Ja - sierota

Ja - sierota
Jolanta Szymańska
5 lat temu

Mam 24 lata. Kiedy miałam lat 11, mama uciekła ze mną i braćmi od taty, który nie radził sobie ze swoimi emocjami. Mama bardzo dużo z nami rozmawiała, nigdy nie powiedziała złego słowa o tacie, nigdy nie blokowała nam kontaktu z nim. Sami w pewnym momencie nie mieliśmy sił psychicznych na spotkania z ojcem.

Dziś każdy z nas studiuje prestiżowe kierunki na najlepszych polskich uczelniach. Nie mamy problemów z przyjaźniami i okazywaniem uczuć. Przyjaźnimy się. Mam wspaniałego chłopaka, który jest odpowiedzialny i dojrzały. Jestem szczęśliwą, spełnioną, świadomą siebie i swoich emocji młodą kobietą. Mimo to regularnie dowiaduję się, że jako dziecko rozwiedzionych jestem niestabilną emocjonalnie, podatną na depresję, alkoholizm i prostytucję "sierotą".

Pisałam już o tym początkiem roku, ale po lekturze artykułu "Sieroty rozwodu" pani Joanny Bątkiewicz-Brożek w ostatnim Gościu Niedzielnym musiałam odezwać się jeszcze raz. Dzięki takim artykułom już nie raz i nie dwa byłam traktowana jako gorsze dziecko i tak też się czułam. Mimo, że w domu dostawałam więcej ciepła i miłości niż nie jedna koleżanka czy kolega, którego rodzice się nie rozwiedli.

Autorka artykułu pisze, że "nie trzeba być psychologiem, żeby zauważyć, że dzieci, których rodzice się rozstają, tracą grunt pod nogami. I obwiniają siebie za rozwód. A konsekwencje tego są drastyczne. Siostra Anna Bałchan, która pracuje na co dzień z kobietami ulicy, twierdzi, że wiele z nich rzuciło się w prostytucję właśnie z poczucia winy za rozwód rodziców.". Ja nigdy za rozwód rodziców się nie obwiniałam i piszę to zupełnie szczerze. Mama bardzo, ale to bardzo dużo ze mną rozmawiała i milion razy sama z siebie powtarzała: "to nie jest wasza wina". W prostytucję rzucają się przeróżne kobiety i z przeróżnych powodów. Uważam, że sugerowanie dzieciom z rozbitych rodzin takich "szczególnych uwarunkowań" jest okrutne. Czemu ma to służyć? Ostrzeżeniu społeczeństwa? Przecież rodzice, którzy nie zwracają uwagi na swoje dzieci (a jestem przekonana że wyłącznie dzieci takich rodziców może dotyczyć podobny problem) raczej nie zasugerują się artykułem z "Gościa"... chociaż, skoro mleko się wylało, obym się myliła.

Jeszcze bardziej zabolało mnie jednak zdanie: "Dzieci z rozbitych rodzin są bardzo samotne, ponieważ ich rodzice są pochłonięci «załatwianiem swoich spraw», mniej czujni na potrzeby dziecka, unikają rozmów. Sieroty rozwodowe tracą też poczucie bezpieczeństwa.". Otóż, nie rozumiem, dlaczego skutki braku obecności rodziców w życiu dziecka wiąże się w Kościele wyłącznie z rodzinami "niepełnymi"? Brak rozmowy, czułości, wyrozumiałości to nie efekt rozbitego małżeństwa, a efekt kiepskiego rodzicielstwa. To w rodzicielstwie jest problem. Kiepskim rodzicem można być niezależnie od trwania w związku sakramentalnym. Brak rozmowy i obecności, brak akceptacji dziecka takim jakie ono jest, oraz przemoc (nie tylko fizyczna!) występują także w rodzinach, które są zaangażowane w życie Kościoła.

Autorka opisuje dalej: "Mimo że wiele z sierot rozwodowych cierpi po cichu, rozstanie rodziców odbija się na ich nauce i zdrowiu. Dzieci są nerwowe, mniej jedzą, często mają nadpobudliwość jelit, bóle brzucha. A już w wieku dojrzalszym śmielej sięgają po alkohol, narkotyki. W okresie liceum, studiów, a potem jako dorośli popadną w depresję, wielu z nich będzie myśleć o samobójstwie.". Czy dzieci z rodzin rozbitych są jakimiś zwierzątkami, których cechy i właściwości można opisać na na Wikipedii? Mam wrażenie, że dla niektórych osób jestem przedstawicielką rasy gorszych, słabszych, ułomnych (dorosłych-)dzieci. Jest mi zwyczajnie i po ludzku przykro. Pół biedy ja, ale żal mi dzieci, które mają teraz 12, 14 lat i trafiły na ten tekst. Chciałabym powiedzieć im, że nie są w niczym ani gorsze ani słabsze.

Oczywiście, jeżeli podejmując decyzję o rozwodzie pomija się dobro dziecka, wtedy ono zawsze ucierpi, chociaż zdecydowanie nie zawsze w sposób, jaki opisuje pani redaktor. Egoizm rodzica potrafi poważnie zatruć życie dziecka i nastolatka, złamać je na pół. Nie zapominajmy jednak o licznych sytuacjach, w których rozwód - czyli rozwiązanie umowy cywilnoprawnej - jest ratunkiem dla całej rodziny, w tym dla dzieci. Ludzie, którzy twierdzą inaczej nie doświadczyli prawdopodobnie nigdy stresu, jakiego doświadcza dziecko, słyszące jak jeden rodzic bije i wyzywa drugiego. Nie wrzucajmy wszystkich, którzy zdecydowali się na rozwód, do jednego worka. Czasem separacja nie wystarcza.

Kiedy byłam nastolatką, zerwałam kontakt ze swoim tatą. W nieodległym czasie (nie pamiętam, czy wcześniej, czy później) podobnie zrobili moi bracia. Nie reagowaliśmy na telefony, SMS-y, maile. Byliśmy niewzruszeni i nie godziliśmy się na relację w dotychczasowej formie. Minęło może 7 lat. Przypadek sprawił, że już jako studenci spotkaliśmy się z ojcem i okazało się, że nasz tata jest już innym człowiekiem. Nasze relacje wciąż są bardzo ostrożne, ale coraz bardziej serdeczne i ciepłe. Widzę, że mogę mu teraz ufać, że przemyślał wszystko i zrozumiał, co powinno się zmienić. My dorośliśmy, on dojrzał.

Ktoś powie - straconych lat nic nie zwróci. A ja... wcale nie żałuję tych lat. One były potrzebne nam wszystkim. Bez całej historii nie byłabym taka jaka jestem. Może byłabym pyszna i przekonana o swojej wyższości, lepszości, słuszności? Może byłabym mniej inteligentna emocjonalnie? Może popełniłabym samobójstwo, bo nie dałabym psychicznie rady? Nie wiem, nie zastanawiam się. Żyję, kocham, wybaczam... każdego dnia daję szansę sobie i każdemu, kto kiedykolwiek mnie skrzywdził.

Kocham moją mamę, kocham mojego tatę. Kocham męża mojej mamy. Kocham moich braci. Jezus jest w każdym z nas. Życzę wszystkim małżeństwom - szczególnie sakramentalnym - pokory. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni.

I dziękuję mojej mamie, że odważyła się o nas zawalczyć, chociaż nie miała obiektywnie żadnych szans. Dzięki niej żyjemy i jesteśmy zdrowi - i my i nasz tata.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Ja - sierota
Komentarze (158)
10 grudnia 2017, 00:04
Czasami nie ma innego rozwiązania niż rozwód. Niestety za błędy dorosłych najmocniej cierpią dzieci. Polecam przeczytać książkę "Wariatka" Agnieszki Chrzan, w której opisane jest co przeżywają dzieci rozwódników oraz co mogą zrobić, aby zamknąc za sobą ten rozdział i wkroczyć w dorosłe życie z możliwością stworzenia własnego szczęśliwego związku.
TJ
taka jedna
23 stycznia 2015, 23:31
Tacy osobnicy jak p. Jola mają jedno zadanie: mącić i mieszać w KK i jego zasadach. Deon to popiera, bo jak się przekonuję coraz bardziej - to portal katolicki tylko z nazwy. W gruncie rzeczy to relatywiści. Wolę ateistów niż takich hipokrytów jak wy. 
A
Adrianna
18 grudnia 2014, 18:35
Nie zgadzam się twierdzeniem że każde dziecko rozwiedzionych rodziców ma problemy w dorosłym życiu. Autorka artykułu w "Gościu" nie ma prawa pisać tak kategorycznie. Jednak nie odniosłam wcale wrażenia że ona wartościuje same dzieci - nigdzie nie napisała że "te dzieci są gorsze". Cały czas pisze o tym że mają gorszą sytuację. Jesli Pani odebrała to jako atak na siebie to znak że wlasnie jednak jakieś kompleksy Pani zawdzięcza swojej sytuacji z dziecinstwa. Ja widze wokół siebie pewna prawidłowośc że dorosłe dzieci rozwiedzionych rodziców duzo czesciej rozwodzą się same w swoich małżenstwach. Wydaje mi się że wynika z braku postawy walki za wszelką cenę o uratowanie zwiazku, duzo łatwiej jest im przyjąć rozwód jako słuszne postepowanie.  Mam akurat brata po rozwodzie. I owszem jego corka bardzo na tym ucierpiała. Brat był nękany, miał taka sytuacje że musiał sie rozwieść a dziecko zostało z matką. On oczywiscie się zajmuje mała regularnie ale twierdzenie że nic sie w życiu dziecka nie zmiena gdy jedno z rodziców znika z codziennego życia jest kłamstwem. 
EH
ecce homo
20 grudnia 2014, 04:57
Adrianno , jesteś dzieckiem rozwiedzionych rodziców? Jesli nie, to nie wypowiadaj się, kto ma prawo pisać kategorycznie, jakie ślady pozostawia rozwód na dzieciach.
R
rzeczywistość
14 grudnia 2014, 04:02
Krew mnie zalewa jak czytam taki tekst. To strasznie fajnie ze Ci tak dobrze w życiu, ale większości ludzi których rodzice się rozwiedli tak fajnie nie ma. Ojcowie mają byłą żonę i byłe dzieci gdzieś,  bo ważniejsza jest nowa młoda żonka i nowe małe dzieci. O marne grosze alimentów trzeba się urzerac przez komornika. A jakbyś była ciężko chora i na twoje leki i leczenie szło by mnóstwo kasy, to dopiero byś odczuła skutki rozwodu. Moja Matka się zażynała by jakoś ogarnąć i utrzymać dom. Bywało naprawdę źle. Wiec gadka ze było Ci tak super jak koleżankom z pełnych rodzin to jakieś bzdury. Mój ojciec ma mnie gdzieś, nie zależy mu na mnie kompletnie. Sprobowalabys tego, to wtedy moglabys coś mówić o sierotach z rozwodów. 
B
beszek
14 grudnia 2014, 14:38
naucz się czytać ze zrozumieniem, chodzi o postawę rodziców, powód rozwodu i inne,mnie też wkurza jak czytam,że rozwód to samo zło i gdy widzę rodzinę alkoholika, taką niby lepszą bo pełną.  nikt nie neguje stresu jaki jest udziałem dzieci z rozbitej rodziny, ale czasem to wybór mniejszego zła czyli  życia w rodzinie dysfunkcyjnej
MM
mala mi
14 grudnia 2014, 14:52
Twoja rzeczywistość jest taka, jak opisujesz. Bardzo trudna. Rzeczywistość autorki inna, choć doświadczenie rozwodu macie wspólne. Właśnie o tym pisze autorka, by dostrzegać, że życie dzieci i dorosłych z rozbitych rodzin bywa różne.
14 grudnia 2014, 21:02
"mnie też wkurza jak czytam,że rozwód to samo zło" "ale czasem to wybór mniejszego zła" Czyli nieposłuszeństwo wobec Boga nazywasz mniejszym złem, wkurzajac sie przy tym na jedyne mozliwe stwierdzenie, iż rozwód jest zawsze bezwzglednym złem, bez cienia jakiekolwiek dobra.
K
K.
14 grudnia 2014, 21:43
Kryzys wiary, kryzys kapłaństwa, sutanny stają się passe, celibat uwiera, rozwody są trendy, koniec świata... Ktoś wepchnął młodej niedoświadczonej dziennikarce temat bez sensu, napisała jak umiała, nawet składnie, teraz trzeba ją jakoś obronić, bo przecież nie ona wymyśliła temat. Albo ona wymyśliła ale ktos od Was to klepnał. No to brońcie. Ale proszę, zajrzyjcie też, Administratorzy DEON.pl, na komentarze na fb, niech jakiś moderator na tym czuwa, bo cel został osiągnięty taki, że ogólnie GN został oczerniony. Ktoś napisał, że nie weźmie go do rąk, ludzie to lajkują. Chyba, że taka była intencja. Ale żeby katolicki portal przeciw katolickiemu tygodnikowi? I po co w ogóle taki temat? Czemu to w ogóle ma służyć? I Wy się nie boicie???
M
mewa
13 grudnia 2014, 21:50
Zranienia w dzieciństwie są bardzo głębokie. Bardzo wpływają na późniejsze życie dorosłych już dzieci. Tu trzeba podkreślić, że ranione są zarówno dzieci: - opuszczone, zostawione przez któregoś z rodziców – w rodzinach po rozwodach, - żyjące w pełnej rodzinie gdzie panuje przemoc czy to psychiczna czy fizyczna, Z moich obserwacji wynika, że bolesne doświadczenia bardziej wpływają na dorosłe życie kobiet niż mężczyzn. To one częściej nie potrafią sobie z tym porodzić, a w życiu towarzyszy im lęk, smutek niekiedy depresja. Trzeba pamiętać, że zranienia z dzieciństwa mogą stać się „pożywką” dla działania złego ducha. Może on wykorzystywać nasze zranienia, działać i ukrywać się pod konkretnym problemem. Aby zostać uzdrowionym należy te zranienia w sobie rozpoznać, najlepiej na spowiedzi. Nie można zamykać się w swoich ranach, pielęgnować je. Wpływa to, bowiem destrukcyjnie na życie zranionej osoby, jak również osób jej towarzyszących (bliskich). Osoby głęboko zranione w dzieciństwie muszą być prowadzone i otoczone modlitwą zarówno kapłanów, wspólnoty. Otwieranie starych, sprawia ból, ale jest to ból przejściowy. Zawsze uzdrowienie poznanych ran, słabości i grzechów rozpoczyna się od uzdrowienia wiary, na zbudowaniu zaufania do Jezusa. „Miłość jest łaskawa, teraz poznaje ją po części, wtedy poznam ją tak, jak zostałem poznany” 1Kor 13,4.12 Aby zostać w pełni uzdrowiony trzeba wybaczyć. Bez przebaczenia nie ma uzdrowienia. Tu bardzo jest piękne, że pani Jola przebaczyła swojemu ojcu. Na pewno to pozytywnie wpłynie zarówno na jej jak i pani Joli ojca życie. Na koniec bardzo ważne - szatan nienawidzi zwłaszcza sakramentu małżeństwa i życia rodzinnego. Dlaczego – bo w sakramencie małżeństwa najbardziej ujawnia się miłość Boża. Dlatego z powodu zranień nie dajmy się zwieść złemu duchowi, który będzie nas zniechęcał do tego sakramentu.
