Bp Artur Ważny: jak kochać drugiego człowieka, jeśli nie potrafimy pokochać siebie?
To pytanie wybrzmiało podczas Eucharystii, która zakończyła VIII Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji „Ciało do kochania” w Sosnowcu. Bp Artur Ważny przypomniał słowa przykazania: „Miłuj bliźniego jak siebie samego”. Zwrócił uwagę na tę ostatnią część, którą – jego zdaniem – łatwo przeoczyć. Trudno dojrzale kochać innych, a nawet Kościół, jeśli nie potrafimy przyjąć własnej kruchości i spojrzeć na siebie z miłosierdziem.
Publikujemy pełną treść homilii.
Kochani.
Zastanawialiście się kiedyś w głębi serca, dlaczego nasz dobry Bóg – nieogarniony Duch, nieskończony i doskonały Absolut – w ogóle wymyślił ludzkie ciało? Przecież mógł tak łatwo stworzyć nas jako czyste anioły. Jako świetliste byty, unoszące się gdzieś swobodnie w eterze, na zawsze wolne od potu, od słonych łez, od starczych zmarszczek, bolesnych uderzeń gorąca, łamania w stawach czy palącego pożądania. A jednak, w swojej niepojętej miłości, On wymyślił materię. Wymyślił nasz układ krwionośny i nerwowy, wymyślił cud dotyku. I co jest największym, najbardziej porywającym skandalem chrześcijaństwa – On sam w to nasze kruche ciało wszedł. Bóg stał się bezbronnym embrionem. Bóg żywy miał pępowinę. Miał ciało, które jadło, spało, które ciężko pociło się w starym warsztacie w Nazarecie, które drżało ze śmiertelnego strachu w ciemności Ogrójca i które w końcu, z miłości do nas, wykrwawiło się na drzewie krzyża.
Dziś, gdy z wdzięcznością kończymy ten niezwykły czas – nasz VIII Kongres Nowej Ewangelizacji, któremu przyświecało hasło „Ciało do kochania. Dobra nowina o ciele” – Liturgia Słowa wrzuca nas na bardzo głęboką wodę. Słowo Boże nie serwuje nam tanich pocieszeń, ale jeśli tylko pozwolimy mu dziś zadziałać, staje się ono dla nas jak pięć jasnych latarni. One rozświetlają to wszystko, o czym z taką pasją, a często ze wzruszeniem i łzami w oczach, słuchaliśmy i rozmawialiśmy przez te ostatnie trzy dni.
Pierwsze światło płynie do nas z Księgi Wyjścia. Słyszymy tam takie przejmujące zdanie: „Jeśli weźmiesz w zastaw płaszcz twego bliźniego, wrócisz mu go przed zachodem słońca, bo jest to jedyne jego okrycie i w nim tylko może on obwinąć swoje ciało; w czymże będzie spał?”. Zwróćcie uwagę na to jedno słowo: „płaszcz”. W oryginalnym tekście oznacza ono wierzchnie okrycie, często jedyną ochronę przed chłodem pustyni. Ale Ojcowie Kościoła dostrzegli w tym „okryciu” coś o wiele głębszego – przepiękną alegorię ludzkiego ciała, owych „skórzanych tunik”, w które miłosierny Bóg z troską ubrał człowieka po jego grzechu w raju. Ciało to płaszcz naszej nieśmiertelnej duszy. I Bóg mówi dziś do nas z taką ojcowską stanowczością, z takim zbawiennym, oblewającym serce zagniewaniem: nigdy nie wolno ci zabrać drugiemu człowiekowi jego płaszcza! Nie wolno ci obedrzeć go z godności jego ciała! A pomyślmy z bólem, ileż to razy w naszym świecie traktujemy ciało drugiego – własnego współmałżonka, współpracownika, przypadkowej osoby na ulicy – po prostu jako zastaw? Jako zwykły przedmiot do wykorzystania, do zaspokojenia własnej próżności czy egoistycznego pożądania? Ile razy odzieramy kogoś z tego najczulszego „okrycia” poprzez raniące słowo, zimną pogardę, niszczącą pornografię, ideologię czy przemoc, zostawiając go zupełnie nagiego na mrozie odrzucenia? Bóg stanowczo staje tu w obronie bezbronnych.
Staje murem w obronie tych, których ciało zostało boleśnie zranione przez ludzką krzywdę czy nadużycia, w obronie osób doświadczających rozdzierających zmagań ze swoją płciowością, i wreszcie w obronie osób z niepełnosprawnościami. Bóg pyta drapieżny świat: „w czymże ten człowiek będzie spał? Gdzie znajdzie swoje bezpieczeństwo?”. Bóg pragnie chronić nasze ciało, bo ono jest w Jego oczach po prostu święte.
