Ks. Tomasz Szałanda: ewangelizatorzy z Legionowa mieli serca gorące z miłości do Chrystusa

Ks. Tomasz Szałanda: ewangelizatorzy z Legionowa mieli serca gorące z miłości do Chrystusa
(fot. youtube.com / Tomasz i Sandra Kowalczyk)

- Z tej sytuacji wynika ważna nauka, by gorące serce do ewangelizacji rozgrzewać także wiedzą poprzez formację we wspólnocie, a wtedy kolejna modlitwa o uwolnienie i uzdrowienie nie będzie narażona na niepokój świadków, lecz pozwoli  oddawać chwałę Temu, na którego Imię zgina się każde kolano - pisze ks. Tomasz Szałanda.

Należy dziękować Bogu, że dopuścił sytuację, w której dwoje zapalonych ewangelizatorów ulicznych, wyznawców Chrystusa, z nieformalnej postreformacyjnej wspólnoty, zamieścili w Internecie swoją żywiołową reakcję, gdy "demon" powala postawnego mężczyznę w trakcie epileptycznego ataku na stoisko na miejskim straganie. Dla mnie bowiem jest to przede wszystkim bardzo obrazowa katecheza.

Mam ogromny szacunek dla każdej osoby publicznie mówiącej o Bogu, który w pewnym momencie ich życia wkroczył ze swoją łaską, całkowicie je przemieniając. Trzeba mieć rzeczywiście jakiś poryw Ducha, by nie zważając na różne reakcje przechodniów, w wielu przypadkach niepozbawionych kąśliwych, a nawet poniżających uwag, stanąć na ulicy i zwiastować dobroć, miłość i troskliwość Pana, który oddał za nas swoje życie. Łatwo się ewangelizuje w środowisku przychylnym czy wręcz oczekującym na świadectwo wiary (w kościele czy we wspólnocie). Natomiast wyjście z Ewangelią poza te "życzliwe przestrzenie" do komfortowych sytuacji raczej nie należy. Wśród więc całej gamy mniej czy bardziej słusznych uwag krytycznych wobec zachowania Państwa Tomasza i Sandry Kowalczyków o tej pozytywnej sferze nie można zapominać.

Z Ewangelii wynika możliwość ukrywania się za niektórymi chorobami złych duchów: A Jezus widząc, że tłum się zbiega, rozkazał surowo duchowi nieczystemu: "Duchu niemy i głuchy, rozkazuję ci, wyjdź z niego i nie wchodź więcej w niego!". A on krzyknął i wyszedł wśród gwałtownych wstrząsów. Chłopiec zaś pozostawał jak martwy, tak że wielu mówiło: "On umarł". Lecz Jezus ujął go za rękę i podniósł, a on wstał (Mk 9, 25-27). Podobne doświadczenia wynikają z miłosiernej posługi Kościoła: z sakramentu pokuty i pojednania, z modlitwy o uzdrowienie, uwolnienie czy egzorcyzmów.

To przekonanie Kościoła, że diabeł jest sprawcą niektórych chorób, odzwierciedlają praktyki obecne podczas modlitwy o uzdrowienie czy uwolnienie. Ma to miejsce wtedy, gdy prowadzący ją wzywa, by demony stojące za różnymi chorobami przez potężne Imię Jezusa odeszły, albo gdy zachęca uczestników do wyrzekania się tych, które mogą stać za konkretnymi dolegliwościami. Jeszcze raz podkreślam, że nie oznacza to oczywiście przypisywania obecności wszystkich chorób mocom piekielnym. Nie za każdą chorobą stoi diabeł. W rozeznawaniu tego i świadczeniu o tym należy być bardzo roztropnym, żeby nie narazić Boga na ośmieszenie, a siebie i posługi ewangelizacyjnej na gromowładne oceny i niegodne chrześcijan epitety.