S
samamama
13 grudnia 2014, 21:00
cd. "...Niezależnie od wieku i płci, każde dziecko dotkliwie odczuwa zmianę ustalonego rytmu dnia, podziału obowiązków, a nade wszystko utratę poczucia bezpieczeństwa, jakie do tej pory dawała świadomość wsparcia ze strony matki i ojca. Niekorzystny bywa także obniżony poziom warunków materialnych, prestiżu, zmiany kręgu kolegów oraz przedszkola czy szkoły (Farnicka 1999: 67). Rozwód wpływa negatywnie na zachowanie uczniów w szkole i poziom ich osiągnięć szkolnych (Dembo 1997: 404). U dzieci wychowujących się w rodzinach rozbitych zauważalna jest mniejsza motywacja do nauki. Często przychodzą na lekcje nieprzygotowane, bez odrobionej pracy domowej, mają problem ze skupieniem uwagi na zajęciach, przeszkadzają nauczycielom, wagarują, nierzadko powtarzają klasę (Kuśmierz 2000: 137-139). Jak wynika z badań Wallerstein, proces radzenia sobie z rozwodem rodziców może trwać nawet 10 lat. Aby ostatecznie pogodzić się z rozpadem małżeństwa rodziców, należy przejść aż sześć etapów. ......  Przedstawiona powyżej charakterystyka dzieci zmagających się z rozwodem rodziców dowodzi, że rozpad rodziny stwarza trudną sytuację natury psychologicznej dla jej członków, wywołując szereg reperkusji, zwłaszcza w życiu małoletnich dzieci...'' ------ 
S
samamama
13 grudnia 2014, 20:54
cd. "...Starsze dzieci (9-12 lat) znacznie lepiej rozumieją zmiany zachodzące w ich rodzinie, ale podobnie jak młodsze nie potrafią sobie z nimi poradzić. Czują się gorsze, porzucone, niepotrzebne. Często za rozpad rodziny obwiniają rodzica, z którym mieszkają. Stosują również pewne mechanizmy obronne, takie jak: ucieczka w marzenia, przyjmowanie ról dorosłych (np. biorąc na siebie odpowiedzialność za obowiązki domowe), czy zaspokajanie swoich potrzeb poza rodziną, np. w grupach rówieśniczych (Hart 2006: 37; Chojnacka 2003: 42). Adolescenci (12-18 lat) doświadczający rozwodu rodziców izolują się od świata zewnętrznego, nierzadko popadając w depresję. Ponadto mają trudności z uczestnictwem w związkach emocjonalnych z innymi ludźmi. Chodzi tu przede wszystkim o problem zarówno obdarzania kogoś miłością jak i przyjmowania tej miłości. Badania pokazały, że w sytuacjach bliskich kontaktów często pojawia się u nich lęk przed utratą bliskiej osoby i przed przyszłym rozpadem potencjalnego związku. Obawy te wywołują pewne strategie przybierające formę: uczciwości, rozwagi, ostrożności, rozwiązłości czy dystansowania się, wykorzystywania innych. Ich zadaniem jest uchronienie młodego człowieka przed kolejną stratą (Farnicka 1999: 67-70). ...""
S
samamama
13 grudnia 2014, 20:53
Portal psychologiczny na temat wpływu rozwodu na dzieci: "...Reakcja dziecka na rozstanie rodziców zależy od szeregu czynników: wieku dziecka w chwili rozwodu rodziców, jego płci, osobowości, dojrzałości intelektualnej i emocjonalnej, rozmiaru konfliktu między rodzicami, sytuacji ekonomicznej opiekuna, z którymi dziecko mieszka, jakości relacji pomiędzy byłymi partnerami (Dembo 1997: 403; Chojnacka 2003: 41). U dzieci w wieku przedszkolnym (3-6 lat) w obliczu rozwodu rodziców dochodzi do regresji, czyli cofania się w rozwoju. Dzieci te przestają radzić sobie z podstawowymi czynnościami życia codziennego, np. z ubieraniem się czy korzystaniem z toalety. Odczuwają strach przed chwilowym rozstaniem, cierpią na bezsenność, płaczą, szybko się złoszczą, stają się podrażnione, bierne i wymagające (Dembo 1997: 404). Dzieci rozpoczynające naukę szkolną (6-9 lat) cechuje irracjonalny lęk przed porzuceniem, moczenie nocne i bezsenność. Zmagając się w tym wieku z rozwodem rodziców, stają się przygnębione, smutne, często uciekają w świat fantazji, by choć na chwilę zapomnieć o stresującym wydarzeniu w ich życiu. Charakteryzuje je także niskie poczucie własnej wartości, trudność w nawiązywaniu kontaktów, nadmierna drażliwość (Hart 2006: 36; Chojnacka 2003: 41-42; Joede 2007: 18).  http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=709
MM
mala mi
13 grudnia 2014, 14:20
Przeczytałam. Z drżeniem serca. Z wielką obawą, że odsłaniając siebie i swoją historię, nie otrzyma Pani tego, na co zasługuje. Pani historia jest piękna i daje nadzieję. Dziękuję w imieniu wszystkich "sierot".
Dariusz Piórkowski SJ
Dariusz Piórkowski SJ
13 grudnia 2014, 13:31
Pani Jolanto, w pełni się z Panią zgadzam, że nie tylko w rodzinach "niepełnych" dzieci odczuwaja skutki nieobecności rodziców. To jest ogromne uproszczenie, wynikające moim zdaniem z tendencji do upraszczania rzeczywistości i ideologizowania pewnych zachowań. Rozumiem autorów takich stwierdzeń, którzy chcą przestrzec, dać argument, by się nie rozwodzić. Ale jest w tym jakaś magiczna wiara w siłę formalizmu. Ludzie mogą żyć pod jednym dachem, ale latami obok siebie, nawet jeśli formalnie nie są rozwiedzeni. Dzieci wtedy też cierpią. Albo rodzice są tak zagonieni, że nie mają czasu dla siebie i dzieci. Ale to jest tak jak na ostatnim Synodzie. Jeśli skoncentrujemy się tylko na zwalczaniu skutków, czyli co zrobić z niesakramentalnymi i ludźmi po rozwodzie, a nie będzie troski o małżeństwa, to wtedy będziemy czytać takie michałki i różne uproszczenia.
F
Fair
13 grudnia 2014, 18:28
Dzieci wyczuwają kłamstwo najlepiej. Jeżeli rodzice żyją w niezgodzie i w braku szacunku dla siebie a mimo to nie rozstają sie ze względu na sakrament małżeństwa to tacy rodzice WYCHOWUJA DZIECI W NIEPRAWDZIE. Myśle, ze PRAWDA stoi ponad wszelkimi sakramentami. Przede wszystkim mamy obowiązek życia w prawdzie. Potem możemy pomysleć o wszelkich innych obowiązkach.
W
WDR
13 grudnia 2014, 18:36
Demagogia (proszę wybaczyć szczerość). Każdy artykuł jest uproszczeniem. Autorka GN pisała o dzieciach rozwiedzionych rodziców, a ksiądz dodaje kolejne kwestie do których w ogóle się nie odnosiła. Sam jestem wieloletnim sierotom solidarnościowym - ojciec z paszportem w jedną stronę - i rzecz jasna to rozstanie miało swoje skutki mimo, że rodzice dwoili się i troili. Nie ma takiej możliwości, żeby za to nie zapłacić. Czy nie wierzymy jednak, że Bóg z każdej sytuacji jest w stanie wyprowadzić dobro? Teraz mamy kolejny problem: eurosieroty. Deon "przedrukował" w styczniu tego roku <a href="http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/obiektyw/art,565,sieroty-ekonomiczne.html">artykuł o sierotach ekonomicznych</a>. Też jest uproszczeniem, ale czy nie mówi o ważnych kwestiach? W duchu powyższej demagogi powinniśmy o tym nie mówić, bo ktoś powie, że jego rodzice nigdzie nie wyjeżdżali, a też czuł się opuszczony.
N
Nestor
13 grudnia 2014, 18:45
Zawsze jak czytam tego typu opinie jak Ojca, to zastanawiam się co kieruje ich autorami. Bo jak już wcześniej wspominałem Pani Jolanta Szymańska jest młodą, niedoświadczoną osobą, ale Ojciec? Ojciec napisał: "Rozumiem autorów takich stwierdzeń, którzy chcą przestrzec, dać argument, by się nie rozwodzić. Ale jest w tym jakaś magiczna wiara w siłę formalizmu." Sakrament małżeństwa, łaskę z niego wynikająca Ojciec nazywa "magiczną wiarą w siłę formalizmu"? Skąd szary, zwykły człowiek moze wiedzieć w jaki sposób zyć, jeśli nawet osoby konsekrowane plączą mu w głowie. Przecież przeciwstawianie źle funkjonujacych pełnych rodzin związkom niesakramentalnym, lub niepełnym rodzinom jest drogą donikąd. Zawiera jedynie ukryty przekaz, iz nieważnym jest jaki to związek, czy sakramentalny, czy kazdy inny. Wazniejsze tylko, żeby "mieć chłopaka i studiowac na prestizowych kierunkach". Choc zarazem zauwazam i podzielam troskę Ojca o sakramentalnych jeszcze przed tym jak wystapią problemy, tylko w jaki sposób ich zabezpieczać? Ja proponuję zwrócić szczególną uwagę na te sprawy w Naukach Przedmałżeńskich, ale może w ten sposób, aby młodzi małżonkowie mieli gwarantowaną pomoc Kościoła przy zaistniałych powazniejszych problemach. Takie katolickie wsparcie łączące w sobie troskę o ich drogę (Ewangelia), przyszłość i zarazem funkcję mediatora.
F
fair
13 grudnia 2014, 20:50
Ojciec Dariusz chciał powiedzieć, ze ponad formalizmem musi stać PRAWDA. Choćbyśmy zawarło niewiadomo jaki święty związek sakramentalny a pózniej kłócili sie w nim i nie szanowali, jest on uwlaczeniem PRAWDZIE czyli Duchowi Św. Żaden sakrament nie stoi ponad prawda. A naszym pierwszym obowiązkiem jest zycie w prawdzie.
E
Ela
13 grudnia 2014, 21:59
Koniecznie, popieram szczerze. Nacisk na nauki przedmałżeńskie, wyczulenie na każdy niepokojący sygnał (np. przy spowiedzi) i pomoc Kościoła w rozwiązywaniu poważniejszych problemów, np. poprzez mediację. Mnie tego zabrakło. Zostałam z problemem sama. Nie wiem, jakby to wszystko się potoczyło i czy dałoby się cokolwiek uratować, gdyby ta pomoc nadeszła. Może nie. Ostatecznie z problemami porozwodowymi uporałam się dopiero po latach, gdy na mojej drodze spotkałam oddanych kapłanów. Było wiele modlitw o uzdrowienie i uwolnienie, także z egzorcyzmem, wiele rekolekcji, rozmów indywidualnych. Dlatego nikt mi nie powie, że rozwód to rozwiązanie. A w wieku 24 lat… wychodziłam za mąż… za „wspaniałego chłopaka”, który wydawał się być „odpowiedzialny i dojrzały”… Jest Tylko jedna Prawda. Nasze „prawdy” mają z Nią czasami niewiele wspólnego. I ta Prawda Jedyna zapisana została w Piśmie Świętym. I żadna nasza ludzka prawda nie jest w stanie stanąć ponad Nią. „Odparli Mu: «Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?» Odpowiedział im: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę - chyba w wypadku nierządu - a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo». (Mt 19, 7-9). „Przystąpili do Niego faryzeusze i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: «Co wam nakazał Mojżesz?» Oni rzekli: «Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić». Wówczas Jezus rzekł do nich: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!» (Mk 10, 2-9)
14 grudnia 2014, 08:54
„Rozumiem autorów takich stwierdzeń, którzy chcą przestrzec, dać argument, by się nie rozwodzić. Ale jest w tym jakaś magiczna wiara w siłę formalizmu.” W większość wypowiedzi jest owszem wiara, ale nie w magiczną jak to określiłeś siłę formalizmu, ale w faktyczną, realną obecność łaski płynącej z Sakramentu Małżeństwa. Łaski doświadczana przez każdego z małżonków, który rzeczywiście i realnie wierzy Bogu i rzeczywiście i realnie chce wierność swoejmu małżeństwu zachować. Bez względu na to, co podszeptują „życzliwi” ludzi, w tym też „życzliwi” księża każde małżeństwo jest do uratowania, choć po ludzku wydaje się być inaczej. Ale idąc dalej tropem tej wiary w formalizmy, warto zapytać, czemu księża tak bronią formalizmu swojego kapłaństwa. Skoro każdy ochrzczony jest powołany do kapłaństwa powszechnego, to przecież każdy mógłby spowiadać, czy odprawiać Mszę sw. Tyle ze na drodze stoi (zbędny?) formalizm sakramentu. Zresztą formalizm dyskryminujący kobiety. A moze każdy z Sakramentów jest tylko zbędnym formalizmem?
14 grudnia 2014, 08:57
Prawda jest jedna i bezwzgledna - małżeństwo ważnie zawarte jest nierozerwalne ludzką mocą. Kazda proba rozerwanai jest złem i nie ma żadnego znaczenia, czy ludzie sie w nim kłocą i nie szanują. Chyba, ze ktoś składajacy przysiegę małżeńska nie rozumie, co wypowiada, ale wtedy jst trwale niezdolny nie tyko do małżeństwa.