Drugie światło rzuca nam Psalm. Tuż po tym mocnym tekście, śpiewaliśmy z wiarą: „Miłuję Cię, Panie, mocy moja”. Niezwykle intryguje tu słowo „miłuję”. W hebrajskim oryginale autor nie używa słowa oznaczającego jakieś chłodne, platoniczne „lubienie”. Rdzeń tego słowa oznacza wprost ludzkie wnętrzności, a jeszcze dokładniej – łono matki. To miłość głęboko instynktowna, fizyczna, cielesna. Dawid woła do Boga, posługując się obrazem tej najgłębszej, cielesnej więzi matki z jej maleńkim dzieckiem. Czyż to nie jest wprost niesamowite? Nasza duchowość w ujęciu biblijnym wcale nie ucieka od ciała. Jak wspaniale tłumaczą to mistycy, nasza miłość do Boga wręcz musi być ucieleśniona. Papież Benedykt XVI przypominał z wielką mądrością, że „Eros pragnie nas unieść ku boskości, wyrwać nas poza nas samych”. Płciowość nie jest żadnym błędem w systemie! To Bóg wyposażył nas w piękną pasję, w namiętność, w to wspomniane w psalmie „łono matki”.
Wyposażył małżonków w erotyczną miłość, w ogromne pragnienie zjednoczenia się z ukochaną osobą, po to, abyście w waszym łóżku, w waszej wierności, a także w waszym tak trudnym czasem przebaczaniu, uczyli się najprawdziwszej miłości, która daje nowe życie. Nie bójcie się namiętności, która oddana jest Bogu! Ona nie jest żadną pułapką, jest najpiękniejszym paliwem do świętości.
Trzecie światło przynosi Święty Paweł, gdy pisze: „odwróciliście się od bożków do Boga, by służyć Bogu żywemu i prawdziwemu”. Zatrzymajmy się na chwilę przy słowie „bożki”. Grecki tekst mówi o idolach, widmach, pustych obrazach bez żadnej substancji. Czymże są te dzisiejsze bożki w kontekście ciała? To te wszystkie smutne kłamstwa popkultury, które tworzą z ludzkiego ciała widmo. Z jednej strony sprowadzają ciało do mechanicznej maszyny naszych pragnień, do kawałka mięsa, które ma swoją datę ważności. Z drugiej – w przestrzeni cyfrowej, w wirtualnym świecie – tworzą z niego wyidealizowanego awatara, całkowicie wypranego z realnych zmarszczek, potu i chorób. Grecki bożek oznaczał również zjawę – coś, co udaje prawdziwe życie, a w głębi jest martwe. Odwrócić się dzisiaj od bożków, to porzucić te krzywdzące, nierealne oczekiwania wobec własnego ciała i ciała męża czy żony. To przestać szukać w ciele ułudnego boga, który ma dać wieczną młodość, a zacząć z pokorą służyć w tym kruchym, starzejącym się ciele żywemu Bogu i człowiekowi.
Czwartym światłem objawia nam się miłość Boga w Ewangelii. I tutaj dochodzimy do samego szczytu. Jezus, pytany o największe przykazanie, mówi jasno: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. Kluczem otwierającym serce jest tu słowo „całym”. Całkowicie, integralnie. Bez bolesnych pęknięć, bez wewnętrznej schizofrenii. Tymczasem my bardzo często próbujemy miłować Boga jedynie swoją duszą, uważając emocje serca i nasze ciało za coś podejrzanego. Święty Jan Paweł II, ojciec „teologii ciała”, napisał słowa, które zacytowałem wczoraj, a które wciąż brzmią jak wyzwalająca rewolucja: „Ciało, i tylko ciało, zdolne jest uczynić widzialnym to, co niewidzialne: duchowe i boskie”. Tylko ciało! Tylko poprzez wasze uściski, przez wasze ciche zmagania z niepłodnością, wasze łzy ronione przy opiece nad chorym dzieckiem z niepełnosprawnością, przez waszą heroiczną walkę o wierność tam, gdzie kusi zdrada – to wy robicie z niewidzialnego Boga kogoś namacalnie widzialnego dla tego świata! Jeśli tego nie zrozumiemy, nasza wiara pozostanie tylko wirtualną, suchą teorią.
I tak docieramy do piątego światła – końcówki dzisiejszej Ewangelii: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Spójrzmy z miłością na to sformułowanie: „jak siebie samego” – po grecku hos se auton.
Greckie słowo hos oznacza „w ten sam sposób, wedle tej samej miary”. Słowo nas poucza: nie potrafisz kochać współmałżonka, nie potrafisz prawdziwie pokochać człowieka borykającego się ze swoimi słabościami, skłonnościami homoseksualnymi czy zagubioną tożsamością, dopóki nie pokochasz „siebie samego”. Dopóki najpierw nie przyjmiesz z pełnym miłosierdziem prawdy o swojej własnej nędzy i o swoim własnym, poranionym ciele. Łagodna miłość do siebie samego jest pierwszym stopniem tej wielkiej miłości. Bo jakże masz wyciągnąć dłoń do kogoś w kryzysie, jeśli sam nienawidzisz własnej słabości? Jeśli z odrazą odrzucasz swoje starzejące się ciało? Spójrz na Chrystusa – On nie uciekł z krzyża, nie zrezygnował z ciała, gdy to zaczęło krwawić i boleć. Pozostał do końca.
