Amoris laetitia? To trzeba zrobić, żeby ją zrozumieć

Amoris laetitia? To trzeba zrobić, żeby ją zrozumieć
(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.jezuici.pl)

Tak sobie myślę, że gdyby Franciszka poddać dyscyplinie polskiego Kościoła, to zostałby na niego nałożony zakaz publicznych wypowiedzi, gdyż przecież jego wypowiedzi, w określonych kontekstach tworzonych faktów medialnych, wywoływały i wywołują wśród licznych wiernych dezorientację…

Nie słabnie zainteresowanie papieskim nauczaniem zawartym w Amoris laetitia. Mam nieodparte wrażenie, że adhortacja wydana w marcu 2016 roku winna być czytana razem z inną adhortacją Franciszka Evangelii gaudium z listopada 2013.

To niewątpliwie dokumenty programowe tego pontyfikatu, a z dokumentami programowymi jest tak, że albo się nimi przejmujemy, albo bierzemy na przetrzymanie.

Przy czym programowość trzeba byłoby tutaj rozumieć dwojako. Jako pewien rzut w przyszłość. Ot, po prostu program duszpasterski - to, co Franciszek nazywa nawróceniem duszpasterskim Kościoła (co duszpasterzy boli strasznie). Oraz spojrzenie w przeszłość, gdyż obydwa dokumenty to swoisty audyt Kościoła.

Swego czasu Franciszek udzielił wywiadu, w którym mówił o dziedzictwie Soboru Watykańskiego II. Franciszek przywołuje w nim opinie historyków Kościoła, według których potrzeba około stu lat, żeby nauczanie Soboru przyjęło się w organizmie Kościoła. My jesteśmy w połowie drogi. Od Soboru upłynęło nieco ponad pięćdziesiąt lat. Czy czasami nie jest tak, że Franciszek w jednym i drugim dokumencie mówi do nas: proszę Państwa, sprawdzamy, gdzie jesteśmy. Taki audyt Kościoła też boli, zwłaszcza nas, Polaków, bo ponad połowa tego okresu od Soboru Watykańskiego II została zdominowana nauczaniem jednego Człowieka, świętego Jana Pawła II. A tu taki barbarzyńca z dalekiej Argentyny ośmiela się to wszystko sprawdzać. I szukać, niezadowolony z zastanej sytuacji, nowych rozwiązań.

To zainteresowanie nauczaniem Franciszka brzmi dwoma tonami: takim zgrzytem, który sugeruje, że papież pobłądził i wpadł w jakieś herezje. Jak sugerują to autorzy Correctio filialis de haeresibus propagatis. Warto przeczytać ten dokument z 16 lipca 2017 roku, gdyż dobrze oddaje on sposób myślenia, mentalność przeciwników Franciszkowego nauczania i Franciszkowej wizji Kościoła. Czyni to o wiele lepiej niż sławetne dubia czterech kardynałów, którzy też oprotestowali Amoris laetitia.

Tak sobie myślę, że gdyby Franciszka poddać dyscyplinie polskiego Kościoła, to zostałby na niego nałożony zakaz publicznych wypowiedzi, gdyż przecież jego wypowiedzi, w określonych kontekstach tworzonych faktów medialnych, wywoływały i wywołują wśród licznych wiernych dezorientację…

Ale są też tacy, którzy ten głos biskupa Rzymu przyjmują ze zrozumieniem. Przewodniczący Episkopatu Włoch, kardynał Bassetti, podczas jednej ze swoich konferencji prasowych nazwał Amoris laetitia arcydziełem i syntezą nauczania Magisterium Kościoła na temat małżeństwa i rodziny. I według włoskiego hierarchy trzeba ten dokument przynajmniej przeczytać i próbować zrozumieć.

Przynajmniej przeczytać. Taka minimalna duszpasterska powinność.

Być może próbą zrozumienia Amoris laetitia są dokumenty dwóch lokalnych konferencji biskupów, którzy na terenie swoich diecezji (chodzi tutaj o Sycylię i Kampanię) próbują wypracować praktyczne, konkretne zastosowania VIII rozdziału Amoris laetitia.

Taką próbą zrozumienia są też zapewne cykliczne sympozja organizowane przez włoską konferencję biskupów. To ostatnie (trzecie już, a nie ostatnie, bo planowane są kolejne) odbyło się w Rzymie 11 listopada i zatytułowane było: "Ewangelia miłości: między sumieniem a normą".

Spotkanie kilkudziesięciu teologów rozpoczęło się krótkim wystąpieniem księdza Paolo Gentili, dyrektora Narodowego Biura ds. Duszpasterstwa Rodziny Włoskiej Konferencji Biskupów, który starał się wyjaśnić racje wyboru tematu.

Skierowanie uwagi na związek normy z sumieniem i sumienia z normą to według organizatorów sympozjum próba przywrócenia Amoris Laetitia ludowi rodzin (takie byłoby dosłowne tłumaczenie: il popolo delle famiglie, chociaż polskie tłumaczenie nie oddaje siły włoskiego oryginału. Rzadko w naszym przepowiadaniu mówimy o Kościele jako Ludzie). Ksiądz Gentili, przekonany o tym, że sposób powsta(wa)nia Amoris laetitia (dwa synody poprzedzone ogólnokościelnymi konsultacjami - dla wierności prawdzie dodajmy, że każdemu Synodowi towarzyszyła taka praktyka. Nie jest to zatem pomysł Franciszka. Tak było już za Benedykta XVI i św. Jana Pawła II) pokazuje, że jest to dokument, który począł się z refleksji Ludu, Kościoła, teraz do tego Ludu, Kościoła, powraca.

