Prezydent Biden, katolik i jego amerykańscy współwyznawcy

Prezydent Biden, katolik i jego amerykańscy współwyznawcy
(fot. PAP/EPA/Anna Moneymaker / POOL)

Powyborcze statystyki przyniosły dane: amerykańscy katolicy w równej mierze głosowali na republikanina Trumpa, jak i na demokratę Bidena. Tymczasem żadna ze stron politycznych nie odzwierciedla w pełni społecznej nauki Kościoła.

Nie będę powtarzać faktów – ten, kogo to interesuje, miał już okazję poznać pierwsze decyzje nowego amerykańskiego prezydenta.  Nie powinno dziwić, że skwapliwie odwołuje on zarządzenia swojego poprzednika i tym samym wypełnia obietnice z kampanii wyborczej. Ale najtrudniejsze decyzje jeszcze przed nami. Można się jednak cieszyć, że chwilowo zrobiło się spokojniej.

Ale kiedy do znudzenia powtarza się, że Joe Biden to drugi po J.F. Kennedym amerykański prezydent katolik, przyznam, że reaguję podejrzliwie. Czy medialne nagłaśnianie czyjejś religii, wiary nie jest, aby elementem gry politycznej? Ale z drugiej strony, w przypadku osób na świeczniku, taka czy inna przynależność nie może być bez znaczenia. Mamy więc chyba prawo nieco bliżej się jej przyjrzeć. Podzielam tok myślenia amerykanisty Artura Wróblewskiego: Joseph Biden katolik, ale jaki?

I zauważmy na wstępie interesującą różnicę między momentem wyborów Kennedyego i Bidena. Po doświadczeniach Ala Smitha, katolika bez powodzenia ubiegającego się  w 1928 roku o prezydenturę (utrąconą w ogromnej mierze przez fanatyczny sprzeciw nienawidzącego katolików Ku Klux Klanu drugiej fali, kiedy to owej organizacji udało się kształtować klimat amerykańskiego życia publicznego i pozyskać sympatie mainstreamu), atakowany za swoją przynależność wyznaniową Kennedy usilnie odżegnywał się od lojalności wobec religii uznanej za nieamerykańską, bo “sterowaną” przez papieża w Rzymie. Katolicyzm Kennedy'ego ostro wytykali wtedy jego zagorzali przeciwnicy.

Upłynęło sześćdziesiąt lat, zmieniła się sytuacja. Katolicyzm Bidena nikogo nie irytuje, a najgłośniej zdają się go akcentować polityczni poplecznicy demokraty. Czy nie jest to zastanawiające? Oto mamy polityka nie rozstającego się z różańcem (“w kieszeni”), który znajduje moc okazji, żeby cytować Biblię i właśnie wrócił z niedzielnej mszy świętej. Radzę jednak wstrzymać się z tryumfalizmem i posłuchać wypowiedzi Chrisa Coonsa, jednego z demokratycznych senatorów ze stanu Bidena - Delaware: “Myślę, że jednym z błędów demokratów było nieujawnianie prywatnych wartości, którymi kierują się w życiu publicznym“. To zaniedbanie, jak widzimy, skorygowano. Wiara prezydentów czy też wysoko postawionych polityków ma z reguły ”charakter rytualny, często wyinscenizowany dla potrzeb marketingu politycznego” - słusznie zauważa Wróblewski. Skoro ciągle jeszcze Amerykanie, w zdecydowanej większości deklarowani chrześcijanie, afiliację religijną uważają za polityczny plus, dziś katolicyzm nie przeszkadza, a może nawet okazać się korzystny. Ale od razu zastrzeżenie: pod warunkiem, że nie wadzi takim czy innym interesom, jest “udomowiony”, pozbawiony ewangelicznej ostrości, chciałoby się powiedzieć - bezzębny.

Amerykański katolicyzm w jego dzisiejszej wersji kulturowej stał się czymś w rodzaju zbioru propozycji i wielu “klientów” jak w bufecie wybiera sobie, tylko to, co im smakuje. Słowem-kluczem jest właśnie “wybór”. I religia zaczyna funkcjonować na podobieństwo klubu towarzyskiego czy partii politycznej.

Zwróćmy przy okazji uwagę na ewolucję poglądów polityka Bidena. Może nie mniej niż o nim samym, mówi ona o trendach w partii demokratycznej, historycznej ostoi amerykańskich katolików, będących niegdyś mniejszością niedowartościowaną, by nie powiedzieć zmarginalizowaną. Na początku swojej długiej kariery politycznej Joe Biden działał jako centroprawicowiec. Potem przeszedł na pozycje centrolewicowe, a ostatnio – ku dezaprobacie wielu “szeregowych” Amerykanów, z demokratycznymi sympatykami włącznie –zradykalizował swoje poglądy na najbardziej kontrowersyjne tematy. Wśród elektoratu powstał zamęt. W sytuacji, kiedy sztandar pro-life pojawił się w ręku Donalda Trumpa i szły za tym ważne nominacje oraz posunięcia, w czasie kampanii ukonstytuowały się dwa obozy: “Katolicy za Trumpem” i “Katolicy za Bidenem”. Powyborcze statystyki przyniosły dane: amerykańscy katolicy w równej mierze głosowali na republikanina Trumpa, jak i na demokratę Bidena.

