Zielona kuchnia. Dlaczego katolik może i powinien się o nią starać?

Zielona kuchnia. Dlaczego katolik może i powinien się o nią starać?
(fot. unsplash.com)

Można oczywiście podchodzić do tego bezrefleksyjnie. Albo na próby zwrócenia uwagi reagować złością („nikt nie będzie zaglądał mi w talerz!”), kpiną („no tak, nowa religia, która bardziej dba o zwierzę niż o duszę człowieka”), lękiem („czy to nie jest już ideologia?”) czy bagatelizującymi unikami („są na świecie większe problemy niż schabowy na niedzielny obiad”). Tylko czy pozostawanie w miejscu „moje jedzenie - moja sprawa”, oprócz tego, że najłatwiejsze, jest dobre?

Tak, wiem, na dzień dobry strzelam sobie w stopę. Nikt nie lubi tego irytującego „powinien”. Powinnam (nomen omen!) zabezpieczyć się teraz na wszelkie możliwe retoryczne sposoby, zmiękczając przekaz, podkreślając szacunek dla wolności wyboru każdego człowieka i próbując za wszelką cenę uniknąć posądzenia o bycie „ekologistką”, która chce w imię świętej Matki Natury siłą narzucić ludziom, dajmy na to, dietę wegańską.

Jeśli ktoś mnie o to posądzi - trudno, zaryzykuję. Nie będę zmiękczać przekazu: szanując wolność wyboru, uważam, że troska o zieloną kuchnię jest jedną z tych rzeczy, o które katolik powinien się starać. Nie mówię, że być w tym idealny, ale - tak uważam - powinien przynajmniej próbować. Co konkretnie mam na myśli? Ograniczenie jedzenia mięsa (lub zrezygnowanie z niego), sezonowość na talerzu, maksymalne wykorzystywanie produktów spożywczych - albo, akcentując drugą stronę medalu, niemarnowanie jedzenia, świadomość, skąd pochodzą produkty, które kupujemy i, na ile to możliwe, wybór tych, które pochodzą z etycznych upraw i hodowli.

Nasza siostra Ziemia

DEON.PL POLECA

Gotowanie wydaje się sprawą zupełnie błahą. Skoro przyjmujemy jednak, że wiara ma być czymś, co przenika wszystkie przestrzenie życia, nawet decyzja o jutrzejszym obiedzie ma wymiar etyczny. Można oczywiście podchodzić do tego bezrefleksyjnie. Albo na próby zwrócenia uwagi reagować złością („nikt nie będzie zaglądał mi w talerz!”), kpiną („no tak, nowa religia, która bardziej dba o zwierzę niż o duszę człowieka”), lękiem („czy to nie jest już ideologia?”) czy bagatelizującymi unikami („są na świecie większe problemy niż schabowy na niedzielny obiad”). Tylko czy pozostawanie w miejscu „moje jedzenie - moja sprawa”, oprócz tego, że najłatwiejsze, jest dobre?

Oczywiście fakt, że klimat zmienia się w zawrotnym tempie, a człowiek ogromnie przyczynia się do tych zmian to sprawa dotycząca wszystkich ludzi, niezależnie od rasy czy wyznania. Wierzący i niewierzący - żyjemy tu razem i jesteśmy tak samo odpowiedzialni za to, jaką planetę zostawimy naszym dzieciom i wnukom. Nie odpowiadamy za decyzje podejmowane na szczeblu wyższym niż prywatny, domowy - ale czy to mało? Każdy z nas codziennie niemal automatycznie decyduje przecież o wielu małych rzeczach, a przez to - świadomie lub nie - staje przed szeregiem ekologicznych wyborów. Wanna czy prysznic? Plastikowa reklamówka czy materiałowa torba? Kurczak z przemysłowej hodowli czy leczo z warzyw kupionych na bazarku?

Zła wiadomość jest taka, że życie to nie hollywoodzki film, a decyzja jednostki w kilkumiliardowej populacji, mimo szczerych chęci, może nie wystarczyć na szybką poprawę sytuacji ekologicznej świata. Jaka jest dobra wiadomość? Dzięki tym decyzjom mamy szansę zachować twarz. Możemy robić, co w naszej mocy i to, na co mamy wpływ. I - krok po kroku - zmieniać siebie i otoczenie, w którym żyjemy.

