Aborcja na Madalińskiego to także nasza wina

Aborcja na Madalińskiego to także nasza wina
Marta Brzezińska-Waleszczyk
5 lat temu

Wiadomość o nieudzieleniu pomocy dziecku poddanemu aborcji w szpitalu na ul. Madalińskiego każe postawić pytanie nie tylko o obowiązujące w Polsce prawo, które dopuszcza takie sytuacje, ale także o to, co każdy z nas zrobił, by pomóc jakiejś ciężarnej, osamotnionej kobiecie. W końcu mamy Rok Miłosierdzia. Wystarczy się trochę rozejrzeć.

Od kilku dni media, zwłaszcza te katolickie i prawicowe, intensywnie zajmują się sprawą aborcji, jaką wykonano w warszawskim szpitalu im. Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego. Lekarze, jak eufemistycznie stwierdzają komunikaty (np. prof. Ewy Helwich, krajowej konsultantki ds. neonatologii),  wywołali poród w sposób farmakologiczny i zakończyli ciążę.

Aborcja, choć miała przebiegać zgodnie z procedurami i w zgodzie z obowiązującym w Polsce prawem (pacjentka trafiła do szpitala z pełną dokumentacją medyczną, która dawała podstawę do wykonania "zabiegu"), nie przebiegła zgodnie z planem lekarzy. 24-tygodniowe dziecko przyszło na świat żywe. Według medialnych relacji, miało umrzeć ok. godzinę po narodzinach. Samotne i opuszczone. Zostawione w inkubatorze bez opieki lekarzy, pozbawione troski najbliższych. Nie zamierzam tu wdawać się w jałowe dla całej dyskusji spory, czy dziecko krzyczało przez 60 minut swojego krótkiego życia czy wyłącznie kwiliło, bo miało jeszcze nierozwinięte płuca, by móc wydawać przejmujące dźwięki. Sytuacja, do której doszło w Warszawie każe mi jednak podjąć refleksję nad kilkoma następującymi sprawami.

Zastanawiam się, co lekarzom przeszkodziło w otoczeniu tego malucha opieką. "Z dokumentacji wynika, że dziecko miało pojedyncze uderzenia serca. Zostało odłożone do inkubatora otwartego i zostało okryte. Tak małemu dziecku nie podaje się leków przeciwbólowych doustnie, tylko dożylnie. By to zrobić, należałoby wykonać wkłucie, ale to powodowałoby jedynie dodatkowy ból i byłoby uporczywą terapią, gdyż to dziecko nie mogło być uratowane. Dobrze, że pozwolono mu godnie i w spokoju odejść" - tłumaczy wspomniana prof. Helwich.

Czytam i dziwię się, że coś takiego mówi krajowy konsultant ds. neonatologii. Nie potrafię zrozumieć, że coś takiego wydarzyło się w szpitalu, pod okiem lekarzy, których misją jest przecież ratowanie życia. Każdego życia i bez względu na to, jak niewielkie szanse są na powodzenie akcji ratunkowej. I nie chodzi tu o unikanie uporczywej terapii, ale o samo podjęcie próby! Jeśli dziecko rzeczywiście było zbyt słabe na przeżycie, ta śmierć nastąpiłaby prędzej czy później. Maluszka zostawiono jednak samego, nie zrobiono kompletnie nic, by ulżyć jego bólowi.

Jako mama niespełna czteromiesięcznego dzieciątka nie potrafię zrozumieć, że do takiej sytuacji dochodzi w szpitalu. Na myśl o tym, że gdzieś tam są lekarze, który zostawiają w samotności cierpiące dziecko robi mi się słabo. Robi mi się słabo, kiedy pomyślę, że na takich lekarzy mogłoby przecież trafić także moje czy czyjekolwiek inne dziecko. Gdyby "nie rokowało", gdyby - nie daj Boże - stwierdzono u niego jakąś ciężką wadę, gdyby podczas porodu coś poszło nie tak. Nie zniosłabym myśli, że gdzieś obok w szpitalu moje dziecko leży samo, pozostawione przez lekarzy, którym nawet nie chce się spróbować podjąć jego ratowania.

I właśnie ta perspektywa świeżo upieczonej mamy pozwala mi w sytuacji, jaka wydarzyła się na Madalińskiego, zwrócić uwagę na niemych bohaterów tego dramatu. Bohaterów, o których nikt nie mówi, jakby wszyscy ci, którzy dziś tak chętnie zabierają w tej sprawie głos, zapomnieli, że przecież to dziecko miało matkę. I ojca. A jeśli już komuś z obrońców życia się o tym przypomni, to tak łatwo przychodzi ferowanie wyroków. Tak łatwo przychodzi ocenianie - że morderczyni, że zabiła, że wyrodna matka...

Mogę sobie wyobrazić, jak wiele lęków może odczuwać spodziewająca się dziecka kobieta. Domyślam się, jak bardzo się boi, kiedy słyszy, że jej dziecko ma tak skomplikowane wady, że raczej nie przeżyje poza jej brzuchem. A jeśli przeżyje, to będzie bardzo cierpiało. I będzie wymagało jej nieustannej uwagi i opieki. Że przykuje ją do siebie. Wyobrażam sobie, jak bardzo się boi, jeśli jest w tym wszystkim sama, jeśli nie może liczyć na ojca dziecka, jeśli nie ma oparcia w rodzinie.