Oto te pięć świateł nadziei z dzisiejszej Liturgii Słowa.
Moi drodzy. O tym właśnie był ten nasz Kongres. Przez te błogosławione dni zmagaliśmy się z tematami szalenie trudnymi: od budowania głębokiej intymności, przez duszpasterską, delikatną bliskość wobec wyzwań moralnych, po trud rodzicielstwa, niewyobrażalny ból straty dziecka i mądre towarzyszenie rodzinom. Byliśmy tu, w Sosnowcu, w sercu Kościoła, który – jak wszyscy wiemy – niesie przecież w sobie swoją własną, bardzo trudną historię. Ale wiemy, że Bóg nigdy nie brzydzi się naszych ran.
Bóg przez te rany wylewa na nas całe zdroje swojej życiodajnej łaski i nadziei. Niech z tego miejsca płynie odtąd Dobra Nowina o ciele!
Z całego serca dziękuję wam, że odpowiedzieliście na nasze zaproszenie – zaproszenie Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji Konferencji Episkopatu Polski oraz naszej diecezji. Pragnę przy tej okazji podziękować również wszystkim dotychczasowym członkom Zespołu za te ostatnie pięć lat naszej wspólnej, pięknej przygody. Dziękuję za wasze ogromne zaangażowanie, czas, talenty i mądrość, ale nade wszystko – za waszą wiarę i miłość do Kościoła. Niech Jezus hojnie wam błogosławi. Mówię to wam dzisiaj, ponieważ wczoraj Konferencja Episkopatu Polski, zgromadzona na Zebraniu w Zakopanem, wybrała nowych członków Zespołu na nową pięcioletnią kadencję. Wam zaś, nowo wybranym, dziękuję za piękną odpowiedź, zaufanie oraz odwagę. Was wszystkich proszę o gorącą modlitwę za nas, byśmy potrafili w Bożym Duchu właściwie rozpoznawać znaki czasu. Byśmy potrafili wnosić w Kościół, który jest w Polsce, ożywienie i nowość, by służyć budowaniu i poszerzaniu wspólnoty, a także jednoczyć i tworzyć Kościół jako dom otwarty i przyjazny dla wszystkich.
Pragnę także w tym miejscu, w imieniu Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji KEP, Fundacji Porta Fidei oraz własnym i Diecezji Sosnowieckiej, z głębi serca podziękować Partnerowi naszego przedsięwzięcia – Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Śląskiego, Urzędowi Miasta Sosnowca z Panem Prezydentem na czele, a także Zespołowi Szkół Muzycznych w Sosnowcu, w którego wspaniałej sali mogliśmy z radością gościć. Dziękuję mediom i wszystkim zaangażowanym instytucjom: Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II oraz oddanym Rycerzom Kolumba. Dziękuję z całych sił naszym wspaniałym wolontariuszom, Fundacji Muza Dei, Media Visage wraz z niezastąpioną ekipą techniczną – bez waszej cichej, „niewidzialnej” służby, ten Kongres po prostu by się nie odbył. Dziękuję naszym Partnerom i hojnym Sponsorom. Dziękuję prelegentom za ich wielką odwagę i mądrość, wolontariuszom za każdy serdeczny uśmiech, niezawodnej obsłudze tej sali, a wreszcie Wam – uczestnikom. Razem wszyscy jesteśmy Ciałem Kościoła stworzonym do kochania.
Bracia i Siostry! Kiedy za chwilę, na tym ołtarzu, chleb i wino staną się prawdziwym, rzeczywistym i substancjalnym Ciałem i Krwią Chrystusa, proszę Was o jedno: złóżcie na tym ołtarzu także wasze ciała. Złóżcie wasze małżeńskie alkowy, waszą przejmującą samotność, wasze ciche łzy bezdzietności, wasz dojmujący ból, pragnienia i pasje.
Nie bójcie się! Bóg nie chce wam niczego odebrać, On pragnie dać wam samego siebie, w obfitym nadmiarze.
Nasz Kościół niesie światu Dobrą Nowinę o ciele. Prawda o nim absolutnie nie jest pułapką, jest dopiero początkiem cudownej przygody. Odzyskajmy ten piękny płaszcz, utracony niegdyś w raju. Wyjdźmy stąd dzisiaj i idźmy do tego świata kochać czułą, ucieleśnioną miłością, bo tylko w niej – w ciele – spotkamy naszego żywego, prawdziwego Pana. Amen.
Źródło: Diecezja sosnowiecka / red


Skomentuj artykuł