R
rew
14 grudnia 2014, 16:40
Nie ma znaczenia jak ludzie traktują sie w małzeństwie, bo jest nierozerwalne? Teraz już wiesz dlaczego młodym ludziom coraz mniej spieszy sie do sakramentalnego małżeństwa. Młodzi już to do siebie maja, ze nie znoszą HIPOKRYZJI. Ja mam ponad 50 i b ich za to szanuje.
T
tet
14 grudnia 2014, 16:43
Współczuje ci. Ale ci wszyscy księża z ich egzorcyzmami zrobili sie niezła wodę z mózgu.
14 grudnia 2014, 21:00
"Nie ma znaczenia jak ludzie traktują sie w małzeństwie, bo jest nierozerwalne?" Jak ludzie się traktuja także w małżeńśtwie, nie jest wynikiem małżeńśtwa, ale wielu róznych innych czynników.  Rozwód jest wiec jedynie ucieczką, a nie faktycznym rozwiązaniem problemów. To patrząc po ludzku, ale patrzac oczami wiary rozwód jest jawnym nieposłuszeństewm wobec Słów Boga. Czy więc to nieposłuszeństwo moze być kiedykolwiek dobre?
T
tnbm
13 grudnia 2014, 10:50
Ja to tylko chciałbym poznać wreszcie jakieś liczby. Wszyscy mówią o statystykach, o rzekomo rzetelnych badaniach, ale żeby zamieścić linka do badań, to nikomu się jeszcze nie udało. Podobnie z tekstem w GN - jakieś, za przeproszeniem, farmazony, łzawe historyjki, przykładów parę, wypowiedzi fachowców... Jaki jest odsetek dzieci z rozbitych rodzin, które popadły w prostytucję? Jak prostytucja jest skorelowana z liczbą rodziców (0, 1, 2)? Jak na prawdopodobieństwo uwikłania się w narkomanię wpływa fakt, że rodzice się rozwiedli? A jak już podacie liczby, to na jakieś próbie było robione badanie, itd. itp. Fajnie jest opowiadać bajki, smutne historyjki (tak naprawdę to tekst, który właśnie komentuję, też się do nich zalicza), ale może jakieś liczby konkretne? I nie, podanie nawet dziesięciu wyciskających łzy opowieści nie jest statystycznie istotnym potwierdzeniem JAKIEJKOLWIEK tezy. Dlatego do wszystkich, którzy się wypowiadają w sposób kategoryczny (opowiadając się po którejkolwiek ze stron) - jak zrobicie solidną analizę statystyczną, to może będziecie mieli jakąś siłę przekonywania, argumenty jakieś. Na razie jest to czcza gadanina. A zanim ktoś napisze, że "to są nauki społeczne, tu się nie stosuje metod matematycznych" - owszem, stosuje się. W poważnych badaniach, a nie tendencyjnym pisarstwie obliczonym na, nazwijmy to po imieniu, opiniotwórczość.
N
Nieufny
13 grudnia 2014, 01:18
Przeczytałem artykuł oraz komentarze i coś mi się tu widzi, że ten tekst to raczej taki test jest, a nie żadne świdectwo. Mam taką nadzieję. Taka sonda posyndoalna i przedsynodalna na temat rodziny. Mam rację? :) Jeśli tak, to gratuluję p. Joli, udało się chyba wywołać owocną dyskusję i zebrać materiał dowodowy, że jednak małżeństwo jest nierozerwalne, że sakrament to coś wyższego niż emocje, że trzeba wspierać rodziny, zwłaszcza te rozbite i rozbijane, pomagać małżonkom posklejać to co zniszczyli, jeśli tylko się da itd. A więc kapłani do dzieła, w was nasza nadzieja, tam na tym synodzie i w ogóle.
M
Milosc
13 grudnia 2014, 01:08
Poczucie "ja-sierota", to własny wybór. Im głośniej go przedstawiasz, tym wyraźniej go odczuwasz. Wybierz myślenie, które pragniesz wybrać, a wtedy wszystko wskoczy na właściwe tory. Naprawdę - niezależnie od myślenia innych. Pomyśl "Ja jestem Miłością" i zanim udzielisz odpowiedzi zastanów się, "co powiedziałby Miłość?"
A
aga
13 grudnia 2014, 18:28
nie bardzo rozumiem Pański tok rozumowania. O sobie samym: "Ja jestem Miłością"?  I że niby moje myślenie ukształtuje moje emocje i odczucia? To może przzerodzić się w wypieranie, a to bardzo niezdrowe dla psychiki.
M
Milosc
14 grudnia 2014, 15:47
Dziękuję za to pytanie, Agnieszko. Sprawdź proszę na sobie, jaka myśl rodzi się, gdy wypowiesz zdanie "Jestem sierotą". Jakie uczucia Ci towarzyszą? Czy są to dobre, przyjemne odczucia dla samej siebie? Nie, prawda? Ubierając się w te słowa możesz odczuwać niepełnię, brak, tęsknotę. A teraz wypowiedz zdanie "Jestem miłością". Co zmienia się w Twoim postrzeganiu siebie i innych? Kiedy zwracasz się do drugiego człowieka z miłością, jak on reaguje? Nie trzeba niczego wypierać - wystarczy uznać, że to, co dotąd wydawało mi się brakiem, było moim doświadczeniem, z którego mogę teraz zacząć czerpać wiedzę - ono zaistaniło w mojej rzeczywistości, a przez ten fakt, miało swój głęboki sens. Wybierając zrozumienie tego, że my jesteśmy odpowiedzialni za życie kogoś, którego doświadczenia również dotknęliśmy, zmieniamy perspektywę patrzenia na sprawy i ludzi, których nam przeznaczenie (Bóg) ustawiło na naszej ścieżce. Wybierając drogę akceptacji i zrozumienia, zaczynamy żyć miłością - wiemy, jak dalej pomóc komuś, kto się do nas o tę pomoc zwróci, by zrozumiał swoje doświadczenie i przetransformował je również w budujące. Mamy życie w swoich rękach i to my decydujemy, co i jak długo jeszcze chcemy przeżywać, na co jesteśmy już gotowi, a na co być może jeszcze nie. Pytanie, czy i jaki jest sens pozostawania w czymś, co nam nie służy. Wystarczy zmienić swoje nastawienie, a wówczas możemy zmienić wszystko.
DD
Dorosłe Dziecko
12 grudnia 2014, 23:35
Bardzo dziękuję za ten teskt. Niech ci wszyscy Strażnicy Moralności spróbują żyć w rodzinie, gdzie ojciec terroryzuje psychicznie całą rodzinę, gdzie wszyscy żyją w lęku, dzieci boją się wracać do domu... Oczywiści małżeństwo należy zawsze ratować, ale do tego potrzeba dwojga. Jedno z małżonków nie uratuje związku bez chęci jakiejkolwiek współpracy drugiej. Uważam, że nie tyle rozwód ile bardziej nieustanne życie w lęku prowadzić może do różnych nie pożądanych zachowań u dzieci. A dzieci rozwodników są wdzięcznym obiektem badań, bo są dobrze widoczne, nie tak jak bojące się wieczenie, sfrustrowane, z bólami brzucha i głowy, kłopotami w nauce, dzieci z tzw. dobrych, sakramentalnych związków, gdzie za fasadą, dla dobra dzieci, utzrymuje się małżeństwo i niszczy dzieci..
K
Konrad
13 grudnia 2014, 00:02
O jakich strażnikach moralności jest mowa. Czy ktoś rozsądny namawia bitą żonę aby pozostała przy mężu? Czy kościół katolicki potępia osoby żyjące w separacji ze względu na znęcanie się małżonka lub zdrady, alkoholizm. Trudno się podnieść z rodziny, gdzie jest przemoc fizyczna, lęk, alkohol. Mojemu bliskiemu się udało. To wspaniała żona, matka, dająca siebie innym. Znalazła też tą wielką Miłość, bo Pan Bóg nigdy nie zawiedzie.
M
Milosc
13 grudnia 2014, 01:36
Kościół katolicki nie potępia, ale wyklucza z sakramentów znalezienie miłości w innym człowieku, którym był dotąd "małżonek". Szczytna to idea brać ślub w Kościele i przysięgać przed Bogiem temu jedynemu człowiekowi. Służy tym, którzy byli świadomi. Nie służy tym, którzy czuli jakąkolwiek presję.
13 grudnia 2014, 08:02
"Niech ci wszyscy Strażnicy Moralności spróbują żyć w rodzinie, gdzie ojciec terroryzuje psychicznie całą rodzinę, gdzie wszyscy żyją w lęku, dzieci boją się wracać do domu..." W skrajnych wypadkach istnieje pojecie separacji.  "Oczywiści małżeństwo należy zawsze ratować, ale do tego potrzeba dwojga." Do tego potrzeba wiary, szczególnie w sytuacjach beznadziejnych. "gdzie za fasadą, dla dobra dzieci, utzrymuje się małżeństwo i niszczy dzieci.." Takie teksty pokazują (pewnie skrywaną) zawiść.
P
Piotr
14 grudnia 2014, 14:26
,,Nie służy tym, którzy czuli jakąkolwiek presję." Presję czują ludzie w róznych sytuacjach, ślubu kościelnego takze. Jej siła oraz uwarunkowania zależą od wielu rzeczy. Jednak od orzekania czy małżeństwo zostało ważnie zawarte jest Sąd Biskupi, a nie nasze gdybanie. Inna sprawą jest jeśli sie do ślubu wcale nie przygotowuje, a decyzję podejmuje w momencie pytania przez kapłana w czasie uroczystości. Pan/i myli się utożsamiając, czy ograniczając miłość wyłącznie do uczucia. Miłość podobnie jak i przysiega małzeńska to przede wszystkim DECYZJA.
M
Milosc
14 grudnia 2014, 16:04
Piotrze, poruszyłeś bardzo istotny punkt. Zastanów się proszę, dlaczego Ty założyłeś, że ograniczam miłość do uczucia? Zdecydowanie twierdzę i zgadzam się z Tobą - miłość to DECYZJA, to wielka odpowiedzialność - nie tylko za swoje życie, ale przede wszystkim za życie tych, z którymi nasze ścieżki się krzyżują.
P
Piotr
15 grudnia 2014, 14:21
W wielu swoich wypowiedziach odwołuje sie Pan/i do uczuć jakoby do papierka lakmusowego wskazującego czy coś jest dobrem. To jest mylne przeświadczenie. Sami opierając się wyłacznie na sobie i swoich wrażeniach łatwo możemy się pogubić(zwłaszcza mają tak kobiety). Religia katolicka przeistacza sie wtedy w taki zlepek wielu wyznań, czy światopoglądów. W Pan/i poglądach wg mnie funkconuje trochę katolicyzmu, buddyzmu jak i dość sporo new religion tj. New Age.
15 grudnia 2014, 14:57
To przenikliwe stwierdzenie, Piotrze. Dziękuję Ci za nie i za Twój czas poświęcony czytaniu innych zamieszczonych przeze mnie komentarzy. Dostrzegasz Bożą Dychotomię, Piotrze? A zastanów się, proszę, jak zmieni się to, czego będziesz doświadczał, kiedy zrealizujesz pragnienia Jednego Bytu, a nie jego lokalnych personifikacji?    I jak myślisz, czy w naszym życiu chodzi o nas czy o ludzi, na których naszym życiem wywieramy wpływ?
P
Piotr
15 grudnia 2014, 16:31
,,Dostrzegasz Bożą Dychotomię, Piotrze?" Nie rozumiem powyższego stwierdzenia, poproszę jaśniej. ,,I jak myślisz, czy w naszym życiu chodzi o nas czy o ludzi, na których naszym życiem wywieramy wpływ? " Ja sądzę że o jedno i o drugie, a jak się to ma do naszej rozmowy?
15 grudnia 2014, 21:56
Potrafię jaśniej, ale zależy mi na tym, żebyś Ty jaśniej to sam zrozumiał.  Co do drugiego pytania, myślę, że nie o nas samych tutaj chodzi jednak, lecz o innych ludzi. Być dla siebie niewidzialnym, być w pełnej ciszy i jednocześnie dostrzegać to, co jest ponad nią, jest moją odpowiedzią do naszej rozmowy.
no_name (Piotr ex londynczyk19)
no_name (Piotr ex londynczyk19)
10 grudnia 2017, 00:31
Ale niespodzianka, rozpoznaję własne wpisy sprzed lat, jako "Piotr" (wtedy jeszcze nie było konieczności logowania). Serdecznie pozdrawiam Olę (Milosc).  :-)
W
Witold
12 grudnia 2014, 21:39
Trudno komentować odczucia Autorki względem tekstów o rozbitych rodzinach - ma do nich prawo, być może ich wydźwięk jest czasem krzywdzący dla osób, które przez rozwód przeszły. Tylko, że statystyczna racja jest jednak raczej przy tych, którzy o rozwodach piszą źle. Statystyczna racja nie wyklucza jednak, iż mogą być rodziny, które przeszły przez rozwód inaczej niż większość.
D
dt
12 grudnia 2014, 15:19
Mam wrażenie, że ten artykuł jest w pewnym sensie dowodem potwierdzającym tezę, którą próbuje zwalczać. Droga Autorko, fakt że tak bardzo dotknął cię ten artykuł w GN, że swoją odpowiedź tak bardzo nasyciłaś emocjami daje do myślenia. Przecież nikt nie próbuje tu stygmatyzować dzieci z rozwiedzionych rodzin. Wręcz przeciwnie, staje w ich obronie. Mam wrażenie (ok, to tylko moje wrażenie), że próbujesz samą siebie i cały świat przekonać, że wszystko było dobrze w twoim dzieciństwie. Podkreślasz, że jesteście na dobrych uczelniach, masz fajnego chłopaka itd. To wszystko pięknie, chwalić Boga, że tak się stało, bo oczywiście mogło potoczyć się gorzej. Ale nie oszukujmy się - rozwód Twoich rodziców był czymś złym, czymś co bardzo przeżyłaś i czymś czego nie życzysz innym ludziom, prawda? Ok, w przypadku takiej a nie innej postawy ojca był może mniejszym złem, ale jednak złem. Myślę, że walcząc o to, aby przekonać siebie i innych, że rozwód to była dobra droga czynisz krzywdę przede wszystkim sobie. Tylko stawienie czoła prawdzie (najlepiej na modlitwie, w świetle Bożego Miłosierdzia) i przebaczenie rodzicom może przynieść ci prawdziwy pokój i wolność.
