Prof. Filip Musiał: nikt nie może zawłaszczyć patriotyzmu, jeśli ktoś inny sam nie odda pola
Skąd wzięła się krytyka działalności Żołnierzy Wyklętych? Czy prawica zawłaszczyła patriotyzm? Dlaczego polski i ukraiński patriotyzm nie były tym samym? Między innymi na te pytania odpowiada w rozmowie z Piotrem Kosiarskim polski historyk i politolog prof. dr hab. Filip Musiał. Dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie mówi również o tym, czy w debacie publicznej nacjonalizm zastępuje patriotyzm i jak będzie kształtowała się polska polityka historyczna w przyszłości.
„Ofiarami polskiego podziemia niepodległościowego w znaczącej większości były - mówiąc otwarcie - osoby zaangażowane po stronie reżimu: funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, członkowie partii komunistycznej oraz inni przedstawiciele władz komunistycznych. Walka z nimi stanowiła więc naturalny element dążenia do niepodległości. W przypadku ofiar UPA mamy natomiast do czynienia z około 100 tysiącami niewinnych ludzi - mężczyzn, kobiet, starców, dzieci, których jedyną «winą» było bycie Polakami” - mówi prof. dr hab. Filip Musiał. Przeczytaj całą rozmowę:
Żołnierze Wyklęci. Temat, który należy badać, uwzględniając realia historyczne epoki
Piotr Kosiarski: Skąd w Polsce wziął się podział w ocenie Żołnierzy Wyklętych - na tych, którzy widzą w nich bohaterów, oraz tych, którzy krytycznie oceniają ich działalność?
Prof. dr hab. Filip Musiał: Aby odpowiedzieć na to pytanie warto zwrócić uwagę na wprowadzające w błąd sformułowania, obecne również w podręcznikach historii i publicystyce. Mowa o podziale na konspirację wojenną i powojenną.
Dlaczego taki podział wprowadza w błąd?
- Jeśli popatrzymy na logikę strukturalną funkcjonowania podziemia, możemy zaryzykować stwierdzenie, że większość osób zaangażowanych w działalność niepodległościową po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną to ludzie, którzy rozpoczynali swoją aktywność jeszcze w czasie II wojny światowej, a następnie ją kontynuowali.
Czasem po przejściu Armii Czerwonej następowała demobilizacja, związana z rozwiązaniem Armii Krajowej. Później jednak część oddziałów odtwarzała się. Działo się tak dlatego, że skala represji ze strony sowietów była ogromna. Innymi słowy, intencja generała Leopolda Okulickiego, aby rozwiązać Armię Krajową po to, by wstrzymać represje sowieckie wobec żołnierzy działającego w podziemiu Wojska Polskiego - bo tym była Armia Krajowa - nie została spełniona. Po rozwiązaniu AK represje nie ustały.
Właśnie dlatego mamy do czynienia z jedną konspiracją niepodległościową, która jako idea zaczyna się w 1939 roku i jest kontynuowana w okresie powojennym. Za symboliczny moment jej zakończenia uznaje się dopiero śmierć sierżanta Józefa Franczaka „Lalusia” w 1963 roku.
Dopiero z tej perspektywy warto spojrzeć na niechęć wobec Żołnierzy Wyklętych, którą obserwujemy i która również ma różną dynamikę.
Może Pan to rozwinąć?
- Niechętna Żołnierzom Wyklętym jest zwykle ta część opinii publicznej, która reprezentuje odłam postkomunistyczny, czyli jest ideowo albo rodzinnie powiązana z systemem komunistycznym i siłą rzeczy postrzega działalność Żołnierzy Wyklętych jako coś, co zagrażało ich dobrobytowi, życiu i funkcjonowaniu w PRL-u. Są to osoby w większym lub mniejszym stopniu związane ze służbą narzuconemu przez Moskwę reżimowi albo rodziny tych osób.
Druga grupa niechętna Żołnierzom Wyklętym to osoby, które przesiąkły propagandą komunistyczną, nawet jeśli nie były bezpośrednio powiązane z systemem komunistycznym i nie należały do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wychowywały się jednak w PRL-u i były poddawane naciskowi propagandowemu.
W końcu musimy pamiętać, że mamy również do czynienia z ludźmi, którzy co do zasady mogą uznawać fenomen podziemia niepodległościowego, ale nie rozumieją, czym była powojenna rzeczywistość. To poniekąd łączy ich z grupą, która została „przemielona” przez propagandę. W konsekwencji nie rozumieją oni zjawiska na przykład akcji ekspropriacyjnej i uważają, że powojenne niepodległościowe oddziały partyzanckie były oddziałami bandyckimi, ponieważ dokonywały zawłaszczenia mienia.
