Ukryci wrogowie Kościoła

Ukryci wrogowie Kościoła
Dariusz Piórkowski SJ
9 lat temu

Ale niezupełnie. Ponieważ w Polsce, zdaniem publicysty, obóz progresistów, który naiwnie połknął przynętę "ducha soborowego", wydaje jeszcze ostatnie podrygi. Choć to już czas agonii, jednak jego przedstawiciele uparcie kontynuują rozbiórkę fundamentów Kościoła w Polsce. Ukryci wrogowie są sprytni. Nie mają bowiem odwagi, by odsłonić przyłbicę, lecz zakładają maski, stając się - według słów Terlikowskiego, "ulepszaczami" i "reformatorami" Kościoła.

W całym tekście redaktor naczelny "Frondy" wytacza działa przeciwko nieprzyjaciołom z frakcji "rozwadniającej" nauczanie Kościoła. Najpierw dostaje się oczywiście samemu kard. Martiniemu (który na szczęście już nie będzie więcej szkodził Kościołowi, chociaż jakieś zasługi ma). Następnie Terlikowski przechodzi na polski grunt.

Teologiczni sabotażyści

Na pierwszy ogień idzie mój współbrat o. Jacek Prusak SJ. Zostaje zdemaskowany za to, że rzekomo podważa nieomylność nauczania papieskiego, rozmywa doktrynę, obnaża ślepe posłuszeństwo wierzących wobec Ojca Świętego, oczywiście w kwestii antykoncepcji i homoseksualizmu. Przy okazji, bo przecież to kumple z jednej redakcji, obrywa również "świecki teolog" Artur Sporniak. No i nie można pominąć samego szefa "frakcji postępowej" - ks. Adama Bonieckiego MIC, który też dostaje po łapach, bo głosi "pseudomiłosierdzie", mydli ludziom oczy, wykrzywiając nauczanie Kościoła na temat aborcji.

Spokojnie, to jeszcze nie koniec. Przez sito nieskazitelnej ortodoksji przechodzi o. Wacław Hryniewicz OMI. Jego grzechem jest to, że skaził katolickie rozumienie potępienia wiecznego wpływami "prawosławnymi". I "pokrętnie" obala dogmat o istnieniu piekła, co sprawia, że ludzie przestają się bać Boga. Jednak po śmierci mogą się gorzko rozczarować, ( i będą mieli pretensje do teologów) kiedy sami się tam znajdą.

No i w końcu, żeby jakoś ładnie zamknąć ten zaklęty krąg, trzeba jeszcze zajrzeć na podwórko dominikanów. Tam enfant terrible polskiego Kościoła jest o. Paweł Gużynski OP, który, zdaniem Terlikowskiego, odwodzi rodziców od prowadzenia małych dzieci na mszę św. niedzielną.

Tak czy owak, wydaje się, że największym grzechem wszystkich "ukrytych wrogów" Kościoła jest myślenie. Kto waży się postawić jakiekolwiek pytanie odnośnie moralności i prawa kościelnego, od razu zyskuje łatkę doktrynalnego wywrotowca.

Jaki radykalizm

W całym wywodzie Tomasza Terlikowskiego uderza niesłychana stronniczość i uproszczenia. Zwrócę uwagę tylko na jeden zarzut redaktora. Czytałem książki o. Hryniewicza, zwłaszcza "Nadzieję zbawienia dla wszystkich". I uważam go za jednego z najwybitniejszych polskich teologów. Ale nie spotkałem się w nich ze zdaniem, w którym profesor negowałby istnienie piekła. Natomiast dużo pisał o nadziei na pustkę w piekle, o modlitwie do Boga, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni. Nadzieja nie jest stuprocentową pewnością. Wówczas byłaby to pycha i zuchwałość.

Banalna wydaje mi się również teza, że kryzys wiary i zeświecczenie społeczeństw można wytłumaczyć jednym czynnikiem, a więc "rozluźnieniem" doktryny i moralności, jakkolwiek by rozumieć ten proceder. Sprawa często jest o wiele bardziej skomplikowana. Terlikowski argumentuje, że "postępowość" teologów i "zbuntowanych" księży na Zachodzie wcale nie przyczyniła się do wzrostu liczby powołań kapłańskich i większego uczestnictwa wierzących w życiu Kościoła. Istotnie, niektóre pomysły teologiczne i duszpasterskie były z gruntu chybione i oddaliły się od ducha Ewangelii.