`
~`A
12 grudnia 2014, 14:06
Czy dzieci wdowców ,też są gorszymi sierotami?
I
~~ i`B
12 grudnia 2014, 14:25
Właśnie, to są dopiero sieroty a o nich nie ma słowa!! Ileż się muszą samotne wdowy czy wdowcy zmagać z różnymi przeciwnościami. A co z dziećmi, którzy nie maja rodziców?
`
~`A
12 grudnia 2014, 18:09
Dzieci ,które nie mają jednego z rodzica lub dzieci z rozwiedzionych rodzin nie są gorsze od innych .Przeciesz z pełnych rodzin sięgają po używki ,bo ich na to stać .Dzieci nieślubne też są w pełnych rodzinach.
SJ
sama ja
12 grudnia 2014, 10:27
Autorka nie jest "sierotą rozwodową" w pełnym tego słowa znaczeniu. Sierotą rozwodową jest dziecko wychowywane przez jednego rodzica po odejściu drugiego. Pani JOlanta Szymańska pisze, ze jej matka ma nowego partnera, czyli wychowywała się w pełnej rodzinie, a to znacznie zmienia sytuację. Takie dziecko może rzeczywiście nie odczuwać tak bardzo dramatu rozpadu rodziny, bo jednak - w przeciwieństwie do prawdziwych sierot - ma pełną rodzine:i matkę i ojca-ojczyma.
E
egfrg
12 grudnia 2014, 10:19
młoda, a wypowiada się jakby już całe życie przeżyła i wiedziała lepiej. konsekwencje przecież mogą wyjść później (i często wychodzą). Ciekawe czy wtedy napisze sprostowanie...
TW
Teresa Wrońska
12 grudnia 2014, 15:23
Tu stara i w pełni popiera to co młoda Pani Jolanta napisała. 
M
Milosc
13 grudnia 2014, 01:22
"Młoda", a wypowiada się, że coś takiego przeżyła i wie, jak się do tego odniosła. Konsekwencje poniosła i żyje szczęśliwie, kochając, wybaczając i dzieląc się z innmi, dając im wiarę swoim świadectwem. Dlaczego dla Ciebie istotnym jest czyjeś prostowanie, skoro wiesz, że każdy ma to, co sam wybiera?
G
gołowąs
13 grudnia 2014, 17:42
A stara skąd dorwała walkie-talkie ?
E
Ela
12 grudnia 2014, 10:12
Kochani, walczcie o swoje małżeństwa. Nie dajcie sobie wmówić, że rozwód jest szansą i nie jest złem samym w sobie. Zapytajcie osoby po rozwodzie, czy są szczęśliwe, bo zrobiły wszystko, co było w ich mocy, żeby uratować małżeństwo. Zapytajcie, ile razy modliły się o jego uratowanie, ile razy poprosiły o odprawienie Mszy Św. w tej intencji, ile razy skorzystały z rekolekcji dla małżeństw, z terapii w ośrodkach psychologii chrześcijańskiej. Będziecie zdziwieni, jak niewiele. Bo rozwieść się jest stosunkowo łatwo. Mówię to z całą świadomością, z doświadczenia własnego, moich rodziców, krewnych, przyjaciół i znajomych. Pamiętajcie, że "każda rzecz wielka musi kosztować i musi byś trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe!”– Ks. kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia. I tylko wtedy będziecie mogli mieć pewność, że daliście swoim dzieciom wszelkie wsparcie, daliście przykład własnym życie i będą wtedy na pewno wiedziały, jak żyć, i że nie wolno się poddawać, że warto walczyć, że w życiu nigdy nie jest łatwo i nie wolno uciekać. I nawet jeśli wyda Wam się, że czujecie się przegrani, bo nie jest tak ja sobie wymarzyliście, to pamiętajcie, że Mojżesz mógł czuć się tak samo, bo nie wszedł do Ziemi Obiecanej, ale wprowadził tam swój naród. Że św. Józef umierał nie zobaczywszy, że Jezus pokonał śmierć. Byli wierni do końca i uczą nas, co to znaczy wierzyć i jak wierzyć. I co tak naprawdę się liczy. Kapłani ratujcie nasze rodziny, ratujcie małżeństwa sakramentalne, bądźcie blisko tych wszystkich rozpadających się rodzin i służcie im. Ratujcie wartości katolickie. Błagam Was o to. Z Panem Bogiem.
A
apel
12 grudnia 2014, 11:05
Popieram apel do kapłanów; ratujcie małżeństwa, zamiast tworzenia duszpasterstw dla niesakramentalnych.
DD
Dorosle Dziecko
12 grudnia 2014, 23:41
A jak mąż cię bije, terroryzuje, wydziela 15 zł na jedzenie dla ciebie i dwójki dzieci, liczy czas przejścia do szkoły i obrywasz za 3 min spóźnienia, wyznacza ci spotkania z rodziną tylko przy okazji większych świąt, i wiesz że to wielka łaska z jego strony, ale przy ludziach jest super ułożonym mężem i ojcem, i nie uważa żeby robił cokolwiek złego, to TEŻ będziesz się poświęcać i cierpieć i pokazywać dzieciom, że tak należy, bo tak Bóg Cię doświadcza??? Wybacz, ale większej krzywdy dzieciom zrobić nie można.
K
Kama
13 grudnia 2014, 01:05
W zasadzie odpowiedź jest w tym komentarzu chyba...  Bóg jest Miłością i Dobrocią. I nie chce, żebyśmy żyli w nienawiści. Jestem tego pewna. I nie wolno dawać się poniżać. Po prostu nie wolno i już. Każdy człowiek ma prawo do godności i szacunku. Ale też nie wolno poddawać się, nawet jeśli jest się zmuszonym do separacji. Zawsze warto się zastanowić, co z tym zrobić. Na pewno warto zawalczyć. Nawet o degenerata. Jeśli Pan Bóg dał szansę św. Pawłowi i Marii Magdalenie, to dlaczego ma nie dać nam...? Warto modlić się o uratowanie małżeństwa, poszukać mądrego kapłana, powiernika, poprosić o odprawienie Mszy Św. w tej intencji, nie jednej, ale może kilkudziesięciu, skorzystać z rekolekcji dla małżeństw, z terapii w ośrodkach psychologii chrześcijańskiej..... A jeśli to nie pomoże, to pójść dalej, do sądu biskupiego. A potem to już według woli Bożej. Ale zawsze trzymać się kurczowo szat Jezusa. No ja przynajmniej tak robię :-) Nie żyjemy w świecie odizolowanym od problemów. Życie małżeńskie jest jedną z najtrudniejszych dróg. I proszę mi uwierzyć, nie zawiodłam się, niczego nie straciłam, odzyskałam godność, moje dziecko jest szczęśliwe. I w końca ja stałam się szczęśliwa.
12 grudnia 2014, 09:34
Zadaje sobie świetnie sprawę, iż dzieci wywodzące się rodzin rozbitych, dotkniętych patologią rozwodu i potwornych związków, dzieci, które wychowały się w nowych, szczęśliwych „rodzinach” mają poważny problem, bo doświadczają na sobie dysonansu pomiędzy realnym życiem w którym rozwód był „dobrem”, a nauczaniem Kościoła, który jasno definiuje każdy rozwód, jako zło, zło pogłębione kolejnymi związkami. Szkoda, że współcześni kapłani, ale też wielu współczesnych świeckich nie radzi sobie z tą duszpastersko trudną sytuacją i nie staje jednoznacznie w obronie podstawowej wartości, jaką jest nierozerwalność każdego ważnie zawartego katolickiego małżeńska. Szkoda, iż wielu dziś zamiast głoszenia nauki Kościoła, kluczy, aby kogoś nie urazić. Bo w ten sposób wielu wprost przyczynia się do rozrostu tej strasznej plagi patologii rozwodów.
`
`K
12 grudnia 2014, 19:38
Dzisiaj to w kościołach jest wielka patologia.
Q
qlka
12 grudnia 2014, 23:51
To trzeba się za ten kościół modlić a nie tylko biadolić.
I
igor
13 grudnia 2014, 01:40
Panie Tomaszu, mam 34 lata. Kiedy miałem 5 lat moja matka odeszła od mojego awanturującego sie ojca zabierając ze sobą mnie i młodsza siostrę. 3 lata pózniej wyszła ponownie za maź, tym razem za najlepszego faceta jakiego można sobie wyobrazic. To on mnie i moja siostrę kochał i wychował jak własne dzieci. Tak, wychowałem w sie w nowej, szczęśliwej rodzinie i rozwód uważam za dobro. I kolejnego związku wcale nie uważam za "zło". Doświadczyłem dzięki niemu tego co najlepsze.
T
Ter
13 grudnia 2014, 01:43
Modły za KK tak pomogą jak umarłemu kadzidło. KK jest niestety patologiczny z zasady.
13 grudnia 2014, 08:04
A co wiarą, co z Sakramentami, ich mocą czy łaskę? Wierzyszy?
N
Nestor
13 grudnia 2014, 17:52
Panie Igorze 34-latek juz tak nie myśli. Mam wrazenie, że conajmniej podwoił Pan swój wiek. Jakby nie było to Panu również polecam skorzystanie z mojego doswiadczenia opisanego poniżej.
V
vv
12 grudnia 2014, 03:56
Tym co naprawdę demoralizuje dzieci i krzywdzi jest pozostawanie ich rodziców w złym małzeństwie. Dzieci widza cała hipokryzje takich związków, widza, ze ich rodzice żyją w kłamstwie. I tracą dla swoich rodziców szacunek. Ja osobiście podziwiam moja mamę, która miała tyle siły, by rozwieść się z moim awanturujacym się ojcem. Wyszła powtórnie za maź i mój ojczym był dla mnie wzorem pod każdym względem, kochający maź i ojciec. To dzięki niemu miałam piękne dzieciństwo.
12 grudnia 2014, 09:08
To co piszesz jest dokonałym przykładem braku nie tyle wiary, ile podstawoej wręcz wiedzy czym jest małzeństwo. Patologią jest każdy rozwód, choc ostatnio wielu twierdzi iz patologia jest życie zgodnie z danym słowem.drugij osobie słowem ("nie opuszcze cię aż do śmierci").
`
~`A
12 grudnia 2014, 19:35
Patologia to jest życie w ciągłych awanturach i alkoholizmie.
DD
Dorosle Dziecko
12 grudnia 2014, 23:50
A jeszcze większa patologia, kiedy są awantury i przemoc wobec matki w każdym wymiarze, bez alkoholu, na zimno, z wyrachowaniem. Czego się uczą dzieci? Że są winne poniżania, bicia matki, bo ona trwa w tym związku dla ICH DOBRA! Można siebie za to znienawidzić - gdyby mnie nie było, może Mama byłaby szczęśliwą kobietą, bo z pewnością by odeszła od człowieka, na którego myśl do dziś boli mnie żołądek.
TC
Ta co wybaczyła
13 grudnia 2014, 00:14
Trzeba takiemu ojcu/ matce przebaczyć, wtedy ból będzie mniejszy. Nie można żalu i bólu w sobie pielęgnować.
PI
przeciw ignorancji
11 grudnia 2014, 23:39
Ks. prof. Tadeusz Guz: małżeństwo i rodzina w kontekście obrad Synodu [url]http://www.youtube.com/watch?v=Ms8q90eTQGY[/url] To naprawdę fantastyczna konferencja. Wszystkim polecam, choć jest tam sporo filozofii i całość trwa ponad 3 godziny. Ale naprawdę warto tego posłuchać, bo bardzo wiele wyjaśnia na temat postaw niektórych biskupów na synodzie, trendów współczesności, protestantyzmu, i współczesnego podejścia do małżeństwa. Ks. prof. Tadeusz Guz: trafność i aktualność krytyki modernizmu dokonanej przez Św. Piusa X [url]http://www.youtube.com/watch?v=gOYrTZBu0qk&index=4&list=UUDJLaHgzx372MXSeKFRVBhw[/url] "Wspólnym mianownikiem wszystkich ideologii nowoczesności jest ich wrogie antykościelne i antykatolickie oblicze oraz ich żywotna relacja z protestantyzmem. Nikt inny tak nie próbował satanizować Boga jak Marcin Luter" - podkreślił ks. prof. Tadeusz Guz podczas konferencji „Ignis Ardens. W 100-lecie śmierci św. Piusa X”.
S
sroka
11 grudnia 2014, 23:17
Samo świadectwo bardzo odważne. Ma Pani dzielną mamę. Jednak nie podoba mi się, że tak mocno uderza w nim Pani w GN i w artykuł tam umieszczony. W artykule tym jest wiele prawdy. Podam przykład: na rekolekcjach, w których uczestniczyłam rozdawano słodycze i cukierki dla dzieci. Dzieci było sporo, w wieku 2-11 lat. Siostra chyba nieświadomie poprosiła, aby podeszły do niej wszystkie śliczne dzieci a da im prezenty. Podeszły wszystkie dzieci, z wyjątkiem dwóch małych dziewczynek, które kilka miesięcy wcześniej porzucił ojciec. One nie czuły się śliczne. „Życzę wszystkim małżeństwom - szczególnie sakramentalnym - pokory. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. To dla mnie takie uderzenie w małżeństwa sakramentalne. Skąd pomysł, że my sądzimy. Zawsze my, czy małżeństwa, które znam staramy się wspomagać rodziny z rozbitych domów. Uważam, że złe jest tkwienie w rodzinie, gdzie jest przemoc fizyczna i psychiczna.  Chcę dodać, że ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych jest tak wiele, że obecnie (przynajmniej w środowisku, w którym żyję i pracuję) stanowią większość. Bardzo często to my stanowimy mniejszość. Coraz częściej stajemy się również obiektem drwin, żartów.
P
pydynka
11 grudnia 2014, 22:25
Zgadzam sie z textem w 100%. Jakze inaczej wygladalo by wasze zycie gdyby mama jednak zostala z tata... nie zycze nikomu takiej codziennosci... Dzielna mama, czasem trzeba walczyc o  spokojny dom za wszelka cene, spokojny dom -spokojna mama =spokojne dzieci
J
James
11 grudnia 2014, 20:39
Bardzo konkretna historia, z którą się zgadzam. Gratuluje autorce dojrzałości (jej samej oraz jej matki!) Sam osobiście byłem wychowywany w rodzinie dysfunkcyjnej, choć ciągle sakramentalnej jako najmłodszy członek rodziny. Wiecznie nieobecny tata, pracował za granicą przy dużych projektach. Mama opiekowała się domem i dziećmi. Nie układało się między nimi i nie umieli dojść do porozumienia. Odbijało się to na ich wzajemnej relacji oraz na nas. Brat się buntował i był za to karany. Ja byłem rozpieszczony, co dość mocno utrudniło mi wejście w dorosłe życie (polecam sąsiedni artykuł: http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/depresja/art,32,masz-osobowosc-depresyjna.html) Ostatecznie cieszę się, że rodzice się nie rozwiedli, choć podstawy ku temu były mocne. Teraz obserwuje w naszej rodzinie jakby odwilż, ostatnie dziecko się usamodzielniło, dom się wyciszył. Było dużo ran, już pewnie nie do zabliźnienia, ale jednocześnie istnieją relacje, które byłyby prawdopodobnie przez rozwód rodziców zerwane..  Pozdrawiam!
Ś
Świadomy
11 grudnia 2014, 21:52
Ludzie cieszą się z różnych rzeczy. Niektórzy np. że sąsiad miał wypadek kiedy jechał swoim nowym samochodem. W niektórych krajach poddaje się pod referenda i głosowanie np. możliwość uśmiercania starych. Pytanie tylko, czy jest to dobre. I z tego pytania nikt nie jest zwolniony, czy wierzący, czy nie.
P
Patrycja
11 grudnia 2014, 19:43
Szanuję bardzo i podziwiam, że rozwód rodziców nie odbił się negatywnie na życiu Autorki. Szanuję, ale sama poczułam się tym tekstem zahejtowana :-) Że to, co przeżyłam, było głupie i powinnam być silniejsza, bardziej odporna na zło. Jednak tłumaczę sobie, że chodziło w nim tylko o zamanifestowanie przekonania, że dzieci rozwiedzionych rodziców nie są degeneratami i nie powinny czuć się gorsze. Tak jest! Nie są. I z reguły nie czują się gorsze od innych. Im po prostu więcej brakuje. Brakuje połowy rodzicielskiej miłości i niekiedy wzorców. Pochodzę z rozbitej rodziny. Moja mama nigdy nie musiała mówić mi, że to nie moja wina. To było oczywiste. Nie czuję się i nigdy nie czułam się winna. Czułam się kochana. Przez mamę, ciocie, wujków, babcię. Mama starała się ze wszystkich sił zapewnić nam wszystko, czego z siostrą potrzebowałyśmy. Momentami było bardzo ciężko. Mimo to skończyłam studia. Na dobrej (tak myślę) uczelni. W oczach świata można by powiedzieć, że zrobiłam również karierę. Ale psychicznie jestem sierotą. No taka jest prawda. Nie wiem, czy czułabym się szczęśliwsza, gdyby nie doszło do rozwodu moich rodziców. Być może ten rozwód był wybawieniem. Być może czułabym się jeszcze bardziej okaleczona psychicznie, gdyby to się nie stało. Prawdopodobnie tak. Jednak rozwód jest zły i taki tekst na katolickim portalu może być bardzo niebezpieczny. Nie wyszłam ponownie za mąż. Czekam na wyrok w sprawie stwierdzenia nieważności mojego małżeństwa. Jeśli będzie pozytywny, to dobrze. Jeśli negatywny, to też dobrze. Jestem dumna, że mimo tego, iż moje życie wygląda może nieidealnie, to nie zwątpiłam w wartości w które wierzę. I których naucza Kościół. I będę im wierna do końca. I przekażę je mojemu synowi. I nie będą to puste słowa. Wierzę, że w chwili próby umocnią go i popchną we właściwym kierunku. I wiecie co, ja też jestem szczęśliwa. Bo Bóg mi błogosławi i pomaga. Odczuwam to bardzo mocno.
P
Patrycja
11 grudnia 2014, 19:47
P.S. Ja też jestem po rozwodzie, mój mąż odszedł do innej kobiety i założył z nią rodzinę. Ma z nią dzieci. U mnie nie było przemocy, ani psychicznej ani fizycznej. Taką właśnie sierotą niby nie jestem :-)
N
Nestor
11 grudnia 2014, 20:31
Patrycjo może tu znajdziesz pomoc, zrozumienie i przytulenie? http://www.kryzys.org/ http://sychar.org/
M
majk
12 grudnia 2014, 11:02
Dzięki, Pani Ptarycjo, za ten głos! Wydaje mi się bardzo roztropny, szczery, zrównoważony i sensowny. Buduje mnie osobiście Pani podejście do sprawy unieważnienia małżeństwa. Nie myśli Pani o sobie, ale o swoim synu i o tym, co potem. Tego chyba brakuje nam dzisiaj. Wszytskiego dobrego! Życzę wytrwałości w wierności tym wartościom! 
B
bezczelny
11 grudnia 2014, 19:32
Pt. studiujących prestiżowe kierunki, względnie szanownych księży i panów redaktorów, moderatorów i innych takich, bardzo proszę o poprawę pisowni, zamiast "nie jedna" - "niejedna". Strasznie po oczach wali, chociaż prestiżowo techniczny jestem. Najmocniej przepraszam urażonych tą uwagą.   Koszmarnie poplątany artykuł. Pani Jola twierdzi, że znalazła milion na ulicy i zżyma się, że ktoś gdzieś napisał, żeby nie szukać miliona na ulicy, bo tacy, co go na ulicy szukają, to naiwni ludzie są. Dobrze napisał. Z tym milionem pani Joli też może być tak, a może być siak. Nikt tu nie może sprawdzić, czy to prawdziwe pieniądze. Niechże pani Jola zostawi własny przykład innym do oceny. Być może będą w stanie dostrzec coś więcej, bo że coś mniej, to za nic w świecie nie chciałem napisać. Pozdrawiam również księdza ojca Kramera i więcej dystansu życzę. Nie słowem, lecz przykładem. A jako postronny mogę napisać, że tak, jak większości księży, ojca przykład niezły jest, tylko nazbyt rozgorączkowany.
.
.
11 grudnia 2014, 19:27
Jestem dzieckiem rodziców którzy wytrwali wzwiązku i nigdy się nie rozwiedli. W mojej rodzinie nie było alkoholizmu, ani innych uzależnień, ale i tak jestem osobą nie dającą sobie rady z emocjami, poranioną, wycofaną, nerwową. Myślę, że gdyby moi rodzice się rozwiedli zamiast żyć latami w nienawiści i uzależnieniu od sibie nawzajem miałabym więcej okazji do zbudowania dobrych relacji choćby poza domem i na pewno więcej wyniosłabym dobrego z mojego dzieciństwa. Można być nieszczesliwym dzieckiem  w pełnej rodzinie, można teą być szczęśliwym mając miłość tylko jednego z rodziców.
J
Jusujusz
12 grudnia 2014, 00:29
Jak pięknie napisane. Właśnie wracam z modlitwy o uzdrowienie  prowadzonej na Kursie Alfa w Warszawie. Było wiele słów poznania o zranieniach w relacjach z rodzicami. Myślę, że wszyscy je nosimy, brak ciepła, wystarczającej obecności ojca czy wyrozumiałości czy akceptacji, czy poszanowania wolności i odrębności dziecka. Są tego powody i są związane z relacją wzajemną rodziców. Moi rodzice nie radzili sobie ze swoimi problemami, było wiele nienawiści i przemocy w ich związku ale są razem do dzisiaj.  Mama modlitwą i Pan Bóg życiem przemienił mojego Tatę i zmienia Mamę na coraz lepszych dojrzalszych ludzi. Kiedyś namawiałam ich do rozwodu, kiedy było bardzo źle ale oni tego nie zrobili... nigdy siebie nie zdradzili na tyle by odejść, ja i rodzeństwo jesteśmy dla nich bardzo ważni  choć źle przeżyli czas trudów i nie szanowali siebie i odbiło się to bardzo poważnie na mnie i rodzeństwie.  Jednak to głównie brak Boga był naszym- dzieci problemem a nie ich relacja.  Artykuł pani Joli już kolejny raz jest dla mnie raczej antyświadectwem, albo taką rozmytą akceptacją dla tego by kiedy mi źle zostawić drugą osobę. Jakoś tak pychy sporo w jej artykułach zauważam... że zawsze się piekli ostro gdyby ktoś jakkolwiek sugerował, że ma ona jakieś braki. A mamy je wszyscy. Może uzdrowieniem dla niej będzie kiedy to zauważy i nauczy się braki u innych i swoje akceptować. 
K
kaczuszka
11 grudnia 2014, 19:11
Nienawiści nie brakuje w komentarzach na katolickim portalu. Każdy ma prawo do własnego zdania! Czemu niektórzy uważają, że skoro podważyło się coś, co zostało napisane w katolickiej gazecie jest jakimś działaniem przeciw Bogu? Tak samo "bezbożnie" mieli się zachować ci, którzy udostępnili ten artykuł. Stek bzdur. Część z tych, którzy wylewają tutaj swoje żale, w niedzielę pokornie pójdzie do kościoła. Nie będę was oceniać, sami się zastanówcie, czy broniąc Boga, sami go nie obrażacie. Miłego dnia! :)
H
Hania
11 grudnia 2014, 18:59
Moje doświadczenie 23 letniej pracy z dziećmi i młodzieżą każe mi skłaniać się ku temu co napisane w "Gościu niedzielnym" (przeczytałam całość -prenumeruję). Wyszła Pani cało z rozwodu rodziców- chwała za to mądrej mamie. Większość tak nie wychodzi. Zapewniam, że często ogromne problemy  małolatów, zaburzenia zachowania mają swoje źródło w rozbijajacej sie rodzinie. Ten fakt wychodzi na jaw często przypadkowo, bo dzieciaki w naturalny sposób brudy domu chcą kryć.  Na ile "bez szwanku" przeszła Pani przez rozstanie rodziców okaże się później. 24 lata to mało. Stały związek, macierzyństwo... to wszystko będzie weryfikowało Pani aktualny pogląd na sprawę. Daj Boże, aby była Pani wyjątkiem od reguły.
T
tomi
11 grudnia 2014, 20:39
Prosze Pani,  czy skutki po rozwodzie i czy zycie w rozwalonej rodzinie tyle ze oficjalnie razem, ale z przemoca, nalogami i ciaglym strachem to jeden pies. Skutkow pani nie zatrzyma. Na rozwody tez pani wpywu nie ma. Wiec dyskusja taka zeby podyskutowac.
V
viola
12 grudnia 2014, 03:47
Pani Haniu, mam 62 lata i w dalszym ciagu nie odczuwam skutków rozwodu moich rodziców. Mam wielki szacunek dla mamy , ze rozwiodła się z moim ojcem i wyszła powtórnie zamaż za człowieka, który był dla mnie najlepszym, kochającym ojczymem. Sama wyszłam za maź i mam 3 dzieci. Ukończyłam studia, jestem niezaleznA. Uważam, ze pozostawanie w złym związku jest tym co naprawdę demoralizuje dzieci. Bo widza, ze żyjemy w kłamstwie a nie w prawdzie.
A
aka
11 grudnia 2014, 18:40
Dziękuję za ten tekst. Miałabym wiele do powiedzenia w tym temacie, ale nie mam kurcze teraz czasu:) Mam podobne doświadczenia i bardzo pokrewne refleksje. I badzo chciałąbym o nich dłużej i więcje napisa, ale ten czas... Dziękuje , dziękuję, dziękuję. I pozdrawiam, a ka
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
11 grudnia 2014, 18:31
Hej Kochani katolicy hajtujący ten tekst.  Uszanujcie fakt, że to jest bardzo osobiste świadectwo Autorki. Kiedyś wszyscy będziemy rozliczeni ze słów. Szanujcie fakt, że ktoś odważył się tak mocno odsłonić. 
R
radek
11 grudnia 2014, 19:24
Żebyż to było samo świadectwo. Autorka obok opowiadania o sobie, co - jak widzę - jest szanowane, więc nie wiem, skąd ojca uwaga, żeby szanować, wypowiada wiele zdań oceniających, uogolniających i niezbyt przemyslanych. Czy przez to, że to piszę, jestem "haiterem"? :) Przykład pierwszy z brzegu: autorka pisze: "nie rozumiem, dlaczego skutki braku obecności rodziców w życiu dziecka wiąże się w Kościele wyłącznie z rodzinami "niepełnymi"?" A któż autorkę przekonuje, że wyłącznie? Z pewnością nie świadczy o tym cytowany przez autorkę urywek "Dzieci z rozbitych rodzin są bardzo samotne, ponieważ ich rodzice są pochłonięci «załatwianiem swoich spraw», mniej czujni na potrzeby dziecka, unikają rozmów. Sieroty rozwodowe tracą też poczucie bezpieczeństwa." Gdzie tu wynikanie?
M
Marcus
12 grudnia 2014, 01:06
Szanowny ojcze duchowny. Chyba każdy kto ze zrozumieniem czyta ten artykuł odnosi wrażenie, że jest to reklama rozwodów. Pokazane są właściwie same plusy: prestiżowe uczelnie, szczęście oraz spełnienie. Końcówka artykułu sugeruje, że gdyby nie kilkuletnie rozstanie teraz byłaby bardziej pyszna i mniej inteligentna emocjonalnie. Czyli na rozstaniu matki z ojcem być może ona zyskała... Inne moje spostrzeżenia: 1. chwalenie się tymi uczelniami to oznaka słabości tej autorki, lub strach ("czy będą mnie traktować poważnie"), którego być może korzenie sięgają momentu rozstania sie rodziców. Autorka zdaje sobie sprawę, że podważa zdanie starszej od siebie (pewnie o około 15 lat) kobiety, która jest również dobrze wykształcona po prestiżowej polskiej uczelni :) 2. cytowanie fragmentów "Sieroty rozwodu" i od razu kontrowanie, udowadnianie, że przemoc występuje również w rodzinach katolickich... Czemu ma to służyć? Czy to zachęca rodziny do angażowania się w życie Kościoła? Ma ojciec rację "Wszyscy będziemy rozliczani ze swoich słów"
12 grudnia 2014, 09:05
"Kiedyś wszyscy będziemy rozliczeni ze słów." Tak, będzięmy rozliczani takze z tych soich świadectw. Np świadectw pokazywania rozwodu i drugiego małżeńśtwa, jako dobrej drogii życia. Bo tak przecież tę sprawę pokazuje na katolickim portalu autorka tego "świadectwa". Tajemnicą na dziś pozostanie jedynie, ile osób zgorszy sie tym świadectewm. Zgorszy, to znaczy uzna iż rozwód i powtórne "zamążpójście" jest dobrą drogą ze wzgledu dzieci.  I dzięki autorce tak uczyni. Trzeba umieć wazyć słowa, a nim napisze sie publiczne świadectwo trzeba też zastanowic sie, jakie ono będzie maiło wpływ na innych. Zresztą tak samo, jak pochwalanie tego swiadectwa przez katolickiego ksiedza.