Przeczytaj też: Wypędzanie demona epilepsji? Skandaliczne zachowanie "ewangelizatorów" w Legionowie >>

Możemy mieć różne zastrzeżenia do kościelnych postanowień czy decyzji na gruncie administracyjnym, natomiast czujność Urzędu Nauczycielskiego Kościoła nad prawidłowym przekazywaniem Bożego Objawienia (depozytu wiary) jest błogosławionym darem Pana, bo dzięki Niemu "wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy" (Jan Paweł II, Fides et ratio).

I właśnie na nierozeznaniu, na braku formacji oraz prawdopodobnie na braku trwałej przynależności do jakiejś wspólnoty, co poprowadziło do spontaniczności reakcji wobec choroby bliźniego, wyłożyli się, mówiąc kolokwialnie, Tomasz i Sandra.

Gdy bowiem nie ma jakiejś formy opiekuńczego nadzoru i prawidłowej formacji przygotowującej do posługi ewangelizacyjnej, mogą się zdarzyć takie sytuacje wśród ewangelizatorów. Tomasz i Sandra mogli się oprzeć jedynie na osobistym i spontanicznym żarze serca, które odczytało atak epilepsji jako powalenie dziecka Bożego przez demona. Zabrakło drugiego skrzydła - ratio, które kształtowane pod natchnieniem Ducha przez wspólnotę pozwoliłoby odróżnić atak chorobowy od ataku Złego i wyhamowałoby chęć niesienia pomocy w taki sposób, jaki miał wówczas miejsce.

Ów spontaniczny żar serca miał swój wyraz w rozkazach wydawanych demonom, znanym katolikom z posługi egzorcystycznej. To pokazuje różnice w podejściu do tej kwestii w Kościele katolickim i denominacyjnych wspólnotach chrześcijańskich.

W katolickiej praktyce mamy do czynienia z dwoma rodzajami egzorcyzmu: z uroczystym (większym) i zwyczajnym (prostym). Ten pierwszy należy do grupy sakramentaliów, które może sprawować jedynie biskup albo delegowany przez niego duchowny. On prowadzi modlitwę nad osobą opętaną (egzorcyzm), ale dobrze jest, by go w tym czasie wspierała grupa modlitewna. I tak zazwyczaj się dzieje. Podczas egzorcyzmu wydawane są rozkazy skierowane bezpośrednio do demona, nakazujące mu w Imieniu poszczególnych Osób Trójcy opuszczenie człowieka, który uprzednio prosi Kościół o tego rodzaju posługę. Również każdy, kto osobiście odczuwa kuszenie szatańskie, winien używać formuły rozkazu: "Idź precz, Szatanie". Przy tego rodzaju doświadczeniach powinno się też wzywać duchowej pomocy samego Boga oraz aniołów, w tym anioła stróża, Maryi oraz pozostałych świętych.

Do niedawna praktyka w Kościele, wobec której nie wypowiadało się Magisterium, zawężała wydawanie rozkazów demonom jedynie do kapłanów egzorcystów, a więc wybieranych i delegowanych przez pierwszego egzorcystę w diecezji, którym jest biskup. Dopuszczalne natomiast były formuły: "Niech w Imię Jezusa (czy też "przez potęgę Imienia Jezus") dokona się uwolnienie od dręczeń, pokus, obsesji diabelskich". One bowiem nie zawierały w sobie nakazu skierowanego wprost do mocy piekielnych. W 2017 roku działająca przy Watykanie Komisja Doktrynalna Międzynarodowej Służby Katolickiej Odnowy wydała dokument "Posługa uwalniania", w którym jednoznacznie mówi się, że egzorcyzmem prostym (zwyczajnym) - do którego zalicza się także posługę uwolnienia, a w którym z rozkazem skierowanym bezpośrednio do złych mocy zwracają się prowadzący modlitwę - może się posługiwać każdy, kto prowadzi dojrzałe życie chrześcijańskie. Oczywiście są tam zawarte ważne uwagi (m.in. w zakresie roztropności), co do spełniania tejże posługi, czy to okazjonalnie, czy stale w ramach powołania do niej we wspólnocie. Natomiast nie ma zakazu wydawania rozkazu bezpośrednio demonom. I chociaż niekiedy słyszy się zdania odrębne w tej kwestii, są to jednak prywatne opinie osób, które je wygłaszają.