Tymczasem żadna ze stron politycznych nie odzwierciedla w pełni społecznej nauki Kościoła katolickiego, która – podkreślmy -– opiera się o principium moralne, wartość, zasadę, głoszącą niezbywalność godności ludzkiej i prawo do życia. Bo o ile lewica ma w swoim programie zwalczanie biedy, przychylność wobec imigrantów, zniesienie kary śmierci i dbałość o sprawiedliwość społeczną, czyli wykorzenienie rasizmu i różnorakich dyskryminacji (i tu z roku na rok kategorii przybywa), prawica kładzie nacisk na kwestię wolności religijnej i wolności sumienia oraz obronę tradycyjnej rodziny. Sprzeciwia się aborcji na żądanie, eutanazji oraz dalszej promocji zjawisk z szeroko rozumianej problematyki gender.

Popatrzmy na dwie sprawy – imigrację i aborcję. Zmiana w podejściu do imigracji wysunęła się na czoło programu nacjonalistycznej (momentami niemal ksenofobicznej i rasistowskiej) polityki prezydenckiego kandydata Donalda Trumpa. Gdy po wyborach w 2016 roku przyszedł czas na czyny, powszechne oburzenie wzbudziły drastyczne formy walki z nielegalnymi imigrantami z południa – separacja rodzin, zwłaszcza dramatyczna sytuacja dzieci. Ponadto propaganda utrwalała przekonanie, zwłaszcza w tych, którzy chcieli w nią bezkrytycznie wierzyć, że zdecydowana polityka nowego prezydenta – słusznie w ich opinii twarda dla nielegalnych przybyszów – sprzyja legalnej migracji, która daje prawną możliwość zdobywania amerykańskiego obywatelstwa udokumentowanym cudzoziemcom oraz uchodźcom zagrożonym prześladowaniami w swoich krajach. W rzeczywistości jednak za kadencji Trumpa legalna emigracja zmalała praktycznie o połowę (49 proc.) mimo braku zmian w prawie emigracyjnym. Po prostu została zablokowana. A trzeba wspomnieć dane statystyczne – Amerykanie popierają imigrację. Podczas gdy dwie trzecie obywateli (88 proc. demokratów i 41 proc. republikanów) uważa, iż imigranci przyczyniają się do wzmacniania kraju poprzez “ciężką pracę i posiadane talenty”, 24 proc. Amerykanów jest zdania, że imigranci “są obciążeniem, gdyż zabierają miejsca pracy, wykorzystują zasoby mieszkaniowe i przeciążają system zdrowotny”. 

Społeczeństwo amerykańskie podzielone jest również w kwestii aborcji. 61 proc. ankietowanych Amerykanów (w tym 82 proc. demokratów i ich sympatyków oraz 62 proc. republikanów i ich sympatyków) opowiada się za legalną aborcją we wszystkich lub większości przypadków. Ponadto, wśród demokratów obserwuje się stały wzrost poparcia dla legalności aborcji.

A jak wygląda odpowiedź na pytanie o “moralną akceptację” aborcji? W latach 2001-2007 połowa demokratów uważała aborcję za moralnie słuszną, dziś to już 62 proc. W gronie republikanów i ich sympatyków w tym samym czasie nastąpił spadek z 30 proc. do 26 proc.

Nie twierdzę, że powyższe sprawy są proste. Szczególnie w aspekcie prawnych rozwiązań politycznych w społeczeństwach coraz bardziej zsekularyzowanych i zróżnicowanych światopoglądowo. Wydawałoby się jednak, że dla katolików aspekt moralny powinien być klarowny.  A nie jest, bo staliśmy się mistrzami racjonalizowania. W nowych formach pojawia się “chwytliwy” społecznie argument współczucia, zakładającego wyeliminowanie przewidywanych niedogodności czy też definitywne skrócenie istniejącego już cierpienia. “Mercy killing”?