Ale czy redaktor Terlikowski sądzi, że dobrze pojęty radykalizm i wierność Ewangelii sprawiłyby, że nagle cała Europa stałaby się gorliwie chrześcijańska? Wcale nie. Same liczby nie są miernikiem jakości chrześcijaństwa. W Ewangelii Jezus mówi o małej trzódce, a nie o tłumach. Ileż ludzi w Ewangelii odeszło od Chrystusa, bo był zbyt "radykalny". Zarówno "rozwadnianie" chrześcijaństwa jak i wierne świadectwo o Chrystusie często odstrasza ludzi.  

W tekście najbardziej razi mnie coś innego. Istnieje taki sposób poradzenia sobie z trudnymi sprawami, kiedy próbuje się uniknąć głębszej analizy, a przy okazji wybiela siebie. Chodzi o mechanizm kozła ofiarnego. Ludzkość zna go od tysięcy lat, zwłaszcza gdy staje w obliczu bezsilności, winy i niewytłumaczalnych procesów. Jeśli zlokalizujemy kozła i złożymy go w ofierze, wydaje się, że zapanuje wreszcie porządek i szczęście. Kozłem ofiarnym Tomasza Terlikowskiego stali się wymienieni wyżej "postępowi" teologowie i księża. Absurdalnie zakłada on, że wystarczy ich unieszkodliwić i zniesławić, a wówczas zaczniemy podążać świetlaną drogą do zbawienia.

Polski jansenizm

Redaktor "Frondy" w swoich reformatorskich zapędach przypomina mi czasem działania ks. Antoniego Arnauld z XVII wiecznej Francji, czołowego ideowego przewodnika jansenizmu. W swoich pismach, widząc opłakany stan Kościoła, zaczął nawoływać duszpasterzy do większej surowości wobec wiernych. W "Częstej komunii" Arnauld gromił, jego zdaniem, zbyt pobłażliwych spowiedników (głównie jezuitów i redemptorystów): "Zdradzają grzeszników swym fałszywym miłosierdziem i okrutną łagodnością, zakrywają bowiem rany, które wyleczyć można jedynie ogniem i mieczem". Był zdania, że na rozgrzeszenie trzeba w pewnym sensie zasłużyć. Wzywał  do odkładania udzielenia rozgrzeszenia do momentu kiedy grzesznik… sam się poprawi. Domagał się nawet wolności od "przywiązania do grzechu lekkiego", by móc raz w tygodniu przyjąć Komunię świętą.

Znacznie wcześniej w podobny sposób na Kościół oburzał się Tertulian. Chciał z niego usuwać grzeszników. Wytykał brak ewangelicznego radykalizmu. Ostatecznie, rozczarowany przystał do sekty montanistów. Także donacjanizm upierał się przy tym, że sakramenty sprawowane przez grzesznego szafarza są nieważne.

Na czym polegał ich błąd? Ideę zbawienia postawili na głowie. To nie Bóg pierwszy wychodzi do grzesznego człowieka, ale to grzeszny człowiek musi się najpierw zmienić (najlepiej o własnych siłach), żeby móc zbliżyć się do Boga. A nawet jeśli się nawróci, to nie ma prawa upaść, bo przecież niegodzien jest przyjść, by prosić o łaskę przebaczenia.

Po drugie, całe chrześcijaństwo zostało tutaj zredukowane do moralności, bo przecież żeby zasłużyć na niebo, trzeba być dobrym i grzecznym. Wówczas całe dzieło Chrystusa schodzi w cień. Liczy się to, co my mamy wykonać, a nie to, co zrobił dla nas Zbawiciel. Na szczęście żadna z tych rygorystycznych opcji nigdy w Kościele nie wygrała. Gdyby ks. Arnauld przeczytał za życia "Dzienniczek" św. siostry Faustyny, pewnie dostałby apopleksji.

Kiedy czytam teksty Tomasza Terlikowskiego, odnoszę wrażenie, że wszystko sprowadza się w nich do obrony moralności, w dodatku w okrojonej formie: aborcja, eutanazja, in vitro, a potem jeszcze grzechy seksualne: antykoncepcja, współżycie przedmałżeńskie, homoseksualizm. Niewątpliwie są to ważne sprawy, które należy piętnować. Ale jeśli wysunie się je na czoło i oderwie od Chrystusa, dzięki któremu można żyć zgodnie z Ewangelią, to Zbawiciel w sumie okaże się zbędny. A my zajmiemy się walką z wiatrakami. I jeszcze skuteczniej odstręczymy ludzi od chrześcijaństwa.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ukryci wrogowie Kościoła
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.