12 grudnia 2014, 14:39
Które z wpisów, nie zgadzających się z autorką, były hejtem? Jeden czy wszystkie? Niestety osoba publikująca swoje opinie musi być gotowa na reakcję. Nie jest Ojciec  Redaktorem DEONu. (To dobrze juz wiemy.) Ale czasem dobrze jest się zastanowić czy udostępnienie "pierwszej strony" wychodzi piszącym na dobre. ---------------------- A merytorycznie: Przepraszam, ale parafrazując: "nie piszcie, że dzieci alkoholików mają gorzej, to je może zaboleć"... a przeciez domu jest fajnie bo ojciec jest alkoholikiem z górnej półki, na dom łoży, w domu rzadko bywa, pijany śpi w hotelu...
S
skrzat
11 grudnia 2014, 18:28
Nie rozumiem czemu ma służyć ten tekst... oczywistym jest, że rozbicie rodziny ma destukcyjny wpływ na dzieci, a rozwód jest zjawiskiem negatywnym. Jasne jest również, że negatywne skutki rozwodu na dziecko mają różne natężenie, w zależności od danego przypadku. Istnieje również wiele różnych innych czynników mających negatywny wpływ na dziecko, które jednak niekoniecznie prowadzą do powstania u dziecka jakiś dysfunkcji. Upraszczając, człowiek, mimo, że przeżył rozwód rodziców lub inne traumatyczne wydarzenie w życiu ma szansę być normalny. Natomiast treść artykułu zmierza w pewnym sensie do zanegowania faktu, że rozpad rodziny, rozwód zły i deprecjonuje wysiłek autorki tekstu w Gościu, która naświetla ten problem, a jednocześnie przed nim przestrzega. Nie pierwszy przypadek kiedy redaktorzy Deonu głoszą naukę oderwaną od nauki Kościoła - głoszą siebie, a nie Kogoś Większego :(
R
radek
11 grudnia 2014, 19:30
100 proc. racji
11 grudnia 2014, 22:08
Pisząc 100% racji głosisz siebie czy kogoś Większego?
C
czytelnik
11 grudnia 2014, 18:09
Bosz, znów ta paniusia z wyborczej. Mam cię kobieto dość, słyszysz? Idź lecz swoje traumy do psychuszki, a nie truj gitary na portalu katolickim (przynajmniej z nazwy)!
C
czyt.
11 grudnia 2014, 18:15
I jeszcze jedno, pani Jolu przemądrzała, mój mąż jest synem rozwodników i nie lubi "partnera" (męża???) swojej mamy. Aczkolwiek jest dobrym człowiekiem, nie takim "prestiżowym" pyszałkowatym nadęciuchem, jak pani Mądra Jola.
K
kaczuszka
11 grudnia 2014, 19:12
Najpierw sam siebie oceń, a dopiero potem tę panią, bo chyba masz większe problemy od niej samej. ;)
R
repeat
11 grudnia 2014, 17:56
Ks. prof. Tadeusz Guz: małżeństwo i rodzina w kontekście obrad Synodu [url]http://www.youtube.com/watch?v=Ms8q90eTQGY[/url] To naprawdę fantastyczna konferencja. Wszystkim polecam, choć jest tam sporo filozofii i całość trwa ponad 3 godziny. Ale naprawdę warto tego posłuchać, bo bardzo wiele wyjaśnia na temat postaw niektórych biskupów na synodzie, trendów współczesności, protestantyzmu, i współczesnego podejścia do małżeństwa. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem z ust jakiegoś jezuity, ale może się doczekam?
S
Słaba
11 grudnia 2014, 16:45
Zastanawia mnie ta dyskusja... Problemem poruszonym w artykule nie jest to, co dzieci przeżywają w wyniku rozwodu rodziców. Jest nim to - jak są postrzegane (a może napiętnowane) te dzieci w oczach społeczeństwa i jak odczuwają takie postrzeganie (napiętnowanie).
D
domi
11 grudnia 2014, 16:57
Rozwodów jest obecnie tyle, że niedługo piętnowane to będą dzieci z rodzin nierozbitych.
T
tognc
11 grudnia 2014, 22:14
Bardzo celnie, już się zaczyna to robić.
S
samamama
11 grudnia 2014, 16:17
Pani Autorka ma problem, ale sama go nie dostrzega. Sam fakt, że dosyć gwałtownie zareagowała na artykuł o dzieciach z rozbitych rodzin świadczy, że jest to dla niej oścień, który się odzywa, gdy się go poruszy. Pani Autorka usiłuje zaprzeczyć, że jej to nie dotyczy, czy nie dotyczyło, a taka postawa  to wypieranie traumatycznych wydarzeń, udowadnianie sobie i innym, że  jest silna, mądra (studiuje na prestiżowej uczelni!), ma chłopaka, jest zadowolona z życia. Być może pani Szymańska jest rzeczywiście silną kobietą, ale też możliwe, że sama narzuciła sobie taką postawę, jakąś maskę, za którą się ukrywa. Są obiektywne badania, że dzieci z rozbitych rodzin cierpią i nie radzą  sobie z wieloma sprawami w dorosłym życiu i powielają zachowania, które zaobserwowały w domu rodzinnym - tak jak pisze pani Bątkiewicz-Brożek w Gościu Niedzielnym. Dzieci alkoholików cierpią na syndrom DDA, a dzieci z rodzin dysfunkcyjnych i rozbitych na syndrom DDD-R. Jedni to przechodzą lżej, a inni ciężej - tak jak np. ospę. Ale w każdym dziecku dramat rozpadu rodziny pozostawia ślad, który zostaje na całe życie.
M
Milosc
11 grudnia 2014, 16:59
Samamamo, zapytam za panią Jolą - czemu ma to służyć?
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
11 grudnia 2014, 17:12
Tania, kiepska psychoanaliza kogoś, kogo nawet się nie widziało.  Masz na imię Dominika?:-)
B
bebebe
11 grudnia 2014, 20:09
~samamama Ale są rówież badania, które mówią, o tym, że dzieci z tzw. grup ryzyka prawidłowo funkcjonują. Polecam poczytać sobie coś więcej o koncepcji "resilience". 
A
Ant
11 grudnia 2014, 15:04
To, że Pani nie odczuła negatywnych konsekwencji rozwodu rodziców wskazanych w "GN" nie oznacza, że wyniki licznych badań na ten temat są kłamliwe. Postawa: "skoro mnie to nie dotyczy, to problem nie istnieje" jest zawstydzająca, zwłaszcza dla osoby studiującej "prestiżowe kierunki na najlepszych polskich uczelniach".
11 grudnia 2014, 15:43
Pani Jola nie przyjęła takiej postawy.
P
pytajnik
11 grudnia 2014, 17:00
Nie? Bo na podstawie jej tekstu odniosłem podobne wrażenie, jak Ant.
11 grudnia 2014, 18:37
Przytoczę zatem chociaż dwa fragmenty, które jasno pokazują, że Pani Jola nie tylko dostrzega problem, ale sama go doświadczyła: „Dzięki takim artykułom już nie raz i nie dwa byłam traktowana jako gorsze dziecko i tak też się czułam.” „(...) jeżeli podejmując decyzję o rozwodzie pomija się dobro dziecka, wtedy ono zawsze ucierpi, chociaż zdecydowanie nie zawsze w sposób, jaki opisuje pani redaktor.”
D
disol
11 grudnia 2014, 14:59
Rozwód rodziców jest traumatycznym przeżyciem dla dzieci. Na pewno wpływa na psychika dziecka, na jego poczucie własne wartości. Trzeba dużej mądrości i miłości i siły ze strony małżonka opuszczonego, aby dziecku tą stratę jakoś zrekompensować. Równie złe jest tkwienie w rodzinie, gdzie jest przemoc fizyczna i psychiczna. Znane mi są przypadki takich rodzin gdzie dzieci już w wieku dorosłym nie doszły do siebie. Cały czas żyją swoim dzieciństwem, nie mogą się od tego oderwać. Nieświadomie niszczą swoje własne życie, małżeństwa.  
J
Jen
11 grudnia 2014, 12:02
Znowu to samo. Rozwód jako przyczyna największej patologii, upadku moralnego, narkomanii i prostytucji. Dlaczego nic nie napiszecie o stwierdzeniach nieważności małżeństwa? To już nie rozbija rodziny? Wytłumaczcie proszę, czym dla dziecka różni się rozwód od (de facto) "rozwodu kościelnego". Mniej cierpią, bo wiedzą, że rodzice rozstali się "po bożemu"? I jaką wartość ma sakrament, jeśli z taką łatwością można stwierdzić, że nigdy go nie było? Wystarczy odpowiednio dużo pieniędzy i cierpliwości i niemal każdy może to sobie załatwić (nawet dwa razy, jak pan Pazura). ​
J
Jen
11 grudnia 2014, 17:19
Patrząc na liczbę minusów, chyba trafiłam w czuły punkt :)
P
pytajnik
11 grudnia 2014, 11:33
To, że Polacy specjalizują się w kradzieżach samochodów we wschodnich landach, nie oznacza, że jestem złodziejem samochodów. To, że Niemcy i Rosjanie rozpętali do spółki II wojnę światową, nie oznacza, że jest za nią odpowiedzialny każdy konkretny Rosjanin i każdy konkretny Niemiec. To, że Amerykanie nie są zbyt inteligentni, nie oznacza, że nie mają największej liczby noblistów... chyba nie :) Niepotrzebnie adresuje Pani do siebie rezultaty bardziej lub mniej wiarygodnych badań statystycznych. Żydzi-Murzyni istnieją naprawdę.
Z
ZZ
11 grudnia 2014, 10:57
Problem rozwodów, a o problemie trzeba tu mówić, ma swoje przyczyny i charakterystykę. Tak jak to głównie egoizm mężczyzn jest przyczyną życia na kocią łapę, tak problem rozwodów jest spowodowany egoizmem kobiet. Mężczyźnie jest wygodniej zaspakajać - może trzeba napisać 'załatwiać' - swoje potrzeby seksualne i uczuciowe bez zobowiązywania się, brania na siebie ciężaru małżeństwa i rodzicielstwa, czy ograniczania się do jednej partnerki itd. Tak ich jednak ukształtowała natura. Z kobietą jest oczywiście inaczej, bo to one rodzą i karmią dzieci. Natura popycha je więc do szukania kogoś, kto nie tylko je zapłodni, ale i pomoże w wychowaniu dzieci. I tutaj pojawia się  kończy potrzeba małżeństwa u kobiet. Jak już z facetem założy rodzinę, urodzi i odchowa dzieci, to jej potrzeby zostają zaspokojone/załatwione i jest gotowa na rozwód, jeśli nie ma oczywiście głębszej motywacji. Pani Brożek pisze, że 70% rozwodów jest z powództwa kobiet i następuje w wieku ok. 40 lat - czyli jak już dzieci są odchowane, okres płodności się skończył itp. Ale natura kobiety nie pozwala jej przyznać wprost, że już męża nie potrzebują, tylko dorabiają motywację typu 'troska o dobro dzieci', spory w rodzinie,  itp. Prawda jest jednak taka, że u chłopców, którzy wychowywali się bez ojca, prawdopodobieństwo bezdomności wzrasta nie o jakieś 4%, nawet nie o 40%, ale o ok. 400%. Podobne zjawisko występuje u dzieci samotnych matek w przypadku długotrwałego bezrobocia, przestępczości, uzależnień, chorób psychicznych itp. Patologiczne przywiązanie do dzieci ze strony rodziców, którzy się rozeszli, molestowanie seksualne ze strony nowych partnerów to powiązane tematy. Tak naprawdę wygląda to 'dobro' dzieci zaklinane przez kobiety. My, jako katolicy, mamy jednak nie tylko kierować się naturalnymi skłonnościami, ale przede wszystkim sumieniem oświeconym przykazaniami i nauczaniem Kk, czasem zgodnie z naturalnymi skłonnościami, czasem wbrew. W tym nam pomaga łaska boża i sakrament małżeństwa.
WR
Wojtek Rych
11 grudnia 2014, 09:48
Parę razy, pod  tekstami różnych autorów pisałem o miłości i nienawiści; o źródłach z jakich pochodzą w moim odczuciu. A pod tym świedectwem (dla mnie) miłości właśnie; chciałbym dopisać jeszcze coś więcej. Drzewo życia, to przed tym drzewem Bóg, Ojciec wszelkiego stworzenia postawił dla ochrony Cheruby. Czym dla człowieka jest to Boskie drzewo życia? To drzewo dusz z jakich sam Bóg życie rozdaje. To drzewo nieskalanych dusz, dusz czystych pełnych nadzieji i ufności. Boska ochrona tego drzewa życia jest właśnie po to; abyśmy przypadkiem nie porwali się aby zrobić to co uczyniliśmy i nieustająco to powtarzamy przez pokolenia z "drzewem poznania....." Dla mnie Pani świadectwo jest właśnie dowodem na słuszność tej Boskiej ochrony; dowodem, że Bóg jest Dobry. Pozdrawiam swiątecznie...
11 grudnia 2014, 08:42
Jolu, piękne i dojrzałe świadectwo pełne miłości, pokory i zrozumienia.
D
Dominika
11 grudnia 2014, 08:08
Zaszdoszczę, w sposób pozytywny, odwżnej Mamy. 