I patrząc na Kościół włoski, trzeba powiedzieć, że istotnie zrobił wiele, żeby Amoris laetitia zagościła w Ludzie. Do czerwca 2017 roku dokument został zaprezentowany w 97 diecezjach, natomiast w 71 diecezjach włoskich wypracowano wskazówki prawno-duszpasterskie mające na celu realizację przesłanek VIII rozdziału adhoratacji papieskiej i aż 32 wydziały teologiczne przygotowały ścieżki tematyczne poświęcone Amoris laetitia.

Zaraz po księdzu Gentili głos zabrał sam Franciszek, który przygotował przesłanie wideo, a w nim powtórzył swoją opinię, że małżeństwo tworzy rodzinę i jej wzajemne więzi wydają się najlepszym antidotum na postępujący i natarczywy indywidualizm. To wszystko dzieje się w momencie, w którym z jednej strony Kościół, wierny nauczaniu Soboru Watykańskiego II, głosi prymat sumienia, zaś współczesny świat wydaje się zdominowany przez swoistą egolatrię, ubóstwienie "ja", które wyraża się w postulowanej przez świat niczym nie ograniczonej autonomii indywiduum, jednostki.

Rodzi się zatem podejrzenie, niebezpieczeństwo, że światowy (czyli pogański) postulat owej nieskrępowanej autonomii jednostki, podmiotu połączony z przypominanym (i bronionym) przez Kościół prymatem sumienia może doprowadzić do sytuacji, w której wszystko będzie zależne od decyzji podmiotu i jakakolwiek obiektywna (metapodmiotowa) prawda, norma stanie się nieosiągalną mrzonką.

Stąd też konieczność pracy około sumienia. I praca ta nie polega na tym, że my, chrześcijanie, rezygnować będziemy z prymatu sumienia, "które jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam na sam z Bogiem" (GS, 16), ale na tym, że podejmiemy wysiłek kształtowania owego sanktuarium każdej osoby, gdyż "jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować" (AL, 37). W świecie, w którym indywiduum, jednostka poddana jest tak rozlicznym społecznym mechanizmom (i wydaje się, że przez to zostaje zniesiona jej wolność), orędzie sumienia przynosi przede wszystkim nowinę, że człowiek nie przestaje być podmiotem, że człowiek podejmuje decyzje, z których konsekwencjami musi się mierzyć. Mimo wszystko wolny i odpowiedzialny.

Jedną z dróg tej pracy nad sumieniem (i zapewne z sumieniem) jest ukazywanie Ewangelii radości. Ona w zestawieniu z Prawem Mojżesza pokazuje najlepiej nowość nauczania Jezusa.

Refleksem tego nauczania jest Amoris laetitia, która według kardynała Bassettiego (w trakcie spotkania zabrał głos), odznacza się trzema istotnymi cechami: po pierwsze widać w niej ducha synodalnego, który objawia nowy sposób istnienia Kościoła; po drugie prymat miłości, miłosierdzia. Jakżeż w tym miejscu nie przywołać jednego z najbardziej wstrząsających fragmentów Franciszkowej adhortacji. Otóż pod jej koniec biskup Rzymu pisze:

Czasami wiele kosztuje nas zrobienie w duszpasterstwie miejsca na bezwarunkową miłość Boga. Stawiamy tak wiele warunków miłosierdziu, że ogołacamy je z konkretnego sensu i realnego znaczenia, a to jest najgorszy sposób rozwodnienia Ewangelii. Prawdą jest, na przykład, że miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, ale trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej (AL, 311).

Takie rozumienie miłości prowadzi ku trzeciemu aspektowi Amoris laetitia. To dokument, który przywołuje nas do konkretu życia małżeńskiego i rodzinnego. Unika zatem abstrakcyjnego moralizmu. I zachęca do tego wszystkich, którzy tworzą duszpasterstwo Kościoła.

ks. Adam Błyszcz CR - kapłan w zakonie zmartwychwstańców. Od września mieszka i pracuje w Tivoli

Kapłan w zakonie zmartwychwstańców. Autor rekolekcji o "Amoris Laetitia". Mieszka i pracuje w Tivoli

