fizyka jeszcze nie opisała.

Różnorodna. Ciekawa. Po mojemu. Taka jest więc moja praca i bardzo ją lubię, choć nie raz, i nie dwa myślę sobie z czułą ironią, że "tak, tak, właśnie dokładnie o to chodziło w tym marzeniu o elastycznej pracy na własny rachunek: żeby móc zupełnie spokojnie pracować nie czterdzieści godzin tygodniowo, tylko sto dwadzieścia …". Bo elastyczność ma to do siebie, że rozciąga się w obie strony. W praktyce oznacza, że nie ma godziny, o której praca się kończy, chyba że mentalnie masz do perfekcji opracowaną "procedurę wyjścia z biura". Ja jeszcze nie mam.

DEON.PL POLECA


Tak. Wróciłam na rynek pracy po dziesięciu latach "urlopu wychowawczego".

To zdanie jest zgrabne i niezupełnie uczciwe. Bo przez tę dekadę nie leżałam na kanapie z książką i kubkiem ciepłej kawy. Oprócz tego, że zajmowałam się moimi dziećmi i domem, w międzyczasie obroniłam doktorat, zredagowałam setki materiałów, pisałam regularne felietony i rozmaite treści w tzw. social mediach dla siebie, dla wspólnot i dla innych ludzi, z którymi od lat współpracuję w branży. Byłam aktywna zawodowo - w tym rozciągliwym, wygodnym dla wszystkich sensie, w jakim aktywna zawodowo jest kobieta pracująca między jedną gorączką malucha a udziałem w wycieczce klasowej jako dodatkowy opiekun. Ale pełny wymiar pracy - nawet ten wybrany, wymarzony, elastyczny - to jednak inne zwierzę

To zwierzę ma zęby. Ma deadline'y, które nie pytają, czy dziś któreś z dzieci ma jelitówkę. Ma skrzynkę mailową, która zapełnia się także w soboty. I ma tę okrutną właściwość, że kiedy pracujesz w domu, nikt - łącznie z tobą - nie do końca wierzy, że pracujesz naprawdę. Od kilku miesięcy żyję więc z trzema lękami. Chodzą za mną jak koty: niby cicho, ale zawsze pod nogami, tak, żeby się przez nie regularnie potykać.

Lęk pierwszy: że wypadłam

Ten okropny "uczuć", że świat pojechał dalej, a ja zostałam na peronie i macham (ach, ten obraz z książki Ani Hazuki "Druga" jest tak bardzo trafny i "o mnie" dziś, że nie potrafię znaleźć lepszego; kto czytał tę książkę, wie o której scenie mowa). Technologia przez tę dekadę nie tyle się zmieniła, co przeprowadziła się na inną planetę. Narzędzia, w których byłam kiedyś naprawdę dobra, są dziś eksponatem muzealnym. Sztuczna inteligencja robi w dziesięć sekund rzeczy, na które ja niegdyś rezerwowałam sobie pół dnia - i choć robi je z błędami, to dla szefa/zleceniodawcy nie zawsze liczy się jakość, za to szybkość wykonania zadania - zaczyna mieć priorytetowe znaczenie.

DEON.PL POLECA

 

 

Siadam do kolejnych zleceń z uporczywym wrażeniem, że wszyscy dookoła znają skróty klawiszowe przyspieszające efektywność pracy (i w ogóle życie zawodowe), a ja klikam myszką. Powoli. Jedną ręką, bo drugą przecież wciąż mam zajętą pilnowaniem, by nasz kilkulatek nie wsadził tego śrubokrętu, z którym paraduje po domu, do kontaktu.

Natrętnie wraca do mnie myśl, że kompetencje, których teraz trzeba, to kompetencje, których obecnie nie mam, bo przez dekadę ćwiczyłam inne: negocjacje z dwulatkiem, logistykę czterech planów zajęć, sztukę robienia obiadu z tego, co zostało. Bezcenne, tylko żaden Klient tego nie kupi. A ja muszę wygospodarować kolejny kawałek czasu, by wdrożyć się w nowy styl pracy.

Lęk drugi: że mnie nie ma

Dzieci nie mówią rzeczy najważniejszych na komendę. Nie mieszczą się w oknie czasowym przewidzianym w moim grafiku i nie da się z nimi umówić na "porozmawiamy o tym w czwartek o osiemnastej". One mówią to, co ważne, o 21:43, w drzwiach łazienki, w zdaniu wtrąconym między "mamo, a wiesz może gdzie jest mój piórnik?" a sakramentalne "ojej, na jutro mam przynieść kasztany i karbowaną tekturę!".

Ja o 21:43 mam do dyspozycji resztki uważności.