SZ
synodalny zakręt
11 grudnia 2014, 07:14
Ks. prof. Tadeusz Guz: małżeństwo i rodzina w kontekście obrad Synodu [url]http://www.youtube.com/watch?v=Ms8q90eTQGY[/url] Synodalny spór, to de facto spór o rzeczywiste istnienie małżeństwa. Spór o realne istnienie mężczyzny i kobiety
Z
ZZ
11 grudnia 2014, 11:04
To naprawdę fantastyczna konferencja. Wszystkim polecam, choć jest tam sporo filozofii i całość trwa ponad 3 godziny. Ale naprawdę warto tego posłuchać, bo bardzo wiele wyjaśnia na temat postaw niektórych biskupów na synodzie, trendów współczesności, protestantyzmu, i współczesnego podejścia do małżeństwa. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem z ust jakiegoś jezuity, ale może się doczekam?
A
Artur
11 grudnia 2014, 07:00
Bardzo ważne świadectwo, które jest wezwaniem do odpowiedzialności za własne życie i życie swoich dzieci. Jesteś w mojej modlitwie. Z Bogiem Artur
N
Nestor
11 grudnia 2014, 01:28
Przykro mi, ale nie zgadzam się prawie z niczym o czym Pani pisze. Ogarnąć powyżych spraw nie pozwala Pani prawdopodobnie jej wiek a i jak zauważam mała wiedza w temacie. Nie dziwię się Pani poglądom (płeć, wiek, brak doświadczenia, itp.). Zastanawia mnie natomiast apoteoza z jaką zachwala Pani świadectwo o.Kramer. Czyz dla Ojca słowa Jezusa Chrystusa o nierozrywalności sakramentalnego małzeństwa są przebrzmiałe? A może Ojciec nie zauważył, bądź nie chciał zauważyć ostatnich akapitów tego swiadectwa? Czy dziś nauka KK zmieniła się i obecnie dopuszcza i pochwala nierozerwalność "patchworkowych rodzin"? A od kiedy Kościół Katolicki popiera rozwody cywilne? I czy Ojciec naprawdę nie zna nauki Jezusa Chrystusa w sprawach małżeństwa, a jeśli juz zna to ma o niej odrębne zdanie?
K
kate
11 grudnia 2014, 06:12
Dokładnie, mam to samo zdanie. Pani Jolanta myli pojęcia: w zakresie etyki katolickiej jej matka uciekła nie od męża, ale od ojca swoich dzieci - od małżeństwa katolickiego nie można uciec w rozwód, można stwierdzić jedynie, że małżeństwa nigdy nie było. Kwestia uczuć nie ma z tym nic wspólnego, a zwykle przeszkadza, dlatego przecież jest narzeczeństwo, żeby wyciszyć emocje i zracjonalizować swoje decyzje. Pani Jolanta psychologizuje swoją postawę, nie wiem, po co. Taka wiwisekcja napewno nie pomoze jej w wyborze drogi życia, jak sama sugeruje małżeństwa - tu naprawdę musi dojść do nawrócenia, żeby mówić o katolickim małżeństwie.
11 grudnia 2014, 09:00
Nawrócić to samemu wrócić do Źródła, do Boga, do Miłości i Świadomości. Pani Jolanta dzieli się swoim budującym świadectwem nawrócenia. Być takim świadectwem oto nasze zadanie. Uczucie miłości wzrasta, gdy negatywne emocje ustępują.
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
11 grudnia 2014, 10:44
A czy ja Nestorze neguję naukę Jezusa?
P
ppm
11 grudnia 2014, 11:02
zdumiewające że są ludzie którzy siebie nazywają Katolikami dla których świadectwo życia i doświadczenia "maluczkiego" jest mniej znaczące niż litera prawa. Nie człowiek został stworzony dla prawa ale prawo dla człowieka. Pamiętacie kto to powiedział? i kiedy? Jeżeli przestrzeganie reguł wiąże się z upokarzaniem i cierpieniem człowieka to reguły te NIE POCHODZĄ od Boga. Ponieważ Bóg nie poniża. Wszystkim znającym wyłączną prawdę objawioną zalecam więcej pokory - to ważna katolicka cnota
S
Słaba
11 grudnia 2014, 15:39
Uciekła od agresji męża i ojca swoich dzieci. A dalszy ciąg tego, co piszesz @kate, to... tylko załamać ręce. Wszystko jasne, jak słońce o północy. :-( Co ty właściwie chcesz dziewczynie powiedzieć?
N
Nestor
11 grudnia 2014, 18:44
Ojciec podpisuje się pod słowami p.red. Joli Szymańskiej (lat 24), a w nich zawarte jest wiele tez sprzecznych z nauką KK. I o ile Pani ma prawo do bładzenia choćby z powodu młodego wieku, jak równiez niezbyt dokładnego wychowania ( nauczania ) właśnie przez Pani ojca, to o.Grzegorz popierając publicznie taką wypowiedź pośrednio neguje naukę Jezusa Chrystusa. Czy Ojcu wolno w ten sposób pisać? Sam jestem pewno około dwukrotnie starszy od ojca ( przyjmuję wiek Ojca na podstawie przyblizonej oceny w/g fotki przy nazwisku). Mam za sobą doświadczenie życia, niestety równiez w omawianej tu sprawie. Dlatego chciałbym przestrzec panią Jolę przed pochopną opinią w tym temacie, a dodatkowo nakłonić na staranne przepracowanie tych rzeczy w obecności psychologa. Mnie tez kiedyś wydawało się, ze jestem ponad tym. Że mam wszystko "pod kontrolą". Nie muszę chyba dodawać, że błądziłem. Nieświadomie, ale jednak błądziłem. Dziś w internecie znajduje się mnóstwo materiałów na ten temat, stąd nie będę linkował do konkretnej strony. Ale zalecam Pani przynajmniej zapoznać się z psychologicznymi  i socjologicznymi aspektami wychowywania się w niepełnej rodzinie ( DDDR).  
M
Marcus
11 grudnia 2014, 00:51
Ja też pochodzę z rozbitej rodziny i uważam, że rozwód rodziców to była najgorsza rzecz jak mogła się przydarzyć. Całe życie żyłem w strachu, bo nie miałem opiekuna (ojca) z którym czułbym się bezpiecznie. Ile razy zostałem wytargany za uszy przez ojców swoich kolegów, a tylko dlatego, że ja nie miałem swojego "bodyguarda", a oni mieli. Z powodu strachu i depresji nie było mi dane kończyć prestiżowego kierunku studiów, dlatego teraz m.in. pracuję jako robol na 3 zmiany. A być może gdyby nie rozwód, nie miałbym tych problemów i teraz projektował bym domy, albo robił coś równie mądrego, bo podobno nauczycielki mówiły o mnie "nawet trochę zdolny, tylko zamknięty w sobie". A już zdanie "(...) Kocham męża mojej mamy. (...)" dziwnie brzmi z ust osoby (podobno) wierzącej. Samarytanka była bardziej uczciwa bo powiedziała prawdę "Nie mam męża" pomimo tego, że facet z którym żyła był jej 6 "mężem". I dlatego Jezus pochwalił ją za prawdę, jaką usłyszał mówiąc "Słusznie powiedziałaś..." A teraz bezczelnie "wierzący ludzie" żyją sobie jak gdyby nigdy nic z nowymi partnerami i wmawiają wszystkim, że to jest niebywałe dobro. A niektórzy głupi księża dają się na to nabrać i biją brawo....
A
Ajax
11 grudnia 2014, 14:03
A czy nie jest to tak, że przyczyny swoich niepowodzeń nie szukasz w sobie tylko w rozowodzie rodziców.... I zapewniam Cie, ze wielu ludzi pomimo traumatycznych przeżyć potrafi żyć szczęśliwie, niezaleznie od pozycji zawodowych - "robole" tez są szczęsliwi... Ogarnij się! Nawet, jeżeli Twoji rodzice popelnili błąd, to za swoje życie jesteś odpowiedzialny Ty! Nie zwalaj na nikogo winy za swoje, według Ciebie, nieudane życie.
M
Marcus
11 grudnia 2014, 23:34
Nikt tu nie zwala winy tylko opisuje fakty. Czytaj ze zrozumieniem!!! Napisałem "być może..." a to zmienia zupełnie sens zdania. Niestety moi rodzice nie potrafili oddać wszystkich swoich problemów Bogu, żeby on je rozwiązał, skoro sami nie potrafili walczyć. Ja w odróżnieniu od niektórych ludzi nie krzyczę "Gdzie jest ten Bóg jak dzieje się krzywda", tylko pytam "Gdzie byli ludzie (w swoich myślach, zachowaniach) że dopuścili do krzywdy, nie tylko mojej ale i swojej". Chyba pytać mogę? Czy to też jest zabronione?
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
10 grudnia 2014, 23:42
Jola, serdecznie Ci dziękuję za takie mocne świadectwo. Podpisuję się, bo choć moi rodzice nie są po rozwodzie (wzięli ślub kościelny, kiedy ja miałem 20 lat), to ja z kolei się uśmiecham, kiedy słyszę, że wiarę to nam wszczepiają rodzice, że powołania to z katolickich domów. Wnerwia mnie, kiedy się mówi, że jaka rodzina - taki ksiądz, że powiela się stereotyp o wierze przekazywanej przez katolickie rodziny. Pod żaden z tych schematów się nie podciągam, a jest dobrze. świetnie ta Twoja historia pokazuje, że jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, i że choć nasze rodziny mają na nas wpływ, to nie ma żadnego przymusu, jest wolna wola. Dzięki gwiazdo TVN-u:-)
T
TK
11 grudnia 2014, 00:22
Nie ma sensu wylewac dziecka z kąpielą, a zatem jeden cud nie sprawia, że mamy wyrzucić fizykę czy medycynę do kosza. Ksieże Grzegorzu, a ile tych schematów znasz? Istnieje masa schematów opisujących, kiedy dana osoba przejmuje obraz Boga i religię po rodzicach, a kiedy nie. 
M
Marcus
11 grudnia 2014, 01:05
A ja wcale nie podzielam ojca zdania. Najwięksi święci i jednocześnie niedoścignione wzory do naśladowania to dzieci z głeboko wierzących rodzin, w których rozwód nigdy nie istniał, a słowo "rozwód" nawet nie przeszło by przez usta małżonkom nawet podczas luźnych rozmów ze znajomymi. pierwszy z brzegu przykład: Św. Maksymilian Kolbe - rodzice należeli do III Zakonu św. Franciszka. JAKA RODZINA TAKI ŚWIĘTY!!!! A z moich depresji i lęków (opisanych wyżej) wyleczył mnie Bóg stawiając na mojej drodze piękną kobietę o czystym sercu z franciszkańską duszą. I nie była to siostra zakonna, żeby było jasne i bez podtekstów.
11 grudnia 2014, 08:40
Mam proste pytanie, czy ksiądz wychowany rozbitej, choć uznającą się za katolicką rodzinę będzie w stanie odrzucić swoje osobiste doświadczenia „dobra” rozwodu i np. powtórnego związku i wbrew temu doświadczeniu swojego dzieciństwa głosić bezwzględną nierozerwalność małżeństwa? Np. w sytuacji, której sam w dzieciństwie doświadczył (alkoholizm, przemoc, zdrada, łzy matki) i w której rozwód był „wybawieniem”. Albo czy ksiądz, którego rodzice szczęśliwie tworzyli dobrą, wartościową rodzinę żyjąc bez ślubu kościelnego wbrew temu doświadczeniu szczęśliwej rodzin głosić będzie bezwzględny prymat małżeństwa katolickiego nad życiem bez ślubu? Ale też, czy żona, mąż wywodzący się z rodziny doświadczonej rozwodem będą mieli tak wiele determinacji, aby walczyć o zachowanie swojego małżeństwa wbrew doświadczeniu domu rodzinnego? Doświadczeniu, w którym rozwód był postrzegany (lub tłumaczony) jako dobra dziecka.
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
11 grudnia 2014, 10:44
Słaby jestem w teoretyzowaniu. 
Grzegorz Kramer SJ
Grzegorz Kramer SJ
11 grudnia 2014, 10:45
Trochę ich znam, jednak nigdzie nie twierdzę, że tak jest ZAWSZE.
P
pytajnik
11 grudnia 2014, 18:30
A czy ktokolwiek tu twierdzi, że cokolwiek jest "ZAWSZE"? Schematy pozwalają łatwiej rozwiązać większość problemów. Nikt nie mówi, że wszystkie, chyba, że nie rozumie, po co są schematy i po co jest statystyka.
10 grudnia 2014, 22:04
"Nie zapominajmy jednak o licznych sytuacjach, w których rozwód - czyli rozwiązanie umowy cywilnoprawnej - jest ratunkiem dla całej rodziny, w tym dla dzieci." O ile dla osoby niewierzącej wygłaszenie takich poglądów  jest oczywiste, to dla osoby uważajacej sie za wierzcego katolika pokazuje płytkośc tej wiary. Niestety współczesny neopoganizm daje już straszliwe żniwo w postaci choćby takiego rozumienie małżeństwa (jako umowy cywilno-prawnej). Droga Autorko, najprościej ujmując rozwód to jest jawne, dobrowolne i w pełni świadome przeciwstawienie sie Bogu. I chocby tutaj Pani Redaktor udowadniała jaką jest szczesliwą osobą, to kazdy bez wyjątku rozwód jest krzywdą wyrządzaną dzieciom, ale też swoim rodzicom, rodzeństwu.  I tak krzywdam choć czesto skrywana, wyjdzie, czasami po wielu, naprawdę wielu latach. 
A
Ania
10 grudnia 2014, 22:51
Tomaszu, a co w sytuacji gdy jedno ze współmałżonków np. z powodu alkoholizmu stanowi zagrożenie dla dzieci? Czy wiesz jaką traumą na całe życie jest cowieczorne oczekiwanie jak bardzo pijany wróci tatuś? Wiesz, co czują dzieci pozbawione braku poczucia bezpieczeństwa przez rodziców alkoholików, wychowywane wśród awantur, wyzwisk, przekleństw i bicia? Nie mówię, że rozwód zawsze jest dobry. Nie. Czasem jednak odseparowanie dzieci od rodzica, który nie nadaje się do tej roli jest koniecznością., by zapewnic im elementarne poczucie bezpieczeństwa. Rozwód daje rozdzielność majatkową i tak - lepiej dla matki z dziećmi rozwieźć się niż odpowiadać finansowo za długi męża. W przyopadku dzieci wchodzi jeszcze w gre dziedziczenie długów! Nie mówię, że rozwód zawsze jest dobry. czasem jednak jest koniecznością, by ratować psychikę drugiego współmałżonka i dzieci.