Kościół amerykański, świadom, że jego zadaniem nie jest ingerowanie w politykę, narzucanie swoich zasad, korzysta z zagwarantowanej wolności słowa i konsekwentnie, choć może nie zawsze jednym głosem, bo i tu są podziały, przedstawia swoją społeczną wizję wspólnego dobra. "Współpracujemy z każdym prezydentem i każdym Kongresem. W niektórych kwestiach jesteśmy bardziej po stronie demokratów, podczas gdy w innych stoimy ramię w ramię z republikanami. Nasze priorytety nigdy nie są partykularne” - głosi wystosowany z okazji inauguracji Bidena list arcybiskupa Jose Gomeza, przewodniczącego Konferencji Episkopatu USA. I choć, jak wiemy, nie wszystkim list przypadł do gustu, trudno się z tymi słowami nie zgodzić.

Spór o pryncypia nie jest w amerykańskim katolicyzmie nowy. Jeszcze w latach 60. ubiegłego stulecia w dyskursie Kościoła pojawiło się pojęcie “konsekwentnej etyki dotyczącej życia ludzkiego”, funkcjonujące później pod nazwą “seamless garment”, co jest skojarzeniem z niepodzielną szatą Jezusa, nie szytą, utkaną w jednym kawałku od góry do dołu (por. J 19, 23). Idea ta, wiązana z jej proponentem, kardynałem Josephem Bernardinem, metropolitą Chicago (1928-1996), głosi, że takie kwestie jak aborcja, kara śmierci, militaryzm, niesprawiedliwość społeczna i ekonomiczna wymagają zastosowania zasady moralnej, jaką jest integralne poszanowanie świętości ludzkiego życia we wszystkich jego wymiarach. Tymczasem, o czym już była mowa, obie przeciwstawne partie podzieliły między siebie postulaty z wyżej wymienionej listy i ostra walka kulturowa trwa dalej. Lewa strona żąda, by sprawa pro-life zniknęła z pola widzenia jako sprzeczna z “prawem kobiety do wolnego wyboru”, prawa strona – często nie zauważa ataku na godność ludzką w rozlicznych innych domenach życia społecznego.

Jak prorokował sam Jezus o ubogich, których nigdy nie zabraknie, także podziały międzyludzkie, mniej lub bardziej bolesne, mniej lub bardziej szkodliwe, a nawet gorszące, będą nam towarzyszyć chyba aż do skończenia świata.

Pozostaje więc zasadnicze pytanie. Gdzie jest nasz prawdziwy “skarb”, za którym podąży nasze serce? Czy naszą pierwszorzędną lojalnością obdarzymy ugrupowanie, partię, kraj czy… jednak Boga, najwyższy obiekt naszej deklarowanej wiary?

Ostatnie badania opinii publicznej ośrodka Pew przyniosły ponurą obserwację, że większość amerykańskich katolików kieruje się bardziej lojalnością wobec partii politycznej niż nauki Kościoła. Częściej statystycznie oddają oni głos na kandydata proaborcyjnego dlatego (because), że jest za nieograniczonym dostępem do aborcji, rzadziej mimo tego (despite), że jest za wyborem aborcji. Ale – przestrzega filozofia – prawda nie może być wynikiem głosowania.

Biden głosi –- i nie mamy dowodów na to, że nieszczerze – iż chce zmniejszyć ostry podział między partiami. Kierowanie głęboko zwaśnionym ogromnym państwem, jest nie lada wyzwaniem. Obserwatorzy sceny politycznej nie żywią złudzeń – to nie będzie łatwe… Tak jedna, jak i druga strona konfliktu (80 proc. obywateli popierających Bidena i 77 proc. zwolenników Trumpa) uważa, że chodzi tu nie tyle o poszczególne rozporządzenia, ale o zasadnicze różnice w pojmowaniu amerykańskich wartości.

Co do jednego panuje na ogół zdroworozsądkowa zgoda: nowo wybrany prezydent powinien uwzględnić zapatrywania jak najszerszych rzesz Amerykanów, nie tylko tych, którzy na niego głosowali, nawet kosztem pewnego zawodu ze strony swoich wyborców.

Do tego na pewno będzie trzeba odwagi cywilnej. Jak mówi Arthur Brooks, profesor nauk społecznych, konserwatywny ekonomista, katolik, autor niedawno wydanej książki “Kochaj nieprzyjaciół” - mamy z nią do czynienia wtedy, kiedy stając wobec ludzi, z którym się zgadzasz, potrafisz wstawić się za tymi, których zdania nie podzielasz.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Andrzej Draguła
26,52 zł
37,89 zł

Niebo all inclusive

Wczasy jako przedsmak nieba, a plaża jako zapowiedź sądu ostatecznego? Czas wolny, spokój i odpoczynek? Te słowa brzmią jak coś nierzeczywistego. Współczesny człowiek nie umie odpoczywać. Wiecznie zagoniony z trudem odrywa myśli...

Skomentuj artykuł

Prezydent Biden, katolik i jego amerykańscy współwyznawcy
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.