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Amoris laetitia? To trzeba zrobić, żeby ją zrozumieć
Komentarze (37)
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
30 listopada 2017, 23:01
Wydaje m i się, że omawialiśmy ten problem w poprzednich publikacjach na temat AL. Po co zatem przelewać próżne w puste. Wspomnę tylko, że stawanie się jednym ciałem  (definicja małżeństwa sformułowana przez Chrystusa ) jest procesem rozłożonym w czasie. Sama przysięga małżeńska jako formalność prawna, jedynie ten proces przypieczętowuje( ale tylko w sensie prawnym) ale go nie kończy w sensie procesu stawania się jednością ciała. Może się okazać, że jedna ze stron nie jest jednak zdolna do małżeńskiego pożycia z danym partnerem. Wówczas z definicji ewangelicznej nie było tam jeszcze małżeństwa w sensie rozpoczętego  procesu  pewnego (potencjalnego) stawania się dwojga  jednym ciałem. Proces pewny istnieje wówczas, gdy oboje  w teoretycznym i praktycznym sensie mogą dojść do takiej jedności. Proces niepewny ( nie ma możliwości potencjalnego dochodzenia do jedności u tych dwojga ludzi),istnieje wówczas, gdy jedna ze stron  po czasie ujawnia brak zdolności tworzenia wspólnoty sakramentalnego związku.  Przyczyny są tu różne. Jedna ze stron może np. nie mieć takiej możliwości stworzenia jedności związku małżeńskiego a tylko z formalnie poślubioną sobie osobą, z innym natomiast takie zdolności mogą się ujawnić i  z tym innym mogą współtworzyć jedno ciało. I tu na przeszkodzie stoi doktryna niektórych hierarchów ze źle rozumianym pojęciem małżeństwa (z nieewangeliczną definicją małżeństwa). Dlatego  istnieją małżeństwa  udane ale powstałe po drugim ślubowaniu.  Wyglądałoby wg AL, że te pierwsze małżeństwa z uwagi na ich niepełność potencjalną, nie są  ważnie zawarte. Taka moja robocza teza. Osnową  tego procesu jest introspekcja oraz sumienie podmiotów tworzących małżeństwo w procesie stawania się  jednym ciałem.To oni będą się osobiście rozliczać na Sądzie Ostatecznym czy ich proces budowy jedności małżeńskiej przebiegał w sposób bez krzywdzenia drugiej strony małżeństwa aż do doprowadzenia tego małżeństwa do jego nawet formalnego rozpadu. Innymi słowy, czy rozpad  pierwszego małżeństwa był zawiniony  czy istniały obiektywne przesłanki  budowania jedności czy ich  w rzeczywistości  w potencjalnym sensie nigdy tam nie było.  Do władzy kościelnej należy również rozeznanie co do istnienia obiektywnych przeszkód  budowania jedności małżeńskiej. Władza ta jak wiemy  może się czasem mylić, dlatego w ostatecznym rozrachunku osąd osobistego sumienia obojga osób  funkcjonujących w zawartym formalnie związku małżeńskim jest  istotny.
Z
ZbyszekMichal
30 listopada 2017, 23:49
Ciekawe ujęcie - może to tłumaczyć dlaczego czasem drugi związek jest lepszy od pierwszego. To rozumowanie ma wszakże poważne wady. Po pierwsze jest niepraktyczne, co więcej właściwie otwiera drogę do rozwodów. Bo w jakiż sposób ocenić czy związek jest już "jednym z dwojga"? Tu niestety w grę będą wchodzić uczucia - często głęboko fałszujące rzeczywistość. Ten błąd popełnili protestanci i małżeństwa w ich krajach są już w większości związkami tymczasowymi. Drugi argument przeciw takiemu podejściu to słowa samego Chrystusa który odpowiada na pytanie o zawarte małżeństwo (jak Pan to ujął "formalność przypieczętowująca proces") jest szalenie jednoznaczny: "Każdy, kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo; i kto oddaloną przez męża bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo" [Łk 16,18]. Nie ma tu żadnych dywagacji. Trzecim arguemntem przeciw Pana tezie jest Tradycja Kościoła czyli ni mniej ni więcej ale wydobyte przez tysiąclecia słowo Ducha Świętego z ludzkich gadań i opinii. Pańska opinia jest tworem świeżym, przy całym szacunku do Pana ta myśl jest dużo bardziej Pańska niż Boża (to samo dotyczy moich opinii). Tradycja dzięki setkom lat szlifowania pozwala wybić się temu co chciał przekazać Duch Święty, oczyścić to od ludzkiego, światowego a często i zabrudzonego szatańskim dotknięciem poglądu. Z tego powodu mogę raczej założyć prawidłowość oceny Kościoła (jak Pan to ujął "niektórych hierarchów") a odrzucić wersję którą Pan założył. Niepokojące jest że Papież doprowadził do takiego rozdarcia w nauce Kościoła i prowadzi wiernych w stronę złych rozwiązań. 1/2 cd pod spodem
Z
Zbyszek
30 listopada 2017, 23:50
2/2 Raczej powinno się postawić odwrtonie pytanie: skoro małżeństwo jest nierozerwalne od momentu złożenia przysięgi to jak prowadzić proces o którym słusznie Pan pisał ku faktycznej jedności? Dzięki nauce św JPII czy BXVI ja osobiście uczyłem się pokonywać swój egoizm, przegrywać z samym sobą i powierzać się i moje małżeństwo Panu. Dziś moje małżeństwo wygląda inaczej niż 20 czy 10 lat temu. Bogu dziękuję że mój kryzys / nawrócenie przyszło w czasach poprzednich papieży, a nie padłem ofiarą błędu czy chaosu wywołanego przez Franciszka. Znając siebie mój egoizm znalazłby znakomitą pożywkę w takich teoriach jak zarysowana przez Pana. I przegrałbym ja, moja żona i dzieci. Oczywiście znalazłbym sobie jakieś usprawiedliwienie dlaczego zło jest dobrem Drugim pytaniem które warto sobie zadać to co z tymi którzy wg Chrystusa grzeszą powtórnym związkiem, a widać że są sobie oddani. Nawet po ludzku mogą być szczęśliwi. Jezus nie po to jednak - wierzę - nauczał by narzucać nam ciężary nie do udźwignięcia. On wskazał drogę ku prawdziwemu szczęściu już tu na ziemi. Ale jak z takimi osobami rozmawiać? Jak towarzyszyć przyjacielowi który jest daleko od Boga a każdego dnia żyjąc w cudzołóstwie stacza się coraz bardziej? To mnie męczy, ale rozwiązaniem nie jest przekręcanie słów Ewangelii tylko jej zrozumienie
Z
Zbyszek
30 listopada 2017, 23:56
3/3 :) Gdy czytam własne słowa zaczynam chyba widzieć sens i to słowa którego często Franciszek używa w AL: towarzyszyć. Nie ma sensu memu przyjacielowi truć o grzechu cudzołóstwa gdy de facto odrzucił on Boga. Towarzysząc mu i jego bliskiej mogę dać im szansę nawrócenia. Nawet jeśli skończą jako protestanci to przynajmniej wyciągną ręce do jedynego Zbawcy. Trochę czyśćca gdzie z nimi (mam nadzieję i dla nich i dla siebie) odkryję czym naprawdę jest miłość i Niebo się otworzy.  Dziękuję @Agamemnon za okazję do przemyślenia i odnalezienia nadziei :)
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
1 grudnia 2017, 18:12
Po pierwsze jest niepraktyczne, co więcej właściwie otwiera drogę do rozwodów . Droga do rozwodów jest otwarta  poprzez prawo ustawowe. Bo w jakiż sposób ocenić czy związek jest już "jednym z dwojga"? Z zewnątrz nikt w zasadzie nie jest w stanie ustalić, jak tylko sami partnerzy, przy pomocy swoich własnych sumień i  przy pomocy być może nawet osób trzecich jeśli o taką przysługę poproszą np. spowiednika, psychologa czy nawet jakąś bliską  im osobę. Przede wszystkim ustalają  w oparciu o swoje sumienie, ale chyba zaciemnione  negatywnymi uczuciami oraz zjawiskiem projekcji, jakie pomiędzy partnerami  powstały w  układzie dysonansu jaki się wytworzył pomiędzy nimi. Naprawa układu korelacji jest niezwykle trudna czasem nieprzezwyciężalna. Dlatego  my z zewnątrz nie mamy tu wiele do powiedzenia, do powiedzenia  mają sumienia  z którymi  rozdarci  małżonkowie stają przed Stwórcą. Nie ma tu taryfy ulgowej. Sądzeni będą na podstawie stopnia swojej samoświadomości. I to oni w ostateczności decydują o swoim własnym losie. Podtrzymywanie sztuczne  czyli papierowe istnienie wspólnoty jednego ciała gdy rzeczywistość jest inna nic tu nie zmienia a tylko jakoś tyranizuje dwojga osób, które jednym ciałem nie są i jak praktyka wskazuje nigdy nie będą. W takim sensie jak rozumiem wkracza AL, gdzie dostrzega się podmiotowość  obojga nowych małżonków u których już występuje zasada jedności ciała, nie upiera się przy konieczności trwania w układzie przegranym ale otwiera się na układ już znaleziony, po przegranej pierwszej rundzie życia.  Problem jest trudny, a AL chce go  jednak rozwiązać i w tym leży wielkość  papieża Franciszka. Prawdopodobnie znaczna część małżeństw może być zawartych   nieważnie. Sądy biskupie być może , że nie stają na wysokości zadania i w takim świetle AL jest również dokumentem istotnym dla małżeńskich związków tych ostatecznie po błędach, zawartych.
MR
Maciej Roszkowski
1 grudnia 2017, 19:02
Myślę, że bliźniemu mamy okazywać szacunek braterski, cieszyć się z jego osiągnięć, ale jeśli to tylko możliwe stosować to "upomnienie braterskie". I to jest dla mnie najtrudniejsze, bo "kimże jestem..." a z drugiej strony za Niego też jakoś tam odpowiadam.  No łatwo nie jest.
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
1 grudnia 2017, 20:59
Nie są to łatwe sprawy. Nie nazywałbym  małżeństwa udane, które powstały po pierwszym nieudanym związku, że żyją w grzechu. Ta strefa  oceniana jest bezbłędnie tylko przez Boga. Dlatego w końcu powstał taki dokument jak AL.
Z
Zbyszek
1 grudnia 2017, 23:23
Rozwód jest dopuszczalny przez coś tak małego jak prawo ludzkie To co Pan pisze o zdolności czy samoświadomości osób jako takich z wlasnegondoswiadczenia wiem ze jest nieprawdą. Pójście drogą Kościoła która Pan neguje, droga krzyża jest jedyna droga do szczęścia. Powtórzę to co powiedziałem wcześniej: GDYBYM MIAŁ NIESZCZĘŚCIE POZNAĆ PANA POGLĄDY PARĘ LAT TEMU ZMARNOWAŁBYM ŻYCIE SWOJE, ŻONY I DZIECI. To jest spojrzenie praktyczne, dowodowe. Z pktu widzenia wiary w Jezusa Chrystusa Pański pogląd stoi w skrajnej sprzeczności z Jego slowami. Neguje Pan Ewangelię lub Tradycję. To jest najsilniejszy przykład przeciw AL a właściwie chaosowi który wywołał Franciszek :(
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
2 grudnia 2017, 01:26
GDYBYM MIAŁ NIESZCZĘŚCIE POZNAĆ PANA POGLĄDY PARĘ LAT TEMU ZMARNOWAŁBYM ŻYCIE SWOJE, ŻONY I DZIECI. Nie zrozumiał Pan toku  moich rozważań na okoliczność treści i założeń AL. Pańska sytuacja nie była nieprzezwyciężalna, Pańskie małżeństwo funkcjonowało w układzie pewnym, potencjalnie osiągającym ewangeliczną jedność ciała. Fakt, że nie obyło się bez kryzysów, nikt też nikomu nie gwarantuje dochodzenie bezkonfliktowe  w procesie rozwoju  małżeńskiej jedności. Są to procesy  jakie doświadczamy wszyscy małżonkowie. I nie są to moje poglądy, bo tak naprawdę na ten temat ich nie posiadam. Są to tylko rozważania na okoliczność treści AL. Jak na razie nikt ich nie obalił. Obalenie tych przesłanek  spowodowałoby dalsze próby poszukiwania rozwiązania tego problemu. Małżeństwo gdy stali się jednym ciałem jest  nierozwiazywalne, to oczywiste. Lecz tam gdzie nie stali się jednym ciałem  nawet w sensie pewnym czyli potencjalnym, wówczas  małżeństwa jak wynika z ewangelii jeszcze nie ma. Sama goła przysięga jeszcze nie czyni  obojga jednym ciałem. Tak wynika z ewangelii. Najpierw się łączą i stają się jednym ciałem. Stają się to czas przyszły.Ewangelia nie mówi:: łączą się i są jednym ciałem. Nie od razu się stają jednym ciałem. Tak wynika z obserwacji otaczającej nas rzeczywistości. Stawanie się to proces rozłożony w czasie. Ja w tym przypadku nie podważam nauki Kościoła, małżeństwo jest nierozerwalne, co więcej twierdzę, że również i w przyszłym życiu również będzie funkcjonować jedność w Bogu dwojga  kochających się osób. Trzeba też przypomnieć, że Kościół ma prawo związywać i rozwiązywać. To co zwiążecie na ziemi będzie związane w niebie a co rozwiążecie na ziemi będzie rozwiązane w niebie. cytat z pamięci.
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
2 grudnia 2017, 01:48
Przytoczę przykład  konfliktu małżeńskiego nieprzezwyciężalnego dla zobrazowania  próby moich rozważań na kanwie AL. Pewna 23 letnia dziewczyna, ładna, by nie powiedzieć nawet bardzo atrakcyjna, poznała dość przystojnego chłopaka. Pobrali się. Wzięli ślub kościelny. Tak się jakoś złożyło, że odwiedzili nas ( mnie i moją małżonkę) w dniu swojego ślubu. Złożylismy im życzenia. Po tygodniu pożycia małżeńskiego dziewczyna porzuciła męża i na krótko nawiązała kontakt ze swoim dawnym kochankiem z którym miała już wcześniej dwoje małych dzieci. Dzieci te wychowywał cały czas ojciec dzieci ( kochanek), który uznał je za własne. Po rozłące z prawowitym mężem (czyli osobą którą tydzień temu poślubiła) poczęła z kochankiem trzecie dziecko. Małżonek wniósł sprawę o unieważnienie małżeństwa. Jak na razie nie otrzymał je. Istnieje taka możliwość, że w ogóle je nie otrzyma. Małżonka  jak dotąd nie powróciła do prawowitego męża i nie ma najmniejszego zamiaru powrócić.
MR
Maciej Roszkowski
2 grudnia 2017, 21:33
A mnie ciągle dręczy pytanie. Jak rozumieć słowa Chrystusa "Kto pojął rozwiedzioną cudzołoży" i "Niech słowo wasze takl znaczy tak, a nie znaczy nie". Ile razy o to pytam odpowiedzią jest milczenie. Nie odpowiedział O. Dariusz ani nikt inny.
Manuel Vetró
Manuel Vetró
2 grudnia 2017, 23:23
Z radością przeczytałem Wasz głęboki i mądry dialog. Dzięki!
Manuel Vetró
Manuel Vetró
2 grudnia 2017, 23:25
Dzięki! 