Rzeczywiście, część przewodników Żołnierzy Wyklętych automatycznie kojarzy ich działania z akcjami bandyckimi.
- Tyle, że akcje ekspropriacyjne po wojnie były realizowane na tych samych zasadach, na jakich prowadziła je Armia Krajowa w czasie wojny. Skoro więc nie stawiamy Armii Krajowej zarzutu działań ekspropriacyjnych przeciwko okupantowi niemieckiemu, to nie powinniśmy stawiać takiego zarzutu podziemiu niepodległościowemu, które działało na tej samej zasadzie, uznając za dopuszczalne akcje ekspropriacyjne, czyli zaopatrzeniowe, przeciwko okupantowi. W czasie wojny był nim przede wszystkim okupant niemiecki, rzadziej sowiecki. W sytuacji powojennej za okupanta uznawano władzę komunistyczną. Akcje wymierzone w instytucje państwa komunistycznego, spółdzielcze, przedstawicieli partii komunistycznej i inne tego typu podmioty były więc akcjami ekspropriacyjnymi i wpisywały się w normalną logikę działania podziemia.
Akcje ekspropriacyjne nie były jedyną formą działalności oddziałów Żołnierzy Wyklętych.
- W podobny sposób brakuje zrozumienia dla czegoś, co jest niestety charakterystyczne dla działań partyzanckich i walki niekonwencjonalnej, czyli likwidacji szczególnie szkodliwych przedstawicieli reżimu. Zapominamy jednak, że przecież w ten sam sposób Armia Krajowa likwidowała przedstawicieli państwa okupacyjnego w czasie II wojny światowej - niemieckiego i sowieckiego.
Partyzanci zatem, realizując akcje likwidacyjne, czerpali z wzorców, które znali z działalności Armii Krajowej.
Tyle że zmieniła się forma prowadzenia walki - z działań w ramach struktur Wojska Polskiego w konspiracji na działalność partyzancką.
- Podczas II wojny światowej działalność Armii Krajowej była wpisana w strukturę Polskiego Państwa Podziemnego, a sama Armia Krajowa stanowiła Wojsko Polskie działające w konspiracji. Po rozwiązaniu Armii Krajowej, a następnie Polskiego Państwa Podziemnego latem 1945 roku, rzeczywiście mamy już do czynienia z wieloma niepodległościowymi organizacjami konspiracyjnymi, zachowującymi mniejszą lub większą ciągłość z Polskim Państwem Podziemnym i kontakty z Rządem RP na Uchodźstwie, a nie z działaniami Wojska Polskiego w konspiracji. Mimo to powojenna działalność niepodległościowa wyrastała z tradycji Polskiego Państwa Podziemnego, nawet jeśli nie istniała już ta sama formuła aktywności państwowej.
Co więcej, najszerszym nurtem powojennej działalności podziemnej był nurt tzw. „poakowski”, czyli bezpośrednio wywodzący się z Armii Krajowej. Tworzyła go triada organizacji: „Nie”, Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj oraz Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość. Był to nurt ideowo wyrastający z Polskiego Państwa Podziemnego. Istniało też wiele organizacji tworzonych po wojnie, które kadrowo czerpały z Armii Krajowej. Między tymi środowiskami istniała więc wyraźna łączność ideowa i personalna.
Wróćmy do podziału na tych, którzy widzą w Żołnierzach Wyklętych bohaterów, oraz tych, którzy krytycznie oceniają ich działalność. Wśród tych drugich panuje przekonanie, że powojenna działalność partyzancka wiązała się z mordowaniem cywilów.
- Rzeczywiście jest grupa osób, która daje się uwieść opowieści, w której oddziały partyzanckie są przedstawiane jako formacje prowadzące brutalne działania wymierzone w ludność cywilną. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy: walka partyzancka jest walką brutalną, co do tego nie ma wątpliwości i powinniśmy mieć świadomość, że dzisiaj, oceniając to wszystko z perspektywy lat, siedząc przy ciepłej herbacie w bezpiecznym pokoju, możemy nie zdawać sobie sprawy z warunków, w jakich walczyli przedstawiciele podziemia niepodległościowego po wojnie. Czasem na podjęcie decyzji o czyimś życiu i śmierci mieli dosłownie sekundy. Oczywiście wśród tych decyzji zdarzały się pomyłki. Chodzi jednak także o spojrzenie na to, co było normą, a co odstępstwem od tej normy. Jeśli popatrzymy na skalę działalności oddziałów, które utrzymywały nurt niepodległościowy, zobaczymy z jednej strony ludzi wiernych jego idei, a z drugiej - osoby, