Czego katolicy mogą nauczyć się od Chorwatów?

Czego katolicy mogą nauczyć się od Chorwatów?
(fot. PAP/EPA/PETER POWELL)

Panowie, jestem wam wdzięczny za te pięć życiowych lekcji. Cokolwiek dzisiaj się wydarzy na boisku, wracacie z tarczą.

Historia występów Chorwatów w mistrzostwach świata i mistrzostwach Europy nie jest jakaś spektakularna. Ostatni sukces odnieśli oni w 1998 r. podczas Mundialu we Francji. Wrócili wtedy jako brązowi medaliści. W późniejszych latach zazwyczaj kończyli w 1/8 finału lub w ćwierćfinale, a nierzadko nie wychodzili nawet z grupy. Jednak Chorwaci różnią się od wielu innych drużyn z podobnymi osiągnięciami. Niezależnie od końcowego wyniku, zawsze dobrze było patrzeć, jak grają. Mieli charyzmę i to coś, co ujmowało kibiców.

Mundial we Francji był chyba pierwszym, który świadomie obejrzałem. Po dwudziestu latach doskonale pamiętam te emocje i tych piłkarzy, z których dziś wielu należy już do minionej epoki: Roberto Carlos, Lizarazu, Henry, Barthez, Trezeguet, Vand den Sar, Zidane, Cannavaro, Nesta, Inzaghi… I brazylijski Ronaldo, który na zawsze pozostanie dla mnie tym "prawdziwym" Ronaldo, choć w niczym nie przypomina już siebie sprzed lat. Od tych mistrzostw wszystko się zaczęło, także miłość do Chorwacji.

Dlaczego kibicuję Vatrenim? Nigdy w Chorwacji nie byłem i nie mam sentymentu względem pięknych plaż ani wakacyjnych wspomnień. Jest to też coś więcej niż poczucie więzi z bratnim narodem słowiańskim. Chorwaci mają w sobie taki rodzaj pewności siebie, a może nawet zuchwałości, która daleka jest jednak od lekceważenia przeciwników i przekonania o swojej wyższości. Cieszy ich piłka i widać to w sposobie gry. Ile razy upadali jako drużyna, zawsze podnosili się i szli dalej - świadomi porażki, ale nie obciążeni rozpamiętywaniem jej. W ich grze widać pasję. Gdy dziennikarze wyliczają szansę Chorwatów na zwycięstwo, przypominając im, że nie wygrali żadnego z wcześniejszych pięciu spotkań z Francuzami, Luka Modrić im odpowiada: "W finale na bok trzeba odłożyć wszelkie emocje, twardo stanąć na ziemni i zagrać tak, jak tylko najlepiej potrafimy".

Po tym Mundialu jestem bogatszy o 5 lekcji, które dali mi Chorwaci - o sporcie, życiu i wierze. Śmiało mogę je uznać za wskazówki dobre dla każdego katolika.

 

1. Bóg na pierwszym miejscu

Zlatko Dalić, trener Chorwatów, to człowiek, który nie boi się przyznać do tego, że Boga traktuje bardzo serio i to On stoi za jego życiowymi wyborami. Spełnia się przy Bogu jako ojciec, mąż i selekcjoner. Jego przepis na sukces? "Noszę w kieszeni różaniec, ale nie traktuję go jako amuletu. Mecz lub trening staram się rozpocząć odmówieniem choćby jednej tajemnicy" - dodaje i podkreśla stanowczo: "To niedzielna msza święta trzyma mnie w pionie, bez niej całe nasze życie nie miałoby większego sensu. To właśnie wtedy szczególnie czuję, jak Chrystus jest obecny w życiu naszej rodziny". Jego postawa ma ogromny wpływ na zespół. Dzięki Daliciowi Chorwaci są jednością. To więcej niż tylko drużyna turniejowa. Po wygranym meczu z Anglikami powiedział: "Jesteśmy w finale i w pełni na to zasłużyliśmy. Moi piłkarze nie są normalni. Oni grali i walczyli fantastycznie. Na zawsze przeszli do historii. Dziękuję wszystkim naszym kibicom na całym świecie. Powinniście teraz świętować. Finał to dla nas kolejny krok, ostatni. Jeśli Bóg zechce, zostaniemy mistrzami świata".

Czego katolicy mogą nauczyć się od Chorwatów? - zdjęcie w treści artykułu

(fot. PAP/EPA/PETER POWELL)

Jego pokora widoczna jest na każdym kroku. "Bez Bożej pomocy nie jestem w stanie wiele zrobić, przed meczami modlę się, abym nie popadł w samouwielbienie. Jestem normalnym człowiekiem, mam swoje słabości i grzechy, ale modlitwa i sakramenty to ciągła szansa na ich przezwyciężenie". Sami zawodnicy również nie wstydzą się swojej wiary, ale też nie wykorzystują jej jako oręża w rywalizacji sportowej. Chorwaci są po prostu pewni, że Bóg im błogosławi. Często powtarzamy, że jeśli Bóg jest na swoim miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. Ale piękne jest też to, że przy Bogu wszystko ma takie swoje miejsce w naszym życiu - również porażki. Chorwaci pamiętają jeszcze czasy wojny z lat dziewięćdziesiątych. Może stąd bierze się ich niesamowita wdzięczność, która potrafi być zaraźliwa.

 

2. Przyjaźń jest wielkim darem

O Chorwatach mówi się też często, że to "chłopaki z sąsiedztwa". Rzeczywiście wielu zawodników łączy wspólna historia od najmłodszych lat. Szczególna przyjaźń jest między Luką Midriciem i Danijelem Subašiciem. Pierwszy z nich trafił do Zadaru po zabójstwie swojego ukochanego dziadka, zamordowanego przez serbskich żołnierzy. W Zadarze nie miał przyjaciół, a czas spędzał głównie na parkingu pobliskiego hotelu, grając w piłkę. Uciekał z domu, w którym brakowało wody i prądu. Ktoś go zauważył i tak Luka trafił na boisko. Poznał Danijela Subašicia, z którym połączyła go przyjaźń. Razem stawiali pierwsze kroki na boisku. Ich dzieciństwo przypadło na trudne czasy wojny. Trenerzy byli szaleni, prowadząc w takich warunkach szkółki piłkarskie, ale co lepszego mogli zrobić dla dzieciaków, aby odciągnąć je chociaż na chwilę od tego, co działo się tak blisko nich. To były czasy, gdy na murawę co jakiś czas spadały granaty. Przerywano wtedy mecz, a chłopcy biegli do schronu. Bali się i nawet tego nie ukrywali, ale wciąż przychodzili na treningi. Chociaż nie zapowiadali się na gwiazdy - byli chudzi i niedożywieni - to ich potencjał był wielki. Ówczesny trener powiedział o Modriciu: "Ten zagra kiedyś w Realu Madryt". Jego słowa okazały się prorocze. Subašić był dwa lata starszy, ale mniej zdolny od Luki. Odnalazł swoje miejsce w bramce i obecnie przeżywa najlepszy czas w karierze.

Podczas Mundialu wielokrotnie dawali wyraz łączącej ich przyjaźni, ciesząc się wspólnie ze zdobytych bramek i kolejnych awansów. "Suba" miał jeszcze jednego przyjaciela, Hrvoje Ćusticiu, który zginął tragicznie podczas krajowych rozgrywek w 2008 roku. Od tego czasu pod reprezentacyjną koszulką nosi też koszulkę swojego przyjaciela. Ostatni raz mogliśmy ją zobaczyć po wygranym meczu z Danią, gdy biegł w niej przez murawę w towarzystwie Modricia. Nie spodobało się to władzom FIFA, które dały mu ostrzeżenie. Ale tacy są właśnie Chorwaci - cieszą się i smucą razem. To więcej niż drużyna skupiona wokół swoich zawodowych obowiązków. To przyjaciele z boiska, którzy potrafią być dla siebie wsparciem. Pomyślmy dzisiaj o naszych przyjaciołach i doceńmy, że ich mamy. Na drodze do Boga nigdy nie idziemy zupełnie sami.

3. Nie liczy się wyłącznie zwycięstwo

To może wydawać się śmieszną tezą, bo przecież na Mundial jedzie się, aby wygrywać, co zresztą przypominają zazwyczaj trenerzy pytani przez dziennikarzy o różne warianty i kalkulacje. Jak ktoś nie jedzie z nastawieniem, żeby wziąć wszystko, to wraca z niczym. Chorwaci też przyjechali, by zwyciężać, ale potrafią czerpać radość i siłę z każdego kolejnego kroku, jaki postawią w rozgrywkach. Nie skupiają się na porażkach ani nie przeceniają swoich zwycięstw. Każdy mecz to nowe wyzwanie, nowa szansa. To daje dużą wolność, a bez niej trudno sięgnąć po trofeum. Jeszcze nigdy Chorwaci nie byli go tak blisko. Mam nadzieję, że nie zje ich trema. Ta wolność i pasja to dwie rzeczy, które dają im przewagę nad rywalami.

Kiedy stajemy do walki, warto sobie przypomnieć postawę Vatrenich (ognistych) i nie przegapić też drogi, jaka prowadzi do tego zwycięstwa, cieszyć się nią. Ona potrafi nas nauczyć znacznie więcej. Piękna gra bardziej cieszy serce niż przeciętna wygrana. Potwierdza to choćby ostatnie mundialowe spotkanie Polaków. Wygraliśmy, ale niesmak po tym, na co pozwoliliśmy Japonii w ostatnich minutach gry, pozostał. Ile w życiu mamy podobnych akcji, kiedy można zrobić jeszcze coś dobrego, a pozostajemy przy minimum? Chorwaci uczą, jak nie godzić się na przeciętność. Nie wynik, a serce się liczy - warto dawać je całe.

