Moda na publiczne linczowanie w Internecie

Moda na publiczne linczowanie w Internecie
(fot. sitthiphong / Shutterstock.com)

Ostatnio mocno rzucają mi się w oczy sytuacje, polegające na tym, że jakaś grupa internautów, strona czy fanpejdż wybierają sobie ofiarę, na której dokonują publicznego linczu. Bardzo szybko takie akcje zyskują tłumy zwolenników. Powody mogą być różne: głupia wypowiedź, kiepskie ubranie, wygląd fizyczny - co tylko.

W dwuodcinkowym miniserialu o św. Filipie Neri Preferisco il paradiso (Wolę raj) w reżyserii Giacomo Campiottiego znalazł się poruszający wątek chłopaka z rzymskiej ulicy o imieniu Mezzapagnotta. Żyje on z rozbojów i kradzieży, dowodząc grupą podobnych sobie dzieci. Pod wpływem Filipa Neri zaczyna bardzo powoli zmierzać ku dobru. Gdy po wielu perypetiach w końcu następuje w nim przemiana, ci, którzy znali go dotąd, nie chcą w nią uwierzyć. Pewien kupiec wraz ze swoją żoną rozpowiadają o nim najgorsze rzeczy, nie ukrywając niczego z przeszłości Mezzapagnotty i przy okazji dodając, co im ślina na język przyniesie. Każdy kto mija Mezzapagnottę w najlepszym razie spuszcza wzrok, skręca w boczną ulicę lub posyła mu gniewne spojrzenie. Niechęć do niego jest tak wielka, że w końcu skruszeni plotkarze przychodzą do Filipa Neri, żeby się wyspowiadać. Gdy słyszą, że w ramach pokuty mają kupić kurę i przynieść ją Filipowi, po drodze wyrywając z niej pierze, nic nie rozumieją. Gdy w końcu docierają do Filipa z oskubaną kurą, słyszą: a teraz wróćcie tą samą drogą i pozbierajcie dokładnie wszystkie pióra, które puściliście na wiatr.

Gdy poruszamy się w sieci, czytając, komentując i udostępniając różne treści, najczęściej nie zastanawiamy się nad konsekwencjami. A nawet jeśli zdarza się sytuacja, w której mamy wątpliwości, często odwołujemy się do tak zwanego społecznego dowodu słuszności: jeśli wszyscy to lajkują, to ja przecież też mogę, skoro wszyscy tak piszą, to wolno mi napisać coś podobnego itd.

TO NIE MOJA WINA

W ostatnich latach określenie fake news zrobiło zawrotną karierę. Stale rosnąca liczba fałszywych informacji, dla której internet stał się potężnym sprzymierzeńcem, niepokoi wielu użytkowników sieci. Słuszne oburzenie wywołuje w tym kontekście postawa mediów, którym wielokrotnie zdarzyło się rozpowszechniać manipulacje lub zwykłe oszustwa. Mam jednak wrażenie, że w całej dyskusji na temat fake newsów rzadziej zwraca się uwagę na element, bez którego żadna, nawet najefektowniej spreparowana postprawda nie miałaby szansy istnieć dłużej niż czas potrzebny na wyklikanie jej przez internetowego trolla.

Najważniejszym elementem całej układanki zawsze są odbiorcy, czyli my. Wystarczy, że będę mieć w nawyku lajkowanie postów bez ich czytania (bo np. na załączonej grafice kotek był ładny albo słońce tak pięknie zachodziło), rozpowszechnianie sensacyjnych informacji bez sprawdzania wiarygodnych źródeł, komentowanie artykułów jedynie na podstawie nagłówka, tytułu lub krótkiego opisu, a z pewnością przyłożę rękę do rozsiewania fałszu. Bo może pięćdziesiąt tekstów, które przez chwilę mnie zainteresują i wywołają moją pozytywną reakcję w sieci, będzie oparta na faktach, ale pięćdziesiąty pierwszy już nie. Nic dziwnego, skoro nie daję sobie szansy, żeby to zauważyć i odróżnić jedno od drugiego.

I nie! - to, że najczęściej nie docierają do mnie informacje, jakie to miało konsekwencje, wcale nie oznacza, że jestem zwolniona od odpowiedzialności. Oczywiście, nie chcę sprowadzać sprawy do absurdu. Jak kolega napisze na fejsbooku, że był na rybach i złowił pół metrowego suma, przed zalajkowaniem jego posta nie każę mu się stawić przed komisją śledczą z rzeczonym sumem. Intuicyjnie czy czasem po chwili zastanowienia najczęściej jesteśmy w stanie ocenić wagę danej informacji.

Są jednak takie tematy i sfery, których fake newsy czepiają się najczęściej i w związku z którymi łatwiej nam się usprawiedliwić, nawet jeśli puścimy w świat jedno czy drugie kłamstewko. W stosunku do nich warto więc być szczególnie ostrożnym. Przeważnie są to informacje, które nie dotyczą nas bezpośrednio (takie sprawdzilibyśmy skrupulatnie), mają charakter publiczny, a często także tragiczny. Katastrofy, wypadki, przestępstwa, wydarzenia polityczne, wypowiedzi znanych osób - na te tematy wypowiadamy się bez zająknięcia. I dobrze, jeśli ktoś jest elokwentny, o ile tylko sprawdził, o czym mówi, a wyrażając opinię, stosuje się do ogólnie przyjętych norm publicznej dyskusji.