Czworo dzieci to cztery różne światy. Różne problemy, różne potrzeby, różne oczekiwania. I nie da się ich obsłużyć hurtem, jednym zbiorczym "no jak tam w szkole/przedszkolu?", rzuconym znad laptopa, z tym charakterystycznym półprzytomnym spojrzeniem, które dziecko rozpoznaje bezbłędnie i które oznacza jedno: "błagam, nie teraz".

Ile razy w tygodniu mówię ostatnio "nie teraz"? Wolę nie liczyć. Podejrzewam, że wyszłaby liczba, której nie chciałabym zobaczyć na piśmie.

A małżeństwo? Tak, udaje nam się czytać razem Pismo Święte, tak, udaje nam się razem modlić, ale czas na czułą, intymną rozmowę, taką zwykłą i bez konieczności ustalania zadań do ogarnięcia w trybie alertów Rodzinnego Centrum Dowodzenia, skurczył się drastycznie. Na budowanie małżeństwa zostaje mi to, co zostaje. Czyli niewiele. A przecież dobrze wiem, że miłość małżeńska nie JEST, ona się STAJE, i to codziennie, z materiału, który akurat mamy pod ręką. Kiedy tym materiałem jest wyłącznie zmęczenie, ryzyko, że wyjdzie z tego coś, co niebezpiecznie zacznie przypominać współlokatorstwo z podziałem obowiązków - znacznie wzrasta. A ja tak bardzo tego nie chcę …

Lęk trzeci: arytmetyka

Doba ma 24 godziny. Sprawdzałam kilka razy, licząc po cichu na błąd w pomiarach albo że wymodliłam wreszcie ten dar umiejętności poszerzania czasoprzestrzeni, o który wołam od lat do Najwyższych Instancji. Nadal ma 24. I tu zaczyna się ten kłopot znany z gry Tetris: jak te wszystkie klocki spod znaku "trzeba to ogarnąć" i "muszę to zrobić" upchać w sztywnych ramkach doby. Oczywiście w życiu ciągle jest za dużo spraw, którym powinno się w pełni oddawać sercę i głowę. Ale szkoda, że te serce i głowa nie mnożą się przez liczbę ról i obowiązków. Czasem naprawdę szkoda.

W poszukiwaniu pokoju

I z tymi wszystkimi lękami od paru miesięcy przychodzę do kościoła - z determinacją i przekonaniem, że to najlepsze miejsce, by kolejny chaos swojego życia ogarnąć. Uwaga: nie poszukuję tam poradnika zarządzania czasem. Gdybym go potrzebowała, mam internet pełen ludzi, którzy wstają o czwartej trzydzieści, mają system, matrycę i aplikację, którymi chętnie się podzielą (hehe). Do kościoła przychodzę po coś zupełnie innego. Idę z moim słabiutkim sercem do Najpotężniejszego Serca po wypełnienie.

"Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. (…) Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Mt 1, 28-29). To jeden z moich ukochanych fragmentów Pisma Świętego. I w tym kontekście tęsknię za homiliami o tym Sercu. Nie o tym, jak mam się bardziej starać, lepiej organizować i mądrzej ustawiać priorytety, tylko o tym, że jest Ktoś, przy kim wolno mi nic nie robić.

Adoracja jest dla mnie na przykład cudowną i wciąż zaskakującą metodą inercji Bożych sił. Przychodzę do kaplicy, klękam przed Najświętszym Sakramentem. Nie produkuję. Nie nadrabiam. Nie odhaczam. Nie mam nawet szczególnie pobożnych myśli - częściej brainrota z listą zakupów i niedokończonym zdaniem z raportu, nad którym pracuję. A jednak wychodzę stamtąd z pokojem, cierpliwością i mądrością, których nijak nie wypracowałam.

Dostałam. Ot, tak właśnie działa łaska w praktyce.

To jedyne miejsce w moim tygodniu, w którym sił przybywa, choć nic nie robię. Nie znam drugiej takiej ekonomii i naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak rzadko się o niej mówi kobietom, które są u kresu sił.

Więc jeśli widzisz się w tych lękach, i w tych obrazach - od których zaczęłam swój tekst, to chcę się podzielić z Tobą tym, co widzę, jak mnie umacnia i porządkuje chaos codzienności. Znajdź kaplicę, znajdź czas na adorację. Gwarantuję, przy Nim Twoje skołatane serce znajdzie odpoczynek i Słowo, które pomoże ci w tym wszystkim, z czym się teraz mierzysz.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Wróciłam do pracy po dziesięciu latach. Trzy lęki zaprowadziły mnie na adorację
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.