Agamemnon Agamemnon
Agamemnon Agamemnon
3 grudnia 2017, 01:21
Załóżmy, że jedna strona małżeństwa (w pytaniu jest nią żona) dopuszcza się przestępstw przeciwko swemu małżeńskiemu związkowi i doprowadza do rozbicia swojego małżeństwa, np poprzez ni  stąd ni zowąd opuszcza na trwale swojego małżonka, bo się zakochała  w innym mężczyźnie atrakcyjniejszym od  poślubionej sobie osoby.  Wówczas spada na nią konsekwencja swojego działania. Nie może  poślubić kogoś innego, ponieważ  osoba ta jest formalnie w małżeńskim związku, tyle, że  już rozbitym z powodu swojej winy. Prawdopodobnie  można się domyślać, że gdyby chciała naprawić wyrządzone zło, mogłaby to zrobić jeśli nie jest za późno. Życie ma swój bieg i czas szybko biegnie i trzeba się decydować nad korektą uszkodzonego układu, drugi małżonek, który został  poszkodowany ma również prawo do godnego, pełnego  życia. Jeśli współmałżonek winny rozkładu małżeństwa, poślubi na mocy prawa cywilnego następną osobę, wówczas cudzołoży  a w świetle prawa kanonicznego takie małżeństwo jest nieważne czyli stanowi cudzołóstwo. Co jednak zrobi osoba  w danym związku małżeńskim  będąca niewinna rozkładu pożycia czy może zawrzeć następny związek już udany? Czy przysługuje jej prawo do życia w układzie w jakim się znalazła, czy ma być odstawiona na boczny tor życia ? Wiemy co znaczy żyć bez bliskiej sobie osoby, tak bliskiej jak mąż czy żona w dodatku  zrezygnować  z posiadania dzieci, gdy  się  jeszcze np. nie miało ich w związku który uległ rozpadowi, albo miało się za mało jaką chciałoby się mieć i na ile pozwalają warunki ekonomiczne również. Jakiś ksiądz może powiedzieć , że taka osoba, która jest  niewinna trwałego rozpadu małżeńskiego związku nie ma  prawa do ułożenia sobie po ludzku życia, tylko dlatego, że drugi małżonek ją na trwale porzucił. Stanowisko takie byłoby nieludzkie, by arbitralną decyzją niszczyć komuś życie, tylko dla zachowania formalizmu, w którym to każdy związek zawarty jest nierozerwalny. Chrystus potępia rozwiedzioną ( czyli taką która zawiniła przeciwko swojemu małżeństwu – rozwiodła się, więc cudzołoży). Druga osoba w małżeństwie(niewinna) nie cudzołoży bo się nie rozwiodła a stan jej jest już wolny po opuszczeniu na trwale małżonka winnego. Chrystus nigdzie nie mówi, że nierozwiedziony, który poślubia następną żonę, bo ta z pierwszego małżeństwa go bezzasadnie opuściła na trwale, że on cudzołoży jeśli dokona korekty swego małżeństwa. Trudne to robocze rozumowanie, gdy jest się przyzwyczajonym do przestrzegania wszelkich formalizmów, również tych  bardzo krzywdzących ludzi sprawiedliwych. Jeśli powtórny założony związek osób niewinnych jest szczęśliwy to wkraczanie ideologiczne w jego wewnętrzną strukturę z uwagi na formalizmy są wysoce niewłaściwe.  Formalizmy nie mieszczą się w każdym układzie prawa. Prawo jest podstawowe ale nie ostateczne. I tu wkracza dokument niezwykle cenny w postaci AL. Czyli nie oceniajmy ale kochajmy to co mamy. Nie wkraczajmy w cudze sumienia. Tylko Bóg jest nieomylny. To sumienia małżonków, którzy wreście się odnaleźli po perypetiach pierwszego związku mają prymat nad ludzkimi opiniami. Tak wygląda próba analizy treści zadanej w pytaniu. Nie upieram się, że w czymkolwiek mam rację, ale z drugiej strony ideologiczne krzywdzenie ludzi sprawiedliwych, którym nie poszczęściło się wydaje się, że jest więcej niż nieludzkie. Dlatego w końcu ktoś w Kościele katolickim napisał coś takiego jak AL.
Manuel Vetró
Manuel Vetró
3 grudnia 2017, 10:30
„Jeśli powtórny założony związek osób niewinnych jest szczęśliwy to wkraczanie ideologiczne w jego wewnętrzną strukturę z uwagi na formalizmy są wysoce niewłaściwe.  Formalizmy nie mieszczą się w każdym układzie prawa. Prawo jest podstawowe ale nie ostateczne. I tu wkracza dokument niezwykle cenny w postaci AL.” Zapalileś swoim interpretowaniem AL -spójnym logicznie i niesprzecznym z ewangelią - światełko nadziei dla wielu niewinnych, porzuconych przez małżonków-cudzołożników.  Dziękuję serdecznie, będę podawał dalej!
MR
Maciej Roszkowski
3 grudnia 2017, 11:18
Kim jestem aby osądza?  Współczuję tym którzy cierpią niewinnie, lub nieproporcjonalnie do swich błędów.? Ale odpowiedzi na słowa Chrystusa  nie dostałem. Gdyby chciał pozostawić to ludzkiemu sumieniu, interpretacjom, rozeznawaniu etc.  i ostatecznemu osądowi Boga, to by to powiedział.
TR
Teresa Rychter
27 listopada 2017, 15:14
To wszystko jest takie skomplikowane i rozmyte, że nic nie rozumiem. I chyba nie ja jedna. Do tej pory myślałam, że przysięga małżeńska wiąże mnie do śmierci. Mąż żyje z inną kobietą od 20 lat a ja samotnie dochowując przysięgi. Wiele jest takich osób. A może im by ktoś potowarzyszył ?
no_name (Piotr ex londynczyk19)
no_name (Piotr ex londynczyk19)
30 listopada 2017, 23:58
<a href="http://Sychar.org">Sychar.org</a> <a href="http://kryzys.org">kryzys.org</a> Proszę zajrzeć pod te dwa ardresy.
Z
Zbyszek
1 grudnia 2017, 00:12
Będę się za Panią modlił! Proszę się nie bać Bóg jest z Panią :)
27 listopada 2017, 14:45
"Taki audyt Kościoła też boli, zwłaszcza nas, Polaków, bo ponad połowa tego okresu od Soboru Watykańskiego II została zdominowana nauczaniem jednego Człowieka, świętego Jana Pawła II." - jeśli dla księdza to było tylko nauczanie "jednego człowieka", to nie mamy o czym mówić. Dla mnie to było nauczanie papieskie w zgodzie z Ewangelią i tradycją Kościoła Katolickiego.
Zbigniew Ściubak
26 listopada 2017, 16:36
Piękny tekst. Generalnie to jest spór śmierci z życiem. Śmierć jest zawsze martwa, to jest niezmienna, stała, trwała. Życie jest zawsze zmienne, zawsze nowe, a jednak jest w nim coś niezmiennego, coś co jest samym życiem, co napędza wszystko to, co życiem nazywamy. Tym czymś jest miłość. Ideologowie miłości przeciwstawią przepisy, prawo, prawidła i dokładne fałszywe w swojej wybiórczości odwołanie do słów zapisanych w Piśmie Świętym. Tymczasem słowa te, wypowiedziane wówczas, w ówczesnym języku pojęć i rozumienia, kościół jeśli jest żywy i jeśli jest w prawdziwej relacji z Bogiem, może odczytywać na nowo. I tak właśnie czyni. To się nie podoba, kapłanom Starego Testamenu, wyznawcom Starego Testamentu, których nie obchodzi tak naprawdę dobro, ani człowiek, ani miłość, tylko ich wersja "prawdy". Mówią, że prawda to to, albo tamto stwierdzenie. Że to te albo inne zasady. O jak ciemni są. Ja jestem Prawdą! - powiedział Pan Jezus. Prawda to Bóg sam. Prawda to osoba. Bo to jest przyczyna z powodu której istniejemy. Stary Testament jest ciągle w kontrze i w ofensywie. Nowy Testament musi znajdować siły. I znajduje.
MR
Maciej Roszkowski
26 listopada 2017, 20:34
Powtórzę to o co zapytałem O.Dariusza. Jak traktować słowa Chrystusa "kto pojął rozwiedzioną cudzołoży" i "niech słowo wasze tak znaczy tak, a nie znaczy nie". Co w tych słowach jest wybiórcze, co jest śmiercią co z tego dziś Amoris ma zmienić w życie i jak. Jak je odczytać na nowo? I proszę bez epitetów. Tylko argumenty.
Z
Zbyszek
26 listopada 2017, 21:12
I to jest problem. W Ewangelii Jezus wypowiedział się bardzo jasno. Nikt - od Papieża po jego wyznawców - nie chce wyjaśnić dylematu wywoływanego AL zastępując dialog takimi wypowiedziami jak powyższe...
26 listopada 2017, 22:02
Uprzedzając odpowiedź o.Dariusza przywołam znaną wypowiedź o.Sosy-generała zakonu, wedle której tak naprawdę do końca nie wiadomo co Jezus powiedział no bo przecież w czasach ewangelicznych nie było dyktafonów. Owa próba zastępowania boskiej wiary ludzką wiedzą jest charakterystyczną cechą nowoczesności, objawem apostazji pasterzy Kościoła. Trudno oprzeć sie wrażeniu,iż jesteśmy świadkami i jednocześnie adresatami ideologii kłamstwa dotykającej kwestii dla człowieka najistotniejszej a więc zbawienia duszy.   
S
stos
26 listopada 2017, 15:12
To,że mieniący się katolikiem ludzik Boży z Tivoli wyciera sobie buzię Kościołem (domniemany zakaz wypowiedzi publicznych dla Franciszka w Polsce) w zasadzie powinno wystarczać aby mu podziękować. ​Jako,że jednak truje z zagranicy to parę słów komentarza. ​Synodalność (ograniczenie władzy papieża), miłosierdzie (usprawiedliwienie łaską przez wiarę ), osoba  ludzka (sumienie) o tych filarach posoborowia wspomina autor. ​Co to oznacza?Ni mniej ni więcej tylko protestantyzację, a właściwie próbę wykreowania nowej konfesji zdolnej pomieścić sprzecznosci prawdy i fałszu. ​Wiedzmy,iż faktyczne uderzenie nie jest kierowane w małżeństwo lecz w serce Kościoła -Eucharystię. ​To tutaj będą gmerać wrogowie Koścoła. ​Bądźmy czujni - to taka nauka płynąca z Amoris Laetitia
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
26 listopada 2017, 10:46