Wydaje się, że jako katolicy powinniśmy mieć świadomość odpowiedzialności za Ziemię, która jest „wspólnym domem”, stworzonym i podarowanym przez Boga. Tak napisał o niej papież Franciszek w swojej ekologicznej encyklice z 2015 roku:

„Ta siostra protestuje z powodu zła, jakie jej wyrządzamy nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem i rabunkową eksploatacją dóbr, które Bóg w niej umieścił. Dorastaliśmy myśląc, że jesteśmy jej właścicielami i rządcami uprawnionymi do jej ograbienia. Przemoc, jaka istnieje w ludzkich sercach zranionych grzechem, wyraża się również w objawach choroby, jaką dostrzegamy w glebie, wodzie, powietrzu i w istotach żywych. Z tego względu wśród najbardziej zaniedbanych i źle traktowanych znajduje się nasza uciskana i zdewastowana ziemia, która «jęczy i wzdycha w bólach rodzenia» (Rz 8, 22)” (Laudato Si, 2)

Jeśli uznajemy to za prawdę, tym szersze i bardziej wrażliwe powinno być podejście do kwestii troski o planetę. Przede wszystkim w świadomym podejściu do wszystkich codziennych decyzji, podejmowanych „w ukryciu” (por. Mt 6).

Wierzący i niewierzący - żyjemy tu razem i jesteśmy tak samo odpowiedzialni za to, jaką planetę zostawimy naszym dzieciom i wnukom.

Drapieżni mięsożerni?

W trailerze do zrobionego niedawno filmu „Mięsożerca. Wróg numer jeden?”, Krystian Kratiuk, redaktor naczelny serwisu PCh24.pl, pyta: „dlaczego kiedy ja jem to, co lubię, nazywa się mnie mordercą? Dlaczego ktoś zagląda w mój talerz i wyzywa nas od najgorszych tylko dlatego, że jemy to, co jedli nasi rodzice i dziadkowie?” Twórcy w prostej linii łączą wegetarianizm i weganizm z agresywną i groźną ideologią. Spójrzmy na to jednak bez emocji.

Wydaje się, że rzeczywiście nie ma kuchni polskiej bez mięsa. Jego spożycie jest wysokie i nadal rośnie; według danych GUS w 2018 było to 80,2 kg na osobę. Przede wszystkim jedliśmy wieprzowinę - 42,6 kg i drób - 29,6 kg, niewielki był za to popyt na wołowinę (3 kg). To dość oczywiste: zwyczajnie wołowina jest droga, a wieprzowina i drób - tanie i łatwo dostępne.

Tymczasem mimo że schabowy wydaje się tradycyjnym symbolem kuchni polskiej, to względnie nowy pomysł, który swoje korzenie ma w PRL-u. Marta Dymek, autorka bloga Jadłonomia i kilku książek kulinarnych, w swojej nowej pozycji „Jadłonomia po polsku” pisze o tym tak: „Daleko mu do kanonu polskiej gastronomii, o jaki upominał się Stanisław Czarniecki, autor pierwszej polskiej książki kucharskiej (…) Z tego, co wiemy o diecie większości społeczeństwa żyjącego w Polsce, było w niej bardzo mało mięsa. Jadano kasze, żury, grzyby, olej lniany, groch, fasolę, soczewicę, bób oraz oczywiście masę ziemniaków, a mięso zdarzało się od święta lub wcale”. Istnienie tego mitu potwierdza też m. in. Agnieszka Sowa w tekście Weganizm i wegetarianizm. Obalmy mity, w którym cytuje Jarosława Urbańskiego, socjologa i autora książki Społeczeństwo bez mięsa: „Boom na spożywanie mięsa datuje się dopiero od II wojny światowej, kiedy ustanowiła się narracja, że mięso to naturalny pokarm człowieka, coś, co spożywał od wieków, więc w tych nowych okolicznościach dobrobytu ekonomicznego nie musi sobie tego odmawiać”.

Karkówki i udka w supermarketach kuszą ceną. Ale podejdźmy do tego świadomie, zatrzymajmy się na chwilę i sprawdźmy: w jakich warunkach żyły zwierzęta przeznaczone na rzeź? Iloma i jakimi antybiotykami były wspomagane? Podobnie produkty odzwierzęce - co sprawia, że jajka „trójki” są tak tanie? Jak wyglądają kurze fermy, z których pochodzi drób i jajka?

Za koszty produkcji najwięcej płaci środowisko. Kilogram wieprzowiny to ok. 6000 litrów wody, kilogram drobiu - ok. 4300 litrów. Kilogram wołowiny? To „ponad 14000 litrów wody i ponad 6 kg paszy oraz wiąże się z emisją gazów cieplarnianych na poziomie porównywalnym do trzygodzinnej jazdy samochodem przy jednoczesnym pozostawieniu włączonych wszystkich świateł w domu”.

A produkcja mięsa w skali światowej? „Hodowla wykorzystuje obecnie 80 procent powierzchni uprawnej na Ziemi, 40 procent światowej produkcji zbóż i 10 procent zasobów wodnych” - pisze Martin Caparrós w swojej słynnej książce „Głód”. I dalej: „Konsumpcja według modelu: mięso plus inne produkty - nie: inne produkty plus mięso - wymagałaby utrzymania obecnego systemu wykluczenia, w którym 3 miliardy ludi wykorzystują zasoby przeznaczone dla 7 miliardów. To dość wysoka cena.” 

Trudno jednocześnie troszczyć się o „wspólny dom” i zupełnie się tym nie przejmować.

Co można z tym zrobić? Można zrezygnować z mięsa i z produktów zwierzęcych. Można zrezygnować tylko z mięsa. Można też z niego nie rezygnować, ale ograniczyć i podchodzić do jego spożycia świadomie: nie kupować bezmyślnie, sprawdzać produkcję, zacząć jeść mięso oszczędnie i rozsądnie - nie jako tanią podstawę śniadania, obiadu i kolacji każdego dnia, ale jako towar luksusowy, który na codzień jest raczej zastępowany roślinnymi zamiennikami.

Kilogram wołowiny? To „ponad 14000 litrów wody i ponad 6 kg paszy oraz wiąże się z emisją gazów cieplarnianych na poziomie porównywalnym do trzygodzinnej jazdy samochodem przy jednoczesnym pozostawieniu włączonych wszystkich świateł w domu”.

Kuchnia roślinna i sezonowa - naturalne less waste

A o zamienniki naprawdę nietrudno. Na polskim gruncie od lat udowadnia to m. in. Marta Dymek na swoim blogu. Promowana przez nią roślinna kuchnia to niekoniecznie długa lista dziwnych, hipsterskich składników ani smutne liście sałaty sauté.

Mamy 2020 rok - naprawdę można jeść bezmięsnie, a jednocześnie niedrogo, smacznie i do syta. I gotować szybko, i bawić się przy tym kreatywnie i kulinarnie.

Można też starać się jeść sezonowo. To akurat może zdawać się anachronizmem, gdy większość warzyw i owoców da się kupić w supermarketach przez cały rok. Ale skoro nasze babki i prababki wiedziały, jak poradzić sobie bez plastikowych pojemniczków truskawek w lutym, to też spróbujmy - i sięgajmy wtedy przede wszystkim po warzywa strączkowe, kapustne, korzeniowe, ziemniaki, kiszonki i przetwory. I podobnie jak przy kupowaniu mięsa, podchodźmy do warzywno-owocowych zakupów świadomie, z czujnością i wrażliwością. Bo przecież podczas przedzimia, zimą albo na przednówku warzywa trzeba skądś przetransportować. Jaki ślad węglowy zostawił samolot, który je przewoził? Skąd pochodzą? Jak zostały wyhodowane? Poza tym… czy naprawdę ktoś postawiłby na równi styczniowego bladego pomidora pędzonego pestycydami z letnią malinówką, która i smakuje, i pachnie?

Można też uczyć się maksymalnie wykorzystywać produkty spożywcze. A wykorzystać można naprawdę więcej niż się zdaje. Pesto z liści rzodkiewki to już prawie klasyk, ale na przykład aquafaba? To woda, która zostaje z gotowania fasoli, ciecierzycy i innych warzyw strączkowych. To doskonały zastępca kurzego białka. Jak pisze Marta na swoim blogu: „Poza tym podobnie jak jajka spulchnia, skleja, łączy oraz zmienia się w emulsję. To znaczy, że umożliwia zrobienie ciast, musów, kremów, majonezów, a nawet słynnej wegańskiej bezy.” I to prawda - od kiedy to odkryłam, z puszki cieciorki robię już nie tylko szybkie curry, ale też… wegański mus czekoladowy.

Spowiadasz się z marnowania jedzenia?

Serio. Jeśli chodzisz do spowiedzi i zdarza ci się marnować jedzenie - spowiadasz się z tego? Co do tego, że jest to grzechem, chociaż być może nieujętym wprost w Katechizmie, nie mam wątpliwości. Gdy światowe rozwarstwienie, o którym pisze m. in, Caparrós w „Głodzie”, jest tak ogromne, 247 kg żywności, które, według badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego, rocznie marnuje statystyczny Polak, to skandal i wstyd. W 2018 r. do wyrzucania żywności przyznało się 42 proc. Polaków, najczęstszym powodem było przekroczenie terminu przydatności do spożycia.

Jeśli chodzisz do spowiedzi i zdarza ci się marnować jedzenie - spowiadasz się z tego?

Papież Franciszek włączył marnowanie jedzenia w szeroką „kulturę odrzucenia”. Mówił o tym bardzo mocno podczas jednej z katechez:

„Jeśli w zimową noc tutaj w pobliżu, na przykład przy ul. Ottaviano, umiera człowiek, nie budzi to zainteresowania. Jeśli w tylu częściach świata są dzieci, które nie mają co jeść, nie budzi to zainteresowania, wydaje się, że to rzecz normalna. Tak nie może być! A jednak takie rzeczy stają się czymś normalnym: to, że ludzie bezdomni umierają z zimna na ulicy, nie budzi zainteresowania. (…) Ta «kultura odrzucania» zaczyna stawać się powszechną mentalnością, która zaraża wszystkich. Życie ludzkie, osoba nie są już postrzegane jako podstawowa wartość, którą należy szanować i chronić, zwłaszcza jeśli osoba jest uboga lub niepełnosprawna, jeśli nie jest jeszcze przydatna – jak dziecko mające przyjść na świat, lub już nie jest przydatna – jak osoba w podeszłym wieku. Ta kultura odrzucania sprawiła, że staliśmy się niewrażliwi również na marnowanie i wyrzucanie żywności, co jeszcze bardziej zasługuje na potępienie, kiedy w każdej części świata, niestety, liczne osoby i rodziny cierpią na skutek głodu i niedożywienia. Kiedyś nasi dziadkowie byli bardzo uczuleni na to, żeby nie wyrzucać resztek żywności. Konsumpcjonizm sprawił, iż przyzwyczailiśmy się do tego, że coś zbywa, i do codziennego marnowania żywności, której niekiedy nie potrafimy już przypisać właściwej wartości, przewyższającej parametry czysto ekonomiczne. Pamiętajmy jednak, że żywność, którą się wyrzuca, jest niejako żywnością kradzioną ze stołu ubogich, tych, którzy głodują! Zachęcam wszystkich do zastanowienia się nad problemem niszczenia i marnowania żywności, aby znaleźć drogi i sposoby, które dzięki poważnemu podejściu do tej problematyki doprowadzą do solidarności i dzielenia się z najbardziej potrzebującymi.” (Katecheza z 5 czerwca 2013)

Świadomość i edukacja

W tym wszystkim kluczowe jest jedno - świadomość. Cenę taniego mięsa płaci środowisko: kura albo świnia, które stają się produktami przemysłowej hodowli, ogromne ilości dwutlenku węgla w atmosferze, zużyte tysiące litrów wody, które i zmniejsza nasze zasoby, i powoduje pustynnienie i zmianę ekosystemu. Można kupować za dużo, „tak na wszelki wypadek”, ale jeśli połowę zakupów trzeba będzie wyrzucić, powiększymy żywnościowy śmietnik, gdy na tej samej planecie, w tym samym czasie ludzie będą umierać z głodu. Uciekanie w hasła o ideologii jest o wiele wygodniejsze niż przyznanie, że przemyślane zakupy wcale nie są łatwe, marnuję więcej jedzenia niż się wydawało, a ograniczenie mięsa kończy się na pierwszej pizzy pepperoni ze znajomymi.

„Edukacja ekologiczna poszerzyła swoje cele. Jeśli na początku była bardzo skoncentrowana na informacji naukowej, na uświadomieniu i zapobieganiu zagrożeniom dla środowiska, to obecnie stara się włączyć krytykę „mitów” nowoczesności opartej na rozumie instrumentalnym (indywidualizm, nieograniczony postęp, konkurencja, konsumpcjonizm, rynek bez zasad), a także przywrócić różne poziomy równowagi ekologicznej: tej wewnętrznej z samym sobą, solidarnej z innymi, naturalnej ze wszystkimi istotami żywymi, duchowej z Bogiem” (LS, 210)

Post od egoizmu

Patrząc na temat z perspektywy czysto chrześcijańskiej? Po pierwsze - nie ma jak stary, dobry i sprawdzony post. Asceza może być skutecznym lekarstwem na „nie zaglądać mi w talerz” - postawę równie wolnościową, co w dobie kryzysu klimatycznego często zwyczajnie egoistyczną.

A po drugie? Jeśli jesteśmy z tej części, która próbuje i której czasem nie wychodzi - uczyć się miłosierdzia dla siebie i innych. Nieidealne próby są lepsze niż cynizm.

„Kruchy świat, z człowiekiem, któremu Bóg powierza nad nim opiekę, stanowi wyzwanie dla naszej inteligencji, aby rozpoznać, jak powinniśmy ukierunkowywać, kształtować i ograniczać naszą władzę”. (LS, 78)

Redaktorka i dziennikarka DEON.pl, autorka książki "Pełnymi garściami". Prowadzi blog dane wrażliwe.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Bartosz Bartosik, Adam Bodnar

Obywatel PL to Ty

  • Czy nasza demokracja jest zagrożona?
  • Skąd w nas tyle podziałów?
  • W którą stronę zmierza reforma sądownictwa?
  • Kim są najbardziej wykluczone osoby?

O coraz mocniejszych pęknięciach w społeczeństwie, próbach manipulacji Polakami i...

Skomentuj artykuł

Zielona kuchnia. Dlaczego katolik może i powinien się o nią starać?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.