PRZECIEŻ NIGDY GO NIE SPOTKAM

Fake newsy to nie jedyna bolączka internetowej społeczności. Ostatnio mocno rzucają mi się w oczy sytuacje, polegające na tym, że jakaś grupa internautów, strona czy fanpejdż wybierają sobie ofiarę, na której dokonują publicznego linczu. Bardzo szybko takie akcje zyskują tłumy zwolenników. Powody mogą być różne: głupia wypowiedź, kiepskie ubranie, wygląd fizyczny - co tylko. I jeśli ktoś chciałby szukać przykładów osławionego hejtu (ale w sumie po co?), to takie dyskusje dostarczają ich całe morze. Działają tu szczególnie dwie okoliczności, które wyjątkowo sprzyjają tego typu zjawiskom. Po pierwsze, autorzy potępiających wypowiedzi czują się anonimowi. A jeśli nawet któryś z tych znających się na wszystkim trybunów ludowych ma jakieś opory, zawsze może utworzyć konto z fantazyjną nazwą. W mediach społecznościowych jest cała masa fałszywych profili, za którymi kryją się najodważniejsi. Po drugie, osoby dotknięte takimi działaniami są najczęściej osobiście nieznane poszczególnym uczestnikom wspomnianych samosądów. Ci ostatni raczej nie mają okazji zobaczyć, jaką reakcję wywołuje to, co napisali. A czego oczy nie widzą…

Specyficznym przypadkiem tego typu zdarzeń jest przywoływana wyżej sytuacja, w której w mediach społecznościowych ktoś wrzuca artykuł, a użytkownicy reagują na niego od razu po przeczytaniu pierwszych słów opisu. I na tej podstawie uderzają w autora. Aż strach zażartować, napisać coś ironicznie, bądź użyć przewrotnego tytułu. W okamgnieniu można być odsądzonym od czci i wiary.

TEN MIECZ JEST OBOSIECZNY

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że jeśli kiedykolwiek skusimy się wejść w to błoto choćby na chwilę, to zwyczajnie się ubrudzimy. I nie chodzi mi tylko o relację do innych, ale także o szanowanie samych siebie jako osoby. Co mam na myśli?

Pod koniec XIX wieku francuski socjolog Gustave Le Bon opublikował książkę "Psychologia tłumu". Właściwie jako pierwszy uchwycił przeobrażenia zachodzące w ludziach, którzy zbierają się w jednym miejscu w ogromnej liczbie. Zwracał uwagę, że powstający w ten sposób tłum jest całkiem nowym tworem, którego nie da się zredukować do sumy jednostek. Tłum ma swoje charakterystyczne cechy, a jedna z nich to drastyczny spadek zdolności rozumowania. Dodatkowo takie zbiorowisko ludzi jest wyjątkowo podatne na manipulacje i proste uczucia (np. gniew).

Sto lat po ukazaniu się dzieła francuskiego socjologa, Zygmunt Bauman opisywał społeczeństwo zglobalizowanego świata, w którym funkcjonujemy, posługując się metaforą pszczelego roju:

"W roju nie dochodzi do wymiany, współpracy, uzupełniania się - istnieje wyłącznie fizyczna bliskość i ogólnie określony kierunek działania. Przynależność do roju daje odczuwającym i myślącym jednostkom ludzkim komfort psychiczny, który bierze się z wiary w statystykę: skoro tak wiele osób obrało dany kierunek lotu, musi on być właściwy" (cytat pochodzi z książki Zygmunta Baumana "Szanse etyki w zglobalizowanym świecie").

Przywołane myśli pasują jak ulał do rzeczywistości internetu. Dzisiaj to właśnie sieć stała się swego rodzaju współczesnym areopagiem, na którym czasem pojawiają się znakomici mówcy, a czasem wichrzyciele przemawiający do zadurzonego w nich tłumu. Nie ma tu, rzecz jasna, żadnego determinizmu. Jeśli ktoś będzie się trzymał zdrowego rozsądku, zwyczajnej kultury i nie zrezygnuje z prawdy, z pewnością uda mu się obronić przed pokusą stawania pośród tych, których jest w danym momencie więcej i tylko dlatego, że jest ich więcej. Jeśli jednak dołączymy się do tłumu, poddamy się procesom, które będą usiłowały pozbawić nas autonomii i prawa do samodzielnego myślenia. To tak jakbyśmy próbowali przestać być osobą - kimś kto stanowi o sobie i jest odpowiedzialny za to, co mówi i robi.

Po co? To tylko lajki.

Alicja Straszecka - z wykształcenia filozof i polonistka, pracuje w wydawnictwie WAM

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Moda na publiczne linczowanie w Internecie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.