Szokujmy świat. Miłością i myśleniem

Szokujmy świat. Miłością i myśleniem
Fot. Depositphotos.com

Można by powiedzieć, że to zwykły hejt, tworzony przez ludzi, którzy ani wiary nie rozumieją, ani nie mają z nią nic wspólnego – ale jednak właśnie takie komentarze powinny dawać nam, ludziom wierzącym, do myślenia.

Pisaliśmy niedawno na łamach Deonu o arcybiskupie Hoserze. A konkretnie o tym, że bardzo pogorszył się stan jego zdrowia, że jest w szpitalu i potrzebna jest modlitwa. Ta informacja zebrała na Facebooku ponad pięćset komentarzy, z których te bardziej reprezentatywne (i cenzuralne) brzmią: „Do szpitala? To modlitwy jednak nie działają?” albo „Nie do szpitala, tylko przed ołtarz w oczekiwaniu na cud uzdrowienia!”

I choć można by powiedzieć, że to zwykły hejt, tworzony przez ludzi, którzy ani wiary nie rozumieją, ani nie mają z nią nic wspólnego – to jednak takie komentarze powinny dawać nam, ludziom wierzącym, do myślenia. Bo dla osób poza Kościołem nie tylko hierarchowie, ale my, świeccy, wciąż jesteśmy ilustracją tego, o co w Kościele chodzi i jak się w nim podchodzi do rzeczywistości. I im bardziej nasza wiara opiera się na samych emocjach i przeżyciach, tym bardziej odjechani i niewiarygodni jesteśmy dla świata.

Oczywiście, zawsze można powiedzieć: po prostu, jako chrześcijanie, jesteśmy niewygodni. Świat nas nie kocha, bo od zawsze jesteśmy inni i pokazujemy, że w tej inności jest droga do prawdziwego szczęścia. Tyle, że zdumienie wśród pierwszych „obserwatorów”, którzy mieli do czynienia z chrześcijańskimi wspólnotami, brało się z innego doświadczenia: „zobaczcie, jak oni się miłują!” Tymczasem w dwudziestym pierwszym wieku o wiele częściej szokujemy świat nie naszą wzajemną miłością, ale, mówiąc mocno i wprost – głupotą. Nie, nie jakąś wielką głupotą. Tą małą, taką dobrotliwą, trochę nieogarniętą, przywiązaną do swojego lekko zabobonnego zestawu prawd wiary. Albo może nawet – wiarą emocjonalną i w żaden sposób intelektualnie nie uformowaną.

Jak wygląda chrześcijaństwo oderwane od rozumu? Tego nie trzeba długo tłumaczyć. Jest afektowane, nielogiczne, przepełnione uczuciami, których nie poddaje się żadnej refleksji, ale nimi oddycha i żyje. Ta bezrefleksyjność sprawia, że łatwo połączyć ze sobą wątki, które się wykluczają, i zdumiewać świat przedziwnymi stwierdzeniami o zaufaniu i Bożym działaniu, które nie mają podstaw w rozsądnie uformowanej wierze, ale w górnolotnych cytatach z Facebooka i przekonaniu, że Bozia spełnia życzenia. Masz problem – módl się. Dlaczego? Oj, ty niewierzący biedaku, ja za ciebie pompejankę odmówię, bo ty nic z wiary nie rozumiesz! Okej, ale wyjaśnij mi, dlaczego mam się modlić. Och! Takie pytania to można zadawać gdzie indziej, nie w Kościele! Jak możesz pytać, skoro to oczywiste? Bo Matka Boża o to prosi w cudownym objawieniu! Panie Jezu, przyzywam Twojego miłosierdzia nad tym człowiekiem, który potrzebuje nawrócenia!

Tak, tak, to parafraza. I nie, nie mam nic przeciwko maryjnym objawieniom ani modlitwie wstawienniczej – dopóki traktuje się je sensownie... Niestety – taka wymiana zdań, jak wyżej, nie jest tak rzadka, jak byśmy chcieli. A próbujące latać na jednym skrzydełku chrześcijaństwo, ze względu na swój nieunikniony, intensywny trzepot, najbardziej przyciąga uwagę. I taki właśnie obraz powstaje w umysłach ludzi, którzy do Kościoła mają daleko: Kościół to towarzystwo niemyślących dziwaków, ślepo wierzących w to, co im powiedzą księża i Matka Boska.

Dlatego nie dziwi mnie, gdy ludzie spoza Kościoła w komentarzach piszą: ale po co do szpitala, sama modlitwa nie wystarczy? Może egzorcystę zawołajcie, leżcie krzyżem, okadzajcie i arcybiskup na pewno będzie zdrów? A zresztą, skoro to nie zdrowie jest najważniejsze, tylko zbawienie, to przecież lepiej, jak szybciej pójdzie do domu Ojca, czyż nie? Szerokiej drogi!  

Dziwi mnie natomiast, że nie potrafimy naszemu życiu dopinać obu skrzydeł: skrzydła wiary i skrzydła rozumu. Że oddzielamy życie religijne, pełne ani to ewangelicznych, ani to logicznych przekonań, złożone z paciorka, kościółka oraz wycinków z co dziwniejszych objawień prywatnych i okraszone dużą ilością Bozi, od życia realnego, w którym liczą się twarde dane, konkretne liczby i zdrowy rozsądek. Tak, to oczywiście jest łatwiejsze, przynajmniej na pozór. Ale nie dajmy się zwieść. Nasze chrześcijańskie życie musi składać się z obu części: z wiary i rozumu, z części, w której ufamy Bogu, i części, w której to zaufanie potrafimy porządnie i rozsądnie uargumentować. Z modlitwy, która buduje naszą relację z Bogiem, i z nieustannego pytania „dlaczego”?, które pozwala nam wzrastać i poznawać lepiej siebie, Jego i Kościół. Bo jedynie poszukiwanie rozumem i przeżywanie sercem dają nam w życiu pełnię, bez której nasz styl życia przestaje być dla świata zachwycający, a zaczyna być dziwny i niezrozumiały. W sam raz do wykpienia w komentarzu na Facebooku.

Na szczęście są tacy, którzy wciąż latają na obu skrzydłach. I są w stanie jasno i konkretnie - a przy tym ewangelicznie - odpowiedzieć na pytanie, po co naraz się modlić o czyjeś uzdrowienie i korzystać z pomocy służby zdrowia. Jak pisze św. Piotr: zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od nich uzasadnienia tej nadziei, która w nich jest.
Oby było ich więcej.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza swoim pisaniem ogarnia ludziom ich teksty i książki i wspiera w budowaniu relacji ze Słowem na ewangelizacyjnym blogu Maluczko. Żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Grzegorz Strzelczyk, Aneta Kuberska-Bębas
27,93 zł
39,90 zł

Jak wiele dzisiejszy Kościół ma wspólnego z Jezusem?

Czy Kościół zabrał nam wolność, którą podarował nam Chrystus? Wierzymy w jednego Boga, czy może w trzech? Czy to, co święte, kończy się na progu świątyni? Czy...

Skomentuj artykuł

Szokujmy świat. Miłością i myśleniem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.