W niekatolickich wspólnotach denominacyjnych takiego podziału nie ma, nie ma też specjalnego upoważnienia władzy zwierzchniej delegującej daną osobę do tej posługi. Nie należy więc się dziwić, iż osoby z tychże wspólnot wydają bezpośrednio rozkazy diabłu.

Jestem przekonany, że Państwo Tomasza i Sandra Kowalczykowie mieli jak najlepsze intencje i gorące serca z miłości do Chrystusa. Nierozważnie próbowali pomóc osobie dotkniętej atakiem epilepsji. To będzie się za nimi ciągnęło jeszcze jakiś czas. Internet bowiem nie cierpi na zaniki pamięci, co skrzętnie będzie wykorzystywane jeszcze nie raz w "walkach na tle religijnym".

Z tej sytuacji wynika jednak ważna nauka, by gorące serce do ewangelizacji rozgrzewać także wiedzą poprzez formację we wspólnocie, a wtedy kolejna modlitwa o uwolnienie i uzdrowienie nie będzie narażona na niepokój świadków, lecz pozwoli ze spokojem oddawać chwałę Temu, na którego Imię zgina się każde kolano: istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, a język wyzna, że Jezus Chrystus jest PANEM - ku chwale Boga Ojca (Flp 2, 10-11).

Radosław Broniek OP o filmie z wypędzania "demona epilepsji": taka forma modlitwy jest manipulacją >>

ks. dr hab. Tomasz Szałanda - kapłan archidiecezji warmińskiej, wykładał homiletykę w WSD w Elblągu i Pieniężnie, autor kilku książek i kilkudziesięciu artykułów z zakresu demonologii, mariologii i homiletyki. Od 2000 r. proboszcz parafii w Stawigudzie