Dlatego nigdy, przenigdy nie odważyłabym się jej oceniać. W żaden sposób. Nie mam zamiaru podnosić na nią kamienia. Nie tylko dlatego, że sama nie jestem bez grzechu. Po prostu. Uważam, że nie mamy prawa oceniać kogoś, kto znajduje się w takiej sytuacji granicznej. Tacy jesteśmy pewni, że sami zachowalibyśmy się właściwie? Wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono...

W całym tym zamieszaniu, jakie spowodowała aborcja na Madalińskiego, w tym dociekaniu, czy popełniono przestępstwo czy nie, czy postępowano zgodnie z procedurami, w tym składaniu doniesień na prokuraturę, umykają gdzieś rodzice tego dziecka, zwłaszcza matka. Wyobrażasz sobie, jaką traumę musi ona przeżywać, kiedy cała Polska żyje sprawą jej nieżyjącego dziecka? Kiedy ludzie w swoich bezlitosnych komentarzach nazywają mordercami lekarzy, szpital rzeźnią, ale czasem zapędzają się dalej i jej również nie szczędzą złych słów? Przecież ta kobieta potrzebuje teraz pomocy!

Potrzebuje ciszy i spokoju. Domyślam się, że również wsparcia. Czy ktoś o to zadbał? Czy ktoś z tych rwących się do oceniania pomyślał, co można zrobić dla matki tego dziecka? Przecież gdyby otrzymała ona wsparcie, gdyby ktokolwiek wyciągnął do niej rękę, może wcale nie zgłosiłaby się na Madalińskiego? Może zdecydowałaby się donosić ciążę do końca? Może, nawet gdyby uznała, że nie jest w stanie opiekować się chorym dzieckiem, zdecydowałaby się na oddanie go do adopcji/do okna życia?

Znaków zapytania ws. aborcji w warszawskim szpitalu jest bardzo wiele. Jednym z nich jest pytanie o obowiązujące w Polsce prawo, które dopuszcza aborcję ze względu na wady genetyczne płodu. Także pytanie o to, czy przyjęte w 1993 roku prawo należałoby w tej chwili zmieniać. Tak, jak kolejne rządy nie spieszą się do rozgrzebywania kompromisu aborcyjnego, tak biskupi dyplomatycznie milczą na temat tego, co wydarzyło się w szpitalu Świętej Rodziny. Owszem, komunikat wydał ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik Konferencji Episkopatu Polskie, ale brak mocnego, stanowczego głosu choćby jednego hierarchy...

Właściwie, może to i lepiej. Może lepsze jest to milczenie, niż z ambon miałoby paść o jedno słowo za dużo? Może lepsze milczenie, niż szafowanie oskarżeniami? Może lepiej nie powiedzieć nic, niż nazwać kogoś mordercą? Nie, nie chodzi o to, że jakoś specjalnie bronię lekarzy ze szpitala na Madalińskiego. Oni jednak wykonywali swoją pracę. Postępowali "zgodnie z procedurami". W zgodzie z obowiązującymi w Polsce przepisami. Nie wiem, czy działali zgodnie ze swoim sumieniem, ale to ich sumienie i to oni muszą ocenić.

Cała ta sprawa pokazuje jeszcze jedno - jak łatwo nam, Polakom, katolikom, dziennikarzom, publicystom, matkom... przychodzi ocenianie innych ludzi. Jak łatwo wydajemy wyroki, nawet nie próbując się pochylić nad drugim człowiekiem. Chętnie wydajemy osądy, bo tak jest łatwiej, niż komuś pomóc. Zostało jeszcze kilka dni Wielkiego Postu. Wielkiego Postu w Roku Miłosierdzia, w którym to mamy przypomnieć sobie o uczynkach miłosierdzia co do duszy i co do ciała. Nie tylko odświeżyć pamięć, ale podjąć realne działanie. Czy ktoś z tych pierwszych, co rzucają kamieniami, zrobił coś, cokolwiek, aby wlać odrobinę nadziei w serce jakiejś osamotnionej ciężarnej kobiety? Wystarczy się przecież rozejrzeć, takich matek jest wiele! Może gdybyśmy byli bardziej wrażliwsi na ciężarne kobiety, bardziej serdeczni dla nich, rzeczywiście uczynni i pomocni, takie sytuacje jak na Madalińskiego nie miałyby miejsca?

Marta Brzezińska-Waleszczyk - dziennikarka, publicystka, doktorantka, badaczka mediów społecznościowych. Współpracowała z takimi mediami, jak Fronda.pl, Gazeta Polska, Rzeczpospolita, Radio Wnet, Radio Warszawa, Niecodziennik, Fronda (kwartalnik), a ostatnio z Natemat.pl. Obecnie związana z Przewodnikiem Katolickim oraz portalem Ksiazki.wp.pl. Żona Marcina i mama Franciszka Antoniego.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Aborcja na Madalińskiego to także nasza wina
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.