4. Wykorzystaj wszystkie szanse

"Vatreni" wykorzystali na tych mistrzostwach maksymalny czas każdego ze spotkań. Grali w dogrywkach w 1/8 finału, w 1/4 finału i w półfinale. W pierwszych dwóch spotkaniach fazy pucharowej nie obyło się również bez rzutów karnych. Dziennikarze podliczyli, że na boisku spędzili najwięcej czasu ze wszystkich reprezentacji - aż 630 min! Jaka z tego płynie lekcja? "Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe" - jak mawiał Kazimierz Górski. Poddajemy się zawsze najpierw w głowie, gdy decydujemy się na brak walki. Chorwaci nie dawali za wygraną do ostatniej minuty. Szala zwycięstwa przechylała się kilka razy w ciągu każdego z rozegranych przez nich spotkań. Gdy wydawało się, że gasną pod naporem przeciwnika, oni budzili się i zmieniali bieg gry. Na ich twarzach z każdym meczem pojawiało się coraz większe zmęczenie, próbowali dodać sobie jeszcze trochę czasu. Nie opóźniali gry, ale atakowali, często ledwo stojąc na nogach. Nie chcieli również zejść z boiska, wymieniać się. Mówili, że dadzą radę i kończyli to, co rozpoczęli. A trener Dalić miał do dyspozycji tylko 22 zawodników. Po pierwszym turniejowym meczu odesłał jednego z piłkarzy do domu za brak dyscypliny. Wielu myślało, że to osłabi zespół, ale Chorwaci udowodnili, że nie ilość a jakość ma znaczenie.

Po takich meczach nawet jeśli ktoś przegrywa, to wraca zwycięzcą. I za to pokochali ich kibice z całego świata, którzy choć nie mają już swoich drużyn, czują się adoptowani przez Chorwację. Na trybunie Chorwatów miejsce znajdzie każdy. Chciałbym mieć w sobie tyle cierpliwości i samozaparcia, żeby się nie zniechęcać. W życiu często rozstrzygnięcie przynoszą ostatnie minuty.

Czego katolicy mogą nauczyć się od Chorwatów? - zdjęcie w treści artykułu nr 1

(fot. PAP/EPA/PETER POWELL)

5. Nie bójmy się marzyć

…nawet jeśli wszystko dookoła mówi nam, że nie warto. Chorwaci są drużyną marzeń nie przez to, że świetnie grają i o takim zespole można sobie tylko pomarzyć, ale dlatego, że sami potrafią marzyć. Ten Mundial jest ich marzeniem. Mówiło się o nich, że są czarnym koniem, ale ile takich czarnych koni już było na tych mistrzostwach. Wszystkie padły. O swoim zespole trener Dalić mówi, że są szaleni, bo porwali się na niemożliwe. Nigdy nie będziesz wiedział, na co cię stać, jeśli nie dasz temu szansy w życiu. Chorwaci pełni zwyczajnej wdzięczności cieszą nas wszystkich i przywracają piłce nożnej jej piękno i sens: tu nie chodzi o pieniądze.

I choć wszystkie te lekcje są przede wszystkim moją interpretacją tego, co pokazali Chorwaci, wierzę, że tak jest. Nie myślałem, że to powiem, ale te mistrzostwa pokazały kilka takich momentów, po których chce się żyć trochę inaczej. "Opium dla ludu" - powiedzą niektórzy i nazwą mnie naiwnym. Możliwe, ale nierzadko dostajemy od życia tyle, ile odmierzyliśmy własną miarą - ograniczoną. Chciałem od tych mistrozstw czegoś więcej niż prostej rozrywki i się nie zawiodłem. Bo "kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma". Tylko Bóg pozostaje nieskończenie hojny i Chorwaci o tym pamiętają. Dla nich na Mundialu świat się nie skończy.

Panowie, cokolwiek dzisiaj się wydarzy na boisku, wracacie z tarczą.

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl

Dziennikarz, reporter, autor książek. Specjalista ds. social mediów i PR. Interesuje się tematami społecznymi.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Szymon Żyśko
20,94 zł
29,90 zł

Zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, dlatego najbliżej Niego jesteśmy, będąc sobą.

Byli ludźmi takimi jak ty. Żyli intensywnie i kochali to, co robili. Ich historie to dowód na to, że niebo można odnaleźć tu i...

Skomentuj artykuł

Czego katolicy mogą nauczyć się od Chorwatów?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.