„Żeby mu ręce odpadły”. Polak, który zniszczył figurę Maryi w Medziugorie, ofiarą hejtu i gróźb
Sprawcą zniszczenia figury Matki Bożej w Medziugoriu okazał się Polak. I to nie żaden satanista ani – tym bardziej – „lewak”, jak wielu zdążyło sobie wyobrazić. Był to Polak-katolik, ewangelizator. Młody człowiek, który jeździł na rekolekcje, działał we wspólnocie, publicznie opowiadał o swoim nawróceniu, a nawet napisał o nim książkę. Reakcja na jego czyn również okazała się... „katolicka”. „Żeby mu ręce odpadły”. „Sam skazał się na piekło”. „To nie Polak, tylko osoba polskojęzyczna”. „Diabeł w ludzkiej skórze”. „Zwyrodnialec”. „Komuch”... Takie komentarze publikowali często ludzie, którzy na swoich profilach umieszczają krzyże, różańce i deklaracje miłości do Matki Bożej. A to tylko część wpisów. Nie wspominam już o komentarzach Chorwatów i Bośniaków, słynących z wyjątkowo barwnego – i w takich sytuacjach niezwykle dosadnego – języka.
Mówiąc krótko, na Polaka wylał się w Internecie ogromny hejt, który nijak nie pasuje do ewangelicznych hasełek obficie cytowanych na ziejących jadem pseudokatolickich profilach. Taki hejt i nienawiść, to także profanacja – Chrystusa, który jest obecny w każdym człowieku, także tym pogubionym i poranionym przez grzech. To profanacja sacrum ludzkiej godności hejtera, ponieważ nienawiść, choć wymierzona w drugiego człowieka, najbardziej pustoszy wnętrze tego, kto ją żywi. Paradoks „obrońców wiary”, którzy w imię miłości do Maryi szafują wyrokami potępienia i życzeniami kalectwa, obnaża głęboką korozję duchową. Agresja słowna nie naprawia zniszczonej figury ani nie przywraca spokoju na Górze Objawień, mnoży tylko zło.
Przed skutkami hejtu i nienawiści w internetowych komentarzach przestrzegł na Facebooku między innymi Marcin Jakimowicz. „Nie przeczytałem w nich o desperackim krzyku rozpaczy kompletnie pogubionego człowieka, któremu posypało się życie i który przeżywa ogromne problemy psychiczne. Znalazłem wiadra hejtu. Lincz” – napisał publicysta Gościa Niedzielnego. „Nic nie usprawiedliwia profanacji, ale zanim kogoś niemiłosiernie osądzimy i skażemy na piekło trzeba poznać całą historię” – dodał.
Zanim potępimy dostrzeżmy dramat, który kryje się w tle
A historia sprawcy jest niezwykle złożona i pełna cierpienia. Zna ją doskonale Jacek Sobierajski, polski reżyser i producent, który Polaka poznał osobiście przy okazji kręcenia filmu „Powołany 2”. „Był wówczas w zupełnie innym okresie swojego życia – zarówno prywatnego jak i duchowego – napisał na Facebooku Sobierajski. – Wielu zadaje dziś pytanie: «Jak to możliwe, że zrobił coś takiego?». Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem jednak, że od dłuższego czasu zmagał się z bardzo poważnymi problemami natury psychicznej, być może wymagającymi leczenia psychiatrycznego. Dorastał w dysfunkcyjnym domu, a konsekwencje tamtych doświadczeń nosił w sobie przez lata. Niedawno doświadczył rozpadu małżeństwa, następnie utrata pracy i kolejne życiowe kryzysy, które tylko pogłębiały jego cierpienie. Wyjechał za granicę. Rozmawiałem z nim telefonicznie wielokrotnie. Niestety nie chciał przyjąć pomocy” – napisał Jacek Sobierajski na swoim profilu na Facebooku apelując do czytelników, by za łatwo nie ferowali wyroków.
Przyznał, że historia młodego Polaka nie usprawiedliwia tego, co zrobił, a profanacja jest czymś niedopuszczalnym i bardzo bolesnym. „Zanim jednak potępimy człowieka, warto pamiętać, że za jego czynami może kryć się dramat, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Dlatego dziś proszę Was przede wszystkim o wsparcie duchowe. Nie o usprawiedliwianie zła, ale o miłosierdzie dla człowieka, który – jak wierzę – bardzo potrzebuje Bożej łaski, pomocy i ludzi, którzy nie przestaną wierzyć, że może jeszcze powstać” – czytamy we wpisie reżysera i producenta. „Historię B. i jego trudnego dzieciństwa możecie poznać w filmie «Powołany 2», dostępnym bezpłatnie na YouTube. Wierzę, że Bóg potrafi pisać prosto nawet po najbardziej krzywych liniach i że ta historia nie musi być ostatnim rozdziałem jego życia. Możemy pomóc mu ją zmienić. Zróbmy to wspólnie” – zakończył.
Nie zamykajmy się w klatce nienawiści
Psychologiczny mechanizm nienawiści działa jak trucizna, którą człowiek zażywa z nadzieją, że zaszkodzi ona komuś innemu. Wylewając „wiadra hejtu” na pogubionego człowieka zmagającego się z kryzysem psychicznym, agresorzy sami zamykają się w klatce własnych emocji. Zamiast chrześcijańskiego współczucia i próby zrozumienia dramatu, jakim jest traumatyczne dzieciństwo, rozpad życia rodzinnego, utrata pracy i choroba sprawcy, wybierają język, który ich samych odczłowiecza. Nienawiść oślepia, odbierając zdolność dostrzeżenia w „zwyrodnialcu” czy „diable w ludzkiej skórze” osoby potrzebującej fachowej pomocy i miłosierdzia.
Z perspektywy wiary, na którą tak chętnie powołują się autorzy nienawistnych komentarzy, sytuacja ta jest dramatycznym sprawdzianem autentyczności religijnej. Jeśli deklarowana miłość do Boga nie przekłada się na szacunek do człowieka – nawet tego, który dopuścił się aktu wandalizmu, czy nawet profanacji – staje się ona pustą ideologią. Jak zauważył biskup diecezji Mostar-Duvno Petar Palić, akty nienawiści nie są w stanie zgasić światła Bożego, ale mogą trwale zatruć serce tego, kto pozwala, by przemoc (choćby tylko ta słowna) wzięła nad nim górę.
Ostatecznie to nie sprawca profanacji, lecz nienawidzący „tłum” ryzykuje najwięcej. Podczas gdy historia B. może mieć swój dalszy, prostowany przez Boga rozdział, hejterzy uwięzieni w swojej złości tracą to, co w chrześcijaństwie najcenniejsze: pokój serca i zdolność do budowania wspólnoty. Nienawiść niszczy bowiem najpierw fundament, na którym stoi ten, kto nienawidzi, czyniąc go niezdolnym do dialogu z Bogiem, który – jak przypominają źródła – jest miłością silniejszą niż jakakolwiek przemoc.
Skomentuj artykuł