Mnie się wydaje, że nawet Pan Jezus byłby dzisiaj oskarżony o "sianie zamętu", bo za przykład daje nieuczciwego rządcę, rozmawia z rozwiedzioną Samarytanką, wzór modlitwy to celnik - kolaborant. Zresztą, wystarczy poczytać historię o Wielkim Inkwizytorze. 100 lat na recepcję Soboru? Może. Niektórych słów Jezusa do dzisiaj nie rozumiemy, ale nie intelektualnie, tylko nie chcemy ich przyjąć sercem. Wciąż jesteśmy w powijakach.
KJ
k jar
26 listopada 2017, 12:41
Słusznie, mówmy o imponderabiliach wiary, ale gdy jej nie ma, to co z przepowiadaniem Kościoła.Cała przecież krytyka dotyka właśnie tego przepowiadania,a nie imponderabiliów. Wierzymy przecież głęboko,że słowo, Dobra Nowina,ma moc przemiany serca, kształtowania go na Boży obraz,na Boża  miarę miłości.Co jest więc z przepowiadaniem nie tak,że ludzie zawierają sakrament małzeństwa (koronę sakramentów, większą niż kapłaństwo, skoro na zwieńczeniu listy sakramentów od chrztu do małżeństwa się znajduje,a więc nic bardziej nie jest w stanie zbliżyć ludzi do Boga niż małzeństwo) i ono nie wywiera na nich skutków transcendentnych (przecież wszyscy zebrani śpiewamy Hymn do Ducha Świętego podczas ceremonii zaślubin). Mówienie tylko o niedojrzałości to kpina wobec logiki wiary, a nie kpina z Bożej miłości, która wierzymy,że jest ludziom zawierającym sakrament malżeństwa dana z samej istoty miłości.
MR
Maciej Roszkowski
26 listopada 2017, 14:01
Ojcze Dariuszu, ilekroć przy okazji Amoris pytam jak rozumieć słowa Chrystusa "Kto pojął rozwiedzioną cudzołoży" i "niech słowo wasze tak będzie tak..." tylekroć odpowiada mi milczenie. Może Ojciec się zlituje.
26 listopada 2017, 15:40
9 Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem5; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. 10 Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. 11 Największy z was niech będzie waszym sługą. 12 Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.
Z
Zbyszek
26 listopada 2017, 19:19
Jaki jest sens tej odpowiedzi?
Z
Zbyszek
26 listopada 2017, 19:40
Ojcze Dariuszu, Czemu nie jesteście w stanie podjąć rozmowy? Czemu jedyne co płynie z Waszych ust to pewność że macie jedyną rację?
Zbigniew Ściubak
26 listopada 2017, 22:48
@Magdalena Można by jeszcze o odcinaniu i wyłupywaniu i o Orygenesie. Można by o wielu sprawach. Tylko po co? Przecież nie chodzi o to, by pytający się czegoś dowiedział, czego nie wie, tylko o spór i wszczęcie konfliktu. Good luck na takiej drodze.
26 listopada 2017, 23:34
A tak dokładniej , to o co ci chodzi??? Chcesz się życia pozbawić czy co?
Z
Zbyszek
27 listopada 2017, 00:13
Mi zależy żeby się czegoś dowiedzieć. Nie uważam się za osobę która wszystko wie. Mam wątpliwości wobec sporej części nauczania Franciszka. Szczerze mówiąc pozbawia mnie on wiary. Może się mylę w swych poglądach ale zauważyłem tez ze i wyznawcy nauczania obecnego Papieża nie potrafią w żaden sposób uzasadnić swych poglądów. Oznacza to ze sami nie rozumieją co się kryje np za AL. To jeszcze bardziej podważa doktrynę teraz głoszoną. Podejmie się Pan wyzwania?
KJ
k jar
26 listopada 2017, 10:46
Mleko się rozlało i sprzątanie będzie długotrwałe. W świecie neopogańskim przy słabnącej ewangelizacji narodów Europy jak się tylko uchyli furtkę to zaraz pojawią się demony oczekiwań i roszczeń. Nie bez racji obrońcą Kościoła jest św. Michał- nie ma zmiłuj:albo życie, albo śmierć, a nie jakieś strzelanki na 10 żyć.
Z
Zbyszek
26 listopada 2017, 10:31
Receptą na wszystko jest głoszenie AL... Jak kos nie rozumie o znaczy ze nie przeczytal... Przeczytałem wspomnianą adhortację i encyklikę. Obie ładnie brzmią choć mam do nich szereg pytań. Powtórne czytanie, spotkanie z osobami  potępiającymi tych którzy maja wątpliwości oraz praktyka Papieża odstręcza. Albo zaczniecie rozmawiać albo podzielicie Kościół... (wątpię czy Autor schyli się do poziomu odmowy ze mną. Łatwiej jest zaszufladkować mnie jako faryzeusza i rzucić na stos. Ciekawe ilu przepełnionych udawanym miłosierdziem napadnie na mój post a ilu otwartych zamknie sprawę naciskając znaczek oceny negatywnej... Znów zmarnujcie szansę rozmowy?)
DP
Danuta Pawłowska
26 listopada 2017, 09:20
Amoris laetitia jest furtką dla diabła!

Skomentuj artykuł

Amoris laetitia? To trzeba zrobić, żeby ją zrozumieć
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.