10 grudnia 2014, 23:45
Aniu - ta Twoja argumentacja wpisuje sie w modny ostatnimi czasy nurt "katolickiego" neopogaństwa.  Nurtu, który ma czelnośc uwazac, iz Bóg nie ma racji, bo małzeństwo nie jest nierozrywalne, a człowiek ma sam prawo decydować kiedy i z jakich powodów coś nierozrywalengo z definicji rozerwie. Dla jednego wystarczjącym powodem sprzeciwienie sie Bogu jest choroba (np. alkoholowa), dla innego awantury, a dla wielu znudzenie sie danym modelem małżonki(a) i koniecznoscia wymiany na młodszy model. Co gorsza, dzieci są  czesto uzywane jako element składowy tego nieposłuszeństwa Bogu. I stają sie zakładnikami w rogrywkach małzeńskich. 
TK
Tomek K.
11 grudnia 2014, 00:18
A odkąd to rozwód jest zabroniony w naszym wyznaniu? W PŚ jest za to tekst, który dosyć jasno wyraża się na temat osób, które mówią komuś, że jego wiara jest płytka. 
N
Nestor
11 grudnia 2014, 01:41
KKK 2384 i poboczne. "Rozwód jest poważnym wykroczeniem przeciw prawu naturalnemu. Zmierza do zerwania dobrowolnie zawartej przez małżonków umowy, by żyć razem aż do śmierci. Rozwód znieważa przymierze zbawcze, którego znakiem jest małżeństwo sakramentalne. Fakt zawarcia nowego związku, choćby był uznany przez prawo cywilne, powiększa jeszcze bardziej ciężar rozbicia; stawia bowiem współmałżonka żyjącego w nowym związku w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa:     Jeśli mąż, odłączywszy się od swej żony, łączy się z inną kobietą, sam jest cudzołożnikiem, ponieważ każe popełnić cudzołóstwo tej kobiecie; także kobieta, która mieszka z nim, jest cudzołożnicą, ponieważ pociągnęła do siebie męża innej kobiety (Św. Bazyli, Moralia, reguła 73: PG 31, 849 D - 853 B)."
11 grudnia 2014, 08:24
"W PŚ jest za to tekst, który dosyć jasno wyraża się na temat osób, które mówią komuś, że jego wiara jest płytka." Mozesz podać źródło? "A odkąd to rozwód jest zabroniony w naszym wyznaniu?" Nie wiem, o jakim "naszym wyznaniu" piszesz, ale jezli chodzi o katolicyzm, to rozwó jest jasno zdefiniowanym złem - grzechem. A właściwie kilkoma grzechami, bo przecież jest np. uznaniem wbrew Słowu, iż cywilny sąd ma moc rozwiazać, to co Bóg związał. Wracajac do płytkości wiary, wierzący katolik nigdy nie powie, iz rozwód jest dobrem. Ktoś, kto nazywa zło rozwodu dobrem nie jest wierzącym katolikiem.
S
Słaba
11 grudnia 2014, 15:59
Złem jest "oddalenie żony". Np. przez takie postępowanie, które stwarza zagrożenie dla zdrowia (a może i życia) jej i dzieci. "Rozwód - czyli rozwiązanie umowy cywilnoprawnej" może być konieczną obroną żony i dzieci. Z punktu widzenia życia wiarą, jest to rozseparowanie małżeństwa z uzasadnionych przyczyn (czyli wtedy, kiedy nierozseparowanie jest większym złem).
W
Wirtu
10 grudnia 2014, 21:14
Pani Brożek pisała o zjawisku sirot rozwodowych, nie o wszystkich ofiarach rozbicia małżeństwa, a to jest zawsze złem. To nie znaczy, że absolutnie w każdej sytuacji dwoje małżonków musi pozostawać ze sobą.  Czasem, bardzo rzadko, separacja jest jedynym rozwiązaniem. Jednak dzisiaj rozwody to zjawisko masowe. Gwałtowna reakcja autorki i to, co sama o sobie pisze w tym blogu i gdzie indziej, potwierdza tylko, że jest to wielki problem.
TC
Tomek cd.
10 grudnia 2014, 21:11
BTW - wszelkie trudności, przeżycia traumatyczne, jeśli trafią na dobry grunt stanowią podstawę do rozwoju. I tak dziecko z rozbitej rodziny, o ile ma odpowiednie wsparcie, nie tylko że nie popadnie w alkoholizm, prostytucje itp. ale będzie bogatsze od swoich rówieśników w doświadczenia, empatię itd. Zawsze wiąże się to z jakąś formą nerwicy i temu nie można zaprzeczyć. W Twoim przypadku, sam fakt, iż pewną prawidłowość odbierasz bardzo osobiście, a jednocześnie czujesz, że jest to wymierzone w Ciebie, świadczy że rozwód jest przeżyciem traumatycznym, z którym można się uporać, ale jest to trudno i zawsze coś po sobie pozostawia. Ukłony dla ciebie i mamy. 
TK
Tomek K.
10 grudnia 2014, 21:00
Nie sądziłęm, że kiedyś zgodzę się z wpisem jazmiga, ale ma racje - przynajmniej co do kwestii statystyk, które jasno wskazują - dzieci z niepełnych rodzin mają więcej problemów niż ich rówiesnicy. Nie znaczy to że każdy ma taki problem. Tłumacząc to łopatologicznie - jeśli weźmiemy dziecko z rodziny po rozwodzie i dziecko z rodziny pełenej, istnieje większe prawdopodobieństwo, że będzie miało różnego rodzaju problemy wyszczególnione w publikacji. Podobnie - jesli ktoś rzuca kostką i pyta - czy obstawiasz, że padnie 1, 2, 3, 4 lub 5 czy 6? Istnieje 80% szans, że wygra ten, kto obstawi pierwszą opcję, co nie znaczy, że nie wygra osoba wybierająca 6.   Mimo wszystko, dobrze że autorka tego wpisu podkreśla fakt, iż pełna rodzina nie gwarantuje dobrego wychowania. Tu także pojawiają się problemy i nierzadko jest jeszcze gorzej niż w niektórych rodzinach rozbitych. 
J
janek
10 grudnia 2014, 19:53
Jestem ( byłem) dzieckiem z rozwiedzionej rodziny. Moja śp.  mama podjęła taką decyzję ze względu na nas i nasze przyszłe życie. Robiła wszystko co w jej mocy, byśmy nigdy nie odczuli braku ojca. Choć ojciec nie zasługiwał na szacunek, mama mimo swoich "uczuć" do niego, nigdy nie mówiła do nas źle o ojcu. Sami więcej pamiętaliśmy jak było i nie były to miłe wspomnienia. Dziś jako 60-latek DZIĘKUJĘ mojej MAMIE za taką decyzję. Było mi trudno w swoim życiu stworzyć w sobie mężczyznę,ojca. Brak wzorca i pamięć o sytuacjach z nim związanych, dość skutecznie mi to utrudniały. Szukałem własnej drogi. Potykałem się jako ojciec, mąż. Ale nigdy nie zszedłem z drogi bycia wartościowym człowiekiem. Mając przykład ojca alkoholika, piję czasami z jakiejś ważnej rodzinnej okazji czy świąt. Moje córki nie pamitają, żeby widziały mnie pijanego.Dziś mam szczęśliwą rodzinę, wnuki i cieszę się każdym dniem z rodziną. Tą samą od 37 lat. To, że kiedyś wielu rzeczy mi brakowało, nauczyło mnie budować i cieszyć się tym co mam. Pamiętam gdy mama całymi dniami pracowała i naprawdę nie widzieliśmy jej całymi dniami, to była cena rozwodu. Ale mieliśmy choć biedne ale szczęśliwe dzieciństwo. I znam takich co im się nie udało. Popełniali takie same błędy jak ich ojcowie, matki. Albo szli w alkoholizm albo w trudne związki, czasami kończyli w więzieniu. I są niestety ofiarami w większości takich robitych rodzin. Wielu się udaje, ale niestety więcej nie umie znaleźć swojego sensu życia, bo go nie znają. I droga Jolu, dziękuj swojej mamie i trochę też tacie, że Twoje życie tak się potoczyło. Ja swojej dziękuję i boli mnie moje serce, że nie wszyscy mieli tak jak ja czy Ty. Pozdrawiam i ślę Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego 2015 Roku.
11 grudnia 2014, 07:03
Janku, przepiękne świadectwo.
A
Ania
10 grudnia 2014, 19:36
Jolu, dziekuję za Twój wpis. Dobrze, że masz odwagę i chęć mówić głośno jak bardzo krzywdzące są stereotypowe wypowiedzi. Miejmy nadzieję, że Twoje słowa dotrą do Autorki artykułu w Gościu Niedzielnym. A może Gość wydrukuje Twoje sprostowanie? Stereotypy bolą. Sama wychowałam się w pełniej rodzinie, choć z uwagi na chorobę mamy - silna nerwica lękowa- łatwo nie było i nie jest. Mnie z kolei bardzo dotykają stereotypy dotyczące osób, które nie założyły rodzin. Takich jak ja rzekomo interesują tylko przyjemności i tzw. korzystanie z życia. Autorzy takich twierdzeń nawet nie pomyślą, że chcę założyć rodzinę i nie tracę wiary, że tak się stanie.
Małgorzata
Małgorzata
10 grudnia 2014, 19:27
Pani Asiu, dziękuję za ten artykuł. Ja jestem mamą, która odeszła razem z dwoma córkami i nie była to łatwa decyzja. Ale uważałam, że tak będzie lepiej dla moich dzieci, bo ich biologiczny tato nie był dojrzały do tego by być mężem i ojcem. Mam drugiego męża i z nim trzecią córkę a on jest ojcem dla całej trójki. Starsze córki są wychowywane w łączności i zrozumieniu dla rodziny biologicznego ojca, choć czasami było to karkołomne zadanie, bo tato ma "luźne" podejście do swoich obowiązków rodzicielskich. Nigdy nie wpajałam dzieciom nienawiści ani niechęci, ale dzieci są mądre i dużo rozumieja, i kilka razy mi podziękowaly za to, że odeszłam od ich ojca. Po moich doświadczeniach wiem na pewno, że nie każdy rozwód to trauma dla dzieci i wiem, że po rozwodzie mozna życ w zgodzie a nie w nienawiści. Pozdrawiam :)
Małgorzata
Małgorzata
10 grudnia 2014, 19:39
Pani Jolu, przepraszam, że pomyliłam Pani imię. Jeszce raz serdecznie pozdrawiam :)
W
Wirtu
10 grudnia 2014, 21:22
TTo jest tylko Pani zdanie. Znam przypadki bardzo "wierzących" matek, które zniszczyły swoje małżeństwo i rodzinę przez rozwód. Wszystko pod hasłem, dobra dzieci. A tak naprawdę z czystego egoizmu, a do tego jeszcze potrafią skutecznie napuszczać dzieci na ojców. Najbardziej to uderzało w same dzieci. Z tej perspektywy patrzę.
Małgorzata
Małgorzata
10 grudnia 2014, 23:04
Piszę o swoich doświadczeniach i nie twierdzę, że tak jest zawsze i u każdego - na to nie ma reguły.
M
Milosc
11 grudnia 2014, 23:05
Pięknie, że piszesz o swoim doświadczeniu. Piękne jest też, że dostrzegasz rozmaitość.
jazmig jazmig
jazmig jazmig
10 grudnia 2014, 19:20
Ten tekst świadczy o niskiej samoocenie autorki. Gdyby autorka czuła się w pełni normalną, to nie odnosiłaby do siebie danych statystyczych dotyczących dzieci z niepełnych rodzin. Jeżeli sąsiad bije swoją żonę codziennie, a ja nie bię swojej żony wcale, to statystycznie rzecz biorąc, obaj bijemy swoje żony co drugi dzień. Skoro autorka studiuje na prestiżowym kierunku na najlepszej polskiej uczelni, to powinna wiedzieć co to jest statystyka. Wg statystyki dzieci z rodzin niepełnych oraz z rodzin anormalnych (homo, lesbijskich itp.) częściej mają różne problemy, niż dzieci z rodzin normalnych, pełnych. To jednka nie oznacza, że każde dziecko z rodziny niepełnej m tego rodzaju problemy. QED
S
stary
10 grudnia 2014, 19:45
Jazmig swoje "statystyki" znalazł na śmietniku.
W
Wirtu
10 grudnia 2014, 21:17
Na śmietniku lądują gazety, które statystyki przytaczają. Niestety Pan się pewnie nie trudzi czytaniem, w przeciwnym razie nie wypisywałby takich rzeczy.
A
AK
10 grudnia 2014, 18:49
Bardzo dobry tekst, ale... Ale miała Pani wyjątkowe szczęście, wyjątkowową mamę, nawet ojciec był wyjątkowy. W najbliższym moim otoczeniu wśród rodziny i znajomych jest wiele dzieci, które przeszły przez rozwód rodziców. Moje obserwacje potwierdzają raczej tezy z GN. Pani rodzina należy do wyjątków. Spokojna córeczka nagle robi się skrajnie nieposłuszna, dorastający syn wpada w złe towarzystwo, ląduje w więzieniu, powtarzają się ataki agresji wobec najbliższych. Nastolatka zamyka się w sobie, traci kontakt z obojgiem rodziców. Dziewczynka "opuszczona" przez ojca jako dorosła kobieta nie potrafi z nikim się związać, tak bardzo boi się ponownego odrzucenia. Obsesyjnie kontroluje sytuacje życiowe. AKTo wszystko realne losy rzeczywistych ludzi. Osobnym problemem są choroby somatyczne, rzadko wiązane z wstrząsem psychicznym, jakim jest rozwód rodziców.  
A
AK
10 grudnia 2014, 18:54
Przez wiele lat myślałam, ze najgorsze, co może się przytrafić, to tatuś, który pewnego dnia znika z życiorysu. Moja nowa przyjaciółka uświadomiła mi, że może być tatuś alkoholik, który po rozwodzie pojawia się co jakiś czas, kompletnie destabilizując życie i psychikę dziecka 

Skomentuj artykuł

Ja - sierota
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.