Jak Bóg zaskakiwał mnie w drodze na Jasną Górę

Jak Bóg zaskakiwał mnie w drodze na Jasną Górę
(fot. Joanna Mackiewicz)

Wzniosłem więc ręce ku Najwyższemu, zacząłem śpiewać "Ześlij deszcz". Śmiali się współwędrowcy ze mnie. Za chwilę chmur na sklepienie nieba wylazło więcej. Śmiali się nadal. Pojawił się silny wiatr. Śmiech ucichł. Modlitwę przerywa mi pątniczka: "niech ksiądz przestanie odprawiać te swoje szamaństwa".

Zaskoczył mnie Bóg przez ludzi. W tym roku szczególnie przez przepięknych staruszków, błogosławiących nas rękami zniszczonymi pracą. Co roku stają przed domem, w tych samych miejscach od 35 lat. Co roku na naszej trasie, któregoś ubywa. Co roku pusty jakiś dom przypomina, że tu nas ktoś błogosławił, postawił wiadro pysznej i zimnej studziennej wody i szeptał: "módlcie się za nas".

Zaskoczył mnie Bóg przez pogodę. Do Niego należy wszystko. On decyduje, kiedy otworzyć zawory wód podniebnych. W tym roku wysłuchał i mojej modlitwy o deszcz. Było upalnie - chyba +34 stopnie w cieniu i nic nie zapowiadało, że będzie inaczej. Wzniosłem więc ręce ku Najwyższemu, zacząłem śpiewać "Ześlij deszcz". Śmiali się współwędrowcy ze mnie. Za chwilę chmur na sklepienie nieba wylazło więcej. Śmiali się nadal. Pojawił się silny wiatr. Śmiech ucichł. Modlitwę przerywa mi pątniczka: "niech ksiądz przestanie odprawiać te swoje szamaństwa". I w tym momencie gromy z nieba i ulewa. Uśmiechnąłem się szelmowsko do niej - odeszła szybciej niż nadciągały kolejne chmury. Bez pałatki w pięć minut byłem cały mokry i wdzięczny, że Pan wysłuchał. Do Niego należy wszystko.

Zaskoczył mnie Bóg przez kierowców. W ubiegłych latach słyszałem wiele epitetów: "łajzy", "włóczędzy", "nieroby", "k... nie macie gdzie łazić", "po jaki ch... mam czekać". Niektórzy prowokacyjnie z piskiem opon hamowali tuż za grupą. W tym roku kompletna zmiana. Pozdrawiali nas, okazywali zrozumienie, niektórzy żegnali się mijając niesiony krzyż. Czułem jakby Pan chronił nas przed oskarżycielem.

Zaskoczył mnie Bóg przez adorację Najświętszego Sakramentu w drodze z Pszczonowa do Lipiec Reymontowskich. W ciężkiej monstrancji niesiony przez księży w asyście diakonów, po 15 minut w każdej grupie, wielbiony był nasz Pan. Bez baldachimu, sypanych kwiatów, kadzideł, trochę w ciszy, trochę w adoracyjnym śpiewie, w słońcu ogromnym dźwigałem Pana wpatrując się w Przeczystego. Byłem jak Piotr na Taborze. On plótł coś wtedy o namiotach, ja zapomniałem zdjąć z głowy czerwoną chustę (nota bene z logo Caritas) chroniącą przed upałem. Zauważyłem to dopiero oglądając z tego wydarzenia zdjęcie na fejsie. Nie omieszkał mi tego wygarnąć jakiś oburzony internetowy brat, co dostrzegł w mojej chuście (dosłownie "szmacie na głowie") oznakę profanacji Najświętszego. Mając Go tak blisko siebie nie czułem ani owej "szmaty" na moim łbie, ani tego, że ona desakralizuje to nasze spotkanie.

Myślałem wówczas o Nim, o mojej rodzinie, o naszej parafii, o powołaniach, o papieżu Franciszku, o jedności chrześcijan, o wspólnotach: "Głos Pana", "Głos na Pustyni", "Metanoia", "24/7", "Jafa", "Zacheusz", "Kahal". Myślałem o "Strefie Zero", o "Sercu Dawida", o "Stadionie Młodych", o Mary Healy, Jeffie Eggersie, Wesie Martinie, o misyjnych dzieciakach w Mozambiku Heidi Baker. Myślałem o zniewolonych na różne sposoby, o prostytuujących się, co z biedy robią to, co robią, o odrzuconych spod "znaku Tęczy", o bezdomnych, o starych samotnie gryzących życie. Myślałem i o tych, którzy prosili mnie o modlitwę.

Zaskoczył mnie Bóg przez wiele innych sytuacji, ale na Jasnej Górze zrobił coś niesamowitego. Nasz "starszy Brat", dawny pielgrzym warmiński - biskup Janusz witał nas, nie z "lotu ptaka" - z trybuny na jasnogórskich wałach, ale "z ziemi" przy wejściu na nie. Drobiazg? Nie. Standard Kościoła, który nikomu z nas nie umknął.

Na pielgrzymce wysadza mnie Bóg z siodła "pilnych" spraw, "niezbędnej" obecności, "nudności" tej samej drogi z plebanii do sklepu, z plebanii do kościoła, z plebanii do urzędu. Z codziennego spotykania tych samych ludzi, którzy cały rok mówią tym samym głosem, chodzą w ten sam - im właściwy sposób, i w kościelnych ławkach siedzą "od wieków" w tym samym miejscu.

Przenosi mnie w świat normalnego życia - to znaczy - zdanego całkowicie na Niego, i na tych, których nam podsyła, byśmy mieli co jeść i gdzie spać. Najważniejsze jednak jest to, że cel wędrowania pielgrzymiego jest bardzo wyraźny - w tym wypadku Jasna Góra. Ostatecznie jednak przypomina mi przez 14 dni, o celu mojego życia - wiecznego przebywania z Zaskakującym, który jest Światłością Świata.

* Obiecałem Dobrodziejkom z Bednar (k. Nieborowa), że wspomnę o ich pysznym obiedzie. Cudowne i Wspaniałe Gospodynie! Mnie i Głównego Kwatermistrza nakarmiłyście gołąbkami i drożdżówką ze śliwkami tak, że nie mieliśmy siły wstać i ruszać w dalszą drogę. Dziękujemy!

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jak Bóg zaskakiwał mnie w drodze na Jasną Górę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.