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ks. Tomasz Szałanda: ewangelizatorzy z Legionowa mieli serca gorące z miłości do Chrystusa
Komentarze (15)
MC
Marta Czyżewska
10 września 2018, 21:29
Tak głupiego tekstu dawno nie czytałam , a jestem epileptykiem.
TS
Tomasz Szałanda
14 września 2018, 07:59
Celem tego tekstu nie było sprostanie Pani mądrości
TC
Tomasz Chmielewski
7 września 2018, 22:01
Autor usprawiedliwia domniemanych "ewangelizatorów" na poziomie motywacji. Skąd autor wie jakie były intencje tych ludzi i czy w ogóle był w nich jakiś żar. Gdzie są dowody na ich gorące serca. Być może mieli zupełnie inne powody do takiego działania. Taka linia obrony rozpada się sama z siebie. Ten artykuł jest do bólu naiwny.
TS
Tomasz Szałanda
14 września 2018, 08:08
Stąd, że oglądałem dwa filmy obrazujące omawiane wydarzenie - w tym poprzedzającą go ewangelizację uliczną. I stąd, że nie mam mentalności doszukiwania się  z góry złych intencji nawet gdy działania są nieprzemyślane.
6 września 2018, 09:18
"Serca gorące z miłości do Chrystusa?" Ale do którego Chrystusa? Przecież to Protestanci... To nie ma nic wspólnego z ewangelizacją, nie wierzymy przecież w tego samego Boga. No chyba, że coś się zmieniło, i nie ma już ekskomuniki za przejście na protestantyzm... Żal mi w sercu ściska jak widzę i słyszę przyrównywanie wiary katolickiej do protestanckiej. Niedługo Muzułmanów też będziecie okreslać mianem ewangelizatorów, bo się za kogoś pomodlili?
PS
Piotrek Szymek
14 września 2018, 08:24
Po pierwsze osoby przedstawione na tym wydarzeniu to prawdopodobnie nawet nie protestanci. Patrząc na to co sie dzieje i jak się zachowują te osoby to zapewne zwiedzenie bliskie Kościołowi Mocy (róznie to nazywają). Po drugie, jeżeli to Kosciół Mocy, to oczywiście, że nie wyznają tego samego Boga co część tzw. "protestantów",  których można nazywać "biblijnie wierzącymi chrześcijanami". Z tym, że zarówno członkowie Koscioła Mocy jak i Kościoła Rzymsko-Katolickiego nie wierzą w Boga przedstawionego poprzez Słowo Boże. Wierzą w innego Chrystusa, niż ten który przyszedł na świat aby nas zbawić, umarł i zmartwychpowstał, a obecnie oczekujemy na Jego powtórne przyjście. Ślepy ślepego wiedzie i obaj w dół wpadną ...
T
tszalanda
14 września 2018, 11:16
Z tego co wiem, to Chrystus był i jest jeden. Skąd więc się bierze u Pani/Pana pomysł, że jest Ich więcej? Protestanci to chrześcijanie, czyli wyznający Chrystusa. Mój tekst nie odnosił się do protestantów ale do członków jednej ze współczesnych wspólnot chrześcijańskich wywodzących się z nurtu postreformacyjnego. Ale to nie oznacza, że są protestantami. Chrześcijanie wierzą w tego samego Boga, choć stopień ich poznania Go i wiary w Niego jest różny - mniej czy bardziej doskonały, czy zgodny z depozytem wiary. Ekskomunika polega na wyłączeniu od sprawowania i przyjmowania sakramentów oraz od wszelkich czynnych funkcji w Kościele - nie wolno ekskomunikowanemu być chrzestnym ani świadkiem bierzmowania, nie wolno czytać, śpiewać ani grać podczas odprawiania liturgii, nie wolno uczestniczyć w oficjalnym nauczaniu Kościoła (np. być katechetą). Kto więc przechodzi np. z KK do innego wyznania wyklucza się i jest wykluczany ze wspólnoty katolickiej.
PP
paton paton
5 września 2018, 17:03
To nie miało nic wspólnego z Ewangelizacją - typowe zachowanie wspólnot neocharyzmatycznych z nuertu pentekostalnego (radykalne skrzykdło zielonoświątkowców). Nazywa się to Kundalini. A do czego prowadzi polecam serię filmików: "Kundalini Warning" dostępnych na youtube z polskimi napisami. Ten sam duch coraz mocniej przenika do Kościoła katolickiego. 
TS
Tomasz Szałanda
5 września 2018, 21:03
Kundalini nie jest zachowaniem.
Szymon Żyśko
Szymon Żyśko
5 września 2018, 13:40
Jest wiele ciekawych rzeczy w tej opinii i można się sporo dowiedzieć, ale jedno mnie uwiera i to bardzo: "Należy dziękować Bogu, że dopuścił sytuację, w której dwoje zapalonych ewangelizatorów ulicznych, wyznawców Chrystusa, z nieformalnej postreformacyjnej wspólnoty, zamieścili w Internecie swoją żywiołową reakcję, gdy "demon" powala postawnego mężczyznę w trakcie epileptycznego ataku na stoisko na miejskim straganie. Dla mnie bowiem jest to przede wszystkim bardzo obrazowa katecheza" Od razu zapala mi się lampka, jaka była (mogła być) cena tej katechezy? Czy warto każdą cenę zapłacić za tę lekcję? Boję się takiej romantycznej teologii. Bo patrze na to z punktu widzenia medycznego - wsytąpiło zagrożenie życia i to poważne. To się naprawdę mogło skończyć tragicznie i to z winy ewangelizatorów. Ich zachowanie zwiększało ryzyko. Ja wolałbym takich katechez od Boga nie odbierać. Z perspektywy czasu możemy dziś to sobie różnie tłumaczyć, ale naturalnym i odpowiedzialnym zachowaniem jest do takich sytuacji nie dopuszczać. Nie umiem powiedzieć czy każde gorące serce rozpala miłość do Chrystusa. Inna sprawa, że chciałbym w to wierzyć. Mamy w sobie różne namiętności i gorliwości.
TS
Tomasz Szałanda
5 września 2018, 15:16
Ja jednak patrzę na to wydarzenie w perspektywie katechezy z obrazowym choć ostrym przykładem, podobnie. Podobnie jak odczytuję przypadki wyjścia nieodpowiedzialnych osób w góry. Można się potem nad nimi pastwić stawiając zarzuty, akcetując błędy. Ja wolę próbować podpowiedzieć i ostrzegać, żeby idąc na ewangelizację (czy w góry) mieć także przygotowanie teoretycznie, a nie bazować tylko na miłości do Boga (i gór). Czy działanie owych ewangelizatorów stwarzało zagrożenie życia osobie w ataku epileptycznym? Nie sądzę. Był przecież wcześniej zauważony przez strażniczkę miejską i właściwie zabezpieczony przed uszkodzeniem głowy. Było fides zabrakło ratio, ale o tym wyraźnie napisałem w tekście wskazując na wazność formacji i wspólnoty w kształtowaniu ewangelizatorów.
Szymon Żyśko
Szymon Żyśko
5 września 2018, 16:18
Zapewniam, że stwarzało dodatkowe zagrożenie. Wprowadzanie chaosu w takiej sytuacji rodzi napięcie, nie trudno o błędy kosztujące życie. W tle słychać też rozmowy między zebranymi, można usłyszeć, co się działo między ewangelizatorami a ludźmi chcącymi pomóc. Bardzo dobrze, że ksiądz napisał o formacji i wspólnocie. To trzeba zaznaczać i ten wątek pojawiał się we wszystkich tekstach publikowanych na portalu w tej sprawie. Cieszę się, że to wybrzmiało kolejny raz. Różnica między wychodzącymi w góry ludźmi, a tą konkretną ewangelizacją polega na tym, że ci w górach narażają najczęściej sami swoje życie, a nie cudze. Czy to powinno uspokajać? Nie. Ale jednym i drugim należy się nauka i nie jest to piętnowaniem ani pastwieniem się. Liczę, że pojawi się ktoś w ich otoczeniu, kto wskaże im drogę z miłością. Chciałbym jednak, żeby przesłanie, które dotrze do czytelników było jasne. Dlatego pozwoliłem sobie na uwagi. Zgadzam się w większości z księdza argumentami zawartymi w tekście.
PP
paton paton
5 września 2018, 17:06
Jeśli ktoś tam był opętany to na pewno nie ten epileptyk lecz dwoje ludzi, którzy urządzili z tego swój show.
TS
Tomasz Szałanda
5 września 2018, 21:01
Własnie rozmawiałem dodatkowo z osoba mającą epi i potwierdziła moje przekonanie, że działanie tejże Pani było nieodpowiedzialne, ale nie stwarzało zagrożenia życia. To tak w formie uzupełnienia.
5 września 2018, 12:51
Oni "ewangelizują", ale tylko na polecenie Cerońskiego, który wysyła ich, jako werbowników do swojej sekty a ponieważ Ci państwo są ubezwłasnowolnieni, przez sekciarskie działanie Cerona, więc zrobią wszystko co on im poleci, sam to określił "chodzą, jak roboty", inna sprawa, że ludzie opuszcają sektę "kościół mocy" i zakładają swoje tzw. wspólnoty, ale działania w nich są podobne lub identyczne do tego co nauczył ich Ceroński. 

Skomentuj artykuł

Ks. Tomasz Szałanda: ewangelizatorzy z Legionowa mieli serca gorące z miłości do Chrystusa
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.