Puste miejsce przy stole samo się nie zajmie

Puste miejsce przy stole samo się nie zajmie
Fot. Mario Caruso / Unsplash.com
dobrawnuczka.blog.deon.pl

W tym roku przy naszym wigilijnym stole zasiądą Białorusini, Brazylijczycy, Kongijczyk i Kazach. Nasi goście mają pewnie równie wiele obaw, co my, co do tego, jak przebiegnie nam wspólny czas, skoro w zasadzie w ogóle się nie znamy. Jesteśmy jednak bogatsi o doświadczenia poprzednich lat. Wiemy, że skoro ich Pan Bóg postawił na naszej drodze i wezwał do zaproszenia do naszego domu, to na pewno zrodzi się z tego dobro.


Znajoma powiedziała mi niedawno, że tegorocznym szczytem hipokryzji naszego społeczeństwa będzie rozkładanie przy wigilijnym stole pustego nakrycia. „O ile jesteśmy pierwsi, by pokazać na instagramie naszą gościnność i otwartość, o tyle, gdy faktycznie w progu naszego domu staje znękany człowiek, zamykamy się na cztery spusty” – dodała.

Trzeba dojrzeć do tego, by ktoś mógł zająć puste miejsce przy naszym stole

Przyznam, że pierwsze, co pomyślałam po takim dictum, to że do świadomej zgody na zajęcie pustego miejsca przy stole trzeba najpierw dojrzeć. I że mnie osobiście samo kultywowanie tradycji „pustego miejsca przy stole” nie razi, choć oczywiście boli mnie świadomość, jak trudno nam, chrześcijanom, od deklaracji przejść do czynów. Boli, bo widzę własne rozterki i obawy. Niemniej wierzę, że podtrzymywanie tego typu tradycji zawsze pozostawia w człowieku jakiś ślad. Choćby miało to być tylko niemrawe mamrotanie sumienia, gdy podczas sondażu trzeba odpowiedzieć na pytanie z cyklu: „Czy jesteś za przyjmowaniem do Polski uchodźców?”.

Nie każdy rodzi się z gotowością przyjęcia obcego pod swój dach

Traktuję więc tradycję jak dobrą, żyzną glebę, na której może wyrosnąć coś rzeczywiście dobrego. Ale… żeby na jakiejkolwiek glebie coś dojrzało i zaowocowało, trzeba m.in. czasu i słońca. Nie każdy rodzi się z gotowością przyjęcia obcego pod swój dach. Trudno też podjąć się takiego wyzwania, gdy zewsząd otaczają nas mgły wątpliwości i opary niechęci.

Jeśli codzienną pożywką dla ducha jest przede wszystkim strach i agresja, to zbyt słodkich owoców z tego nie można oczekiwać. Dlatego tak bardzo potrzeba nam światła nadziei, jakie niesie ze sobą Słowo Boże! Lubię wezwanie Papieża Franciszka, by jak najczęściej opalać się przed Najświętszym Sakramentem. Za każdym razem, gdy wychodzę z adoracji, mam wrażenie, że chociaż nie stało się we mnie nic szczególnego, to moje serce urosło i jest w stanie zmieścić więcej niż mi się wydawało. I potem widzę tego realne efekty.

By kogoś przyjąć, potrzeba osobistej decyzji

Bo koniec końców z przyjęciem obcego pod swój dach – choćby na kilka godzin wigilijnej wieczerzy – jest jak ze wszystkim w naszej wierze. Potrzeba osobistej decyzji. I do takiej decyzji można dojrzeć, czego jestem najlepszym dowodem.

Od kilku lat na naszej rodzinnej wigilii pojawiają się niespodziewani goście. Nie. Nie pukają wieczorową porą (punkt 17.15, o której to porze od lat w moim domu zasiada się do wigilijnej wieczerzy), wprawiając nas w osłupienie i nerwową krzątaninę. Są niespodziewani, ale zdecydowanie oczekiwani. Dzieje się tak dlatego, że Pan Bóg stawia ich w naszym życiu na kilka dni/tygodni wcześniej. Wystarczająco wcześnie, byśmy mogli dostrzec ich samotność, zmęczenie czy trudną historię, ale nie na tyle, byśmy stali się dla siebie kimś więcej niż znajomymi z sąsiedztwa. Nie zdarzyło nam się usłyszeć od żadnej z tych osób prośby, że chciałaby z nami spędzić święta. To my musimy każdorazowo przełamać swój wstyd i wewnętrzne obawy (z cyklu: ale jak to będzie?) i zadać bezpośrednie pytanie. Potrzeba więc obustronnego otwarcia na siebie – na sformułowanie i przyjęcie zaproszenia.

Gdy puste miejsce się zapełni

W tym roku – o ile koronawirus nie pokrzyżuje nam planów – przy naszym wigilijnym stole zasiądą Białorusini, Brazylijczycy, Kongijczyk i Kazach. Podobnie jak w poprzednich latach, pokrzepiająca jest świadomość, że nasi goście mają pewnie równie wiele obaw co my, co do tego, jak przebiegnie nam wspólny czas, skoro w zasadzie w ogóle się nie znamy. Jesteśmy jednak bogatsi o doświadczenia poprzednich lat. Wiemy , że skoro ich Pan Bóg postawił na naszej drodze i wezwał do zaproszenia do naszego domu, to na pewno zrodzi się z tego Dobro. Ufamy więc, że znowu wspólne ubieranie choinki, dzielenie opłatkiem, śpiewanie kolęd czy wysłuchiwanie nieco szalonego karpia gadającego w różnych językach (serio!) pomoże nam przełamać wzajemne lęki i doświadczyć cudu Bożego Narodzenia w nas samych.

Tęsknimy do pełnych beztroski i pokoju świąt. Takie wydają nam się magiczne. Tyle, że jeśli magiczne, to … nierealne. Czy naprawdę w przesyconym wirtualem świecie potrzebujemy takiego doświadczenia? Możemy przecież przeżyć święta wyjątkowe, piękne i pełne wzruszeń. Takie, które realnie staną się zalążkiem nowego życia w nas samych. Nie doświadczymy ich jednak bez otwarcia się na drugiego człowieka. Więc: odwagi! Może to właśnie przy Twoim stole może w tym roku zapełnić się miejsce?

Przeczytaj także: Kłopot z Innym

 

 

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach blogerka. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich. Współpracuje z Fundacją "Aktywny Senior".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Katarzyna Stoparczyk

Kamil Stoch padł na kolana w błoto, by poprosić ukochaną kobietę o rękę. 
Martyna Wojciechowska wskoczy z tobą w kałużę, a jak trzeba będzie, to raz jeszcze spojrzy na nas z dachu świata. 

Skomentuj artykuł

Puste miejsce przy stole samo się nie zajmie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.