Co może nam umknąć, gdy opanuje nas zbiórkoza?

Co może nam umknąć, gdy opanuje nas zbiórkoza?
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. massonforstock / Depositphotos

Od kiedy zdarzyło mi się śledzić słynny stream Łatwoganga na rzecz fundacji Cancer Fighters, algorytm nie ustaje w próbach przechwycenia mojej uwagi nietuzinkowymi akcjami o charytatywnym wydźwięku. W ten weekend mu się udało. Raz po raz zaglądałam na YouTube'a, żeby z zapartym tchem obserwować niesamowity wyczyn dwojga Polaków, próbujących przepłynąć wpław Bałtyk na trasie Szwecja-Polska.

Bałtyk. Ten nasz piękny, nieprzewidywalny Bałtyk, do którego ja, zadeklarowana miłośniczka tropików, weszłam w tym sezonie raz, po pas, uznając to za dowód mojego męstwa i pierwszy krok na drodze do morsowania. W piątek 31. lipca 2026 r. ze szwedzkiej plaży w Kåsebergdze weszło do tej zimnej wody dwoje ludzi. Bartłomiej Kubkowski płynął w stronę Dziwnowa, Karolina Szczepaniak w stronę Pobierowa. Około stu sześćdziesięciu kilometrów, bez snu, bez prawa dotknięcia łodzi asekuracyjnej; jedzenie i picie podawano im z pokładu, na specjalnym kiju.

DEON.PL POLECA

W niedzielę 2. sierpnia koło dwudziestej Bartłomiej Kubkowski wyszedł o własnych siłach na plażę w Dziwnowie, po blisko pięćdziesięciu pięciu godzinach w wodzie, jako pierwszy człowiek w historii, któremu udało się przepłynąć Morze Bałtyckie wpław. W poniedziałek zespół Karoliny Szczepaniak przekazał, że jej próba została zakończona ze względów bezpieczeństwa w pięćdziesiątej ósmej godzinie próby, gdy do brzegu zostało jej wtedy jakieś czterdzieści kilometrów.

Dwie kropki i cisza

Przez cały weekend, gdy od czasu do czasu zerkałam na social media obu tych osób, nie mogłam opędzić się od zadziwienia, jak to jest, że kiedy do kawalerki Łatwoganga wpada gwiazda, żeby zgolić na wizji brodę albo zadzwonić do dawnego wroga, ekscytują się tym miliony ludzi, a tutaj dwoje Polaków płynie przez Bałtyk dwie doby non stop w charytatywnym celu i w głównych serwisach panuje spokój?

Dopiero oficjalny sukces Bartłomieja Kubkowskiego był wszędzie i oczywiście całkiem zasłużenie. Tyle, że gdy nagłówki dudniły o światowym wyczynie, o próbie Karoliny niewiele można się było dowiedzieć. A przecież jej pięćdziesiąt osiem godzin nieprzerwanego płynięcia w Bałtyku, bez snu i bez dotknięcia łodzi, jest równie ekstremalnym wyczynem, jak sukces kolegi.

Sukces, klapa i piąta próba

Jest w tym wszystkim logika medialna, którą - mniej lub bardziej świadomie - karmimy codziennie naszymi kciukami. Współczesne historie potrzebują przecież medialnych finałów. Najlepiej takich z brzegiem, tłumem, flagą i wzruszoną do łez partnerką. Jeśli spektakularnego finału nie ma - jeśli ktoś po prostu płynął, płynął, płynął, a potem przestał - materiał się przecież nie przebije, bo nie wiadomo, w którym miejscu postawić wykrzyknik. Ewentualną szansę na przebicie ma co najwyżej spektakularna katastrofa, łzy rozpaczy, jakiś życiowy dramat. Wysiłek sam w sobie od strony medialnej jest nudny i nieatrakcyjny.

DEON.PL POLECA

 

 

A przecież tym, co z tego wyczynu każdy człowiek może wziąć dla siebie, jest nie tyle kolejna “duma narodowa”, co inspiracja do zahartowania w próbach na drodze do wyznaczonych celów. Bartłomiej Kubkowski próbował przepłynąć Bałtyk pięć razy. W 2022 przepłynął sto piętnaście kilometrów w trzydzieści dwie godziny i musiał wyjść z wody przez załamanie pogody. Rok później - sto siedemnaście kilometrów w czterdzieści godzin. W 2024 r. zatrzymały go prądy i choroba morska po siedemdziesięciu dwóch kilometrach. W 2025 r. był najbliżej: sto pięćdziesiąt dziewięć kilometrów, ponad pięćdziesiąt godzin w wodzie i decyzja zespołu o wyciągnięciu go z morza, gdy zaczął tracić przytomność. Do brzegu brakowało jedenastu kilometrów. Jedenastu. Karolina Szczepaniak również już raz, rok temu, próbowała przepłynąć Bałtyk wpław. Tym razem zrobiła o szesnaście godzin więcej niż poprzednio, ale podjęła rozsądną decyzję o zakończeniu próby zanim podjęty wysiłek okazałby się dosłownie zabójczy. Nie zdziwię się, jak za rok przystąpi do tej próby po raz kolejny, by stać się pierwszą kobietą, która przepłynie Bałtyk wpław.

Nie mam pojęcia, jak się pracuje na taki hart ciała i ducha, ale fakt, że ta dwójka płynęła non stop przez grubo ponad 50h mnie się po prostu nie mieści w głowie. Jedno jest pewne: takie rzeczy nie biorą się ani z ejajów, ani z czytania podręczników sportowych, tylko z ciężkiej pracy. To owoc niesamowitego wysiłku, przeliczalny na lata treningów, na godziny prób, na otarcia, wymioty, spuchnięcia czy co tam jeszcze pojawia się podczas przygotowań do tego typu wyczynów. I ta postawa, ten hart ducha Kubkowskiego i Szczepaniak pokazuje nam, widzom, dobitny przekaz: “nieudane próby, to tylko próby; nie daj sobie wmówić, że to, co nie wyszło, to koniec świata”.

Nie każdy musi być ultra, choć wielu po cichu bywa

Jednocześnie chcę zasygnalizować jedną rzecz, żeby ten tekst nie zamienił się w felieton pod hasłem “wszystko jest kwestią treningu i twoich decyzji” (bo nie jest). Granica między sportowym uporem a zafiksowaniem na pokonywaniu własnej słabości bywa też cienka, a my zbyt chętnie ustawiamy wybitnych sportowców w roli bóstw i guru życia. Co więcej, kiedy przez dwa dni patrzę na licznik cudzej wytrzymałości, łatwo mi potknąć się o myśl, że skoro on potrafi płynąć dwie i pół doby, to ja ze swoją kolką po piątym kilometrze biegu jestem jakimś wybrakowanym modelem człowieka. To trochę inna odsłona znanego w chrześcijańskich środowiskach hasła motywacyjnego: "Twoja doba ma dokładnie tyle samo godzin, co doba św. Jana Pawła II czy Matki Teresy z Kalkuty". Prawdziwego, nośnego i ... zbyt często dobijającego. Nie każdy może być “ultra” sportowcem i nie każdy musi. W tym kontekście warto jednak zwrócić uwagę, że Kubkowski i Szczepaniak swoim wyczynem próbowali nam, widzom, pokazać inne maratony, innych “ultrasów”. Oboje płynęli przecież w celach charytatywnych, zbierając pieniądze na tych, którzy walczą o swoje zdrowie.

I rzeczywiście dzięki temu wielokrotnie w ten weekend moje myśli mknęły do ludzi, którym zbyt rzadko poświęcamy naszą społeczną uwagę, a których wysiłki bywają przecież równie ekstremalne. Myślałam np. o tych wszystkich znanych mi kobietach, które od siedmiu, dziesięciu, dwudziestu lat opiekują się bliskimi z niepełnosprawnością. Wstają w nocy, karmią, przewijają często dorosłego już człowieka, dźwigają go po schodach, jeżdżą na rehabilitację przez pół województwa, walczą o orzeczenia, o sprzęt, o refundację. Robią to bez wspierającego zespołu czuwającego nad ich osobistym bezpieczeństwem. One też często nie śpią czasami po 58h - dosłownie. Myślałam o tych znanych mi mężczyznach, którzy po pracy na budowie pędzą do domu opiekować się chorym na raka dzieckiem, i tych, którzy od lat sami noszą żonę z łóżka na wózek, i nie przyszłoby im do głowy nazywać tego jakimkolwiek wyczynem, choć dla mnie są przecież kategorią duchowych ironmanów. Oni też nie mogą dotknąć łodzi asekuracyjnej (przede wszystkim dlatego, że w ich przypadku takich łodzi po prostu nie ma). To, co robią tacy ludzie, to też są ultramaratony, tylko że bez licznika, bez transmisji i bez perspektywy brzegu, na który można by kiedyś wyjść przy tłumie skandującym imię.

Coś co mnie zatrzymuje: zbiórkoza

Bartłomiej Kubkowski płynął dla podopiecznych Fundacji Cancer Fighters - na liczniku zbiórki wybiło grubo ponad pół miliona złotych. Karolina Szczepaniak płynęła dla czternastoletniego Piotrka, który po nieszczęśliwym skoku do wody doznał urazu odcinka szyjnego kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia; podczas jej próby zebrano kilkaset tysięcy złotych. Te liczby rosły i rosną także po zakończeniu wydarzeń z nimi związanych. I to jest prze-piękne!

Ale jest coś, co mi osobiście spokoju nie daje. Dlaczego pieniądze na rehabilitację czternastolatka trzeba zdobywać, dokonując tak ekstremalnych wyczynów? Dlaczego dziś, żeby pieniądze na leczenie realnie się pojawiły, ktoś musi uruchomić maszynerię: zespół, transmisję, patronów medialnych, licznik, który rośnie na oczach widzów, i wydarzenie na tyle nietuzinkowe, żeby wygrać z resztą internetu. Czy nie jest to już ten moment, w którym współczucie zaczyna działać jak reklama i jako takie potrzebuje odpowiedniego formatu? Czy zdajemy sobie sprawę, jak bardzo się do tego przyzwyczailiśmy? Czy zauważamy jeszcze moment, w którym zbiórka na rzecz cudzego zdrowia przestaje być uzupełnieniem systemowej pomocy, a staje się jej głównym kołem zamachowym? I co mają robić ci potrzebujący, którzy nie znają żadnego ultramaratończyka, aktorki, rekordzisty, influencera. Ich potrzeby są przecież identyczne, ale licznik finansowy nie ma szans przekroczyć magicznych progów.

Żeby było jasne - ani Pan Bartłomiej, ani Pani Karolina tego mechanizmu nie wymyślili. Oni zrobili z nim jedyną rozsądną rzecz - obrócili go w dobro. Oboje podkreślali w swoich wypowiedziach, że chcą by ich wysiłek przyniósł realny efekt. I tak się stało! Pozostaje jednak pytanie, które warto sobie raz po raz przynajmniej uświadamiać: co się dzieje z wyobraźnią społeczeństwa, które powoli uczy się, że na leczenie, na rehabilitację, na odbudowę spalonego domu pieniądze przychodzą wtedy, gdy pojawi się ktoś gotowy zapłacić za nie ekstremalnym wysiłkiem albo po prostu zainicjowanym show? To jest przyzwyczajenie, które rośnie po cichu, bez żadnej decyzji, i po kilku latach zaczyna wyglądać na porządek naturalny.

A skoro jest ono zbudowane z uwagi, to podlega tym samym prawom, co wszystko inne w tej ekonomii: dewaluuje się. Wyczyn, który wczoraj poruszał, jutro będzie standardem, a pojutrze zrobi się z niego typowy gatunek. Wtedy potrzebny będzie mocniejszy bodziec, dłuższy dystans, zimniejsza woda. Tylko po tę zimniejszą wodę wcale nie trzeba jechać do Kåsebergi. Ona być może jest piętro wyżej, w mieszkaniu, w którym ktoś dziesiąty rok z rzędu nie przesypia całej nocy, bo pielęgnuje chorego współmałżonka. Tego typu rekordy wytrzymałości padają u nas przecież codziennie, tylko nikt ich nie mierzy. Pan Bartłomiej i pani Karolina weszli do Bałtyku między innymi po to, żeby ktoś spojrzał w tamtą stronę. Zauważymy to?

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Grzegorz Strzelczyk, Aneta Kuberska-Bębas

Jak wiele dzisiejszy Kościół ma wspólnego z Jezusem?

Czy Kościół zabrał nam wolność, którą podarował nam Chrystus? Wierzymy w jednego Boga, czy może w trzech? Czy to, co święte, kończy się na progu świątyni? Czy...

Skomentuj artykuł

Co może nam umknąć, gdy opanuje nas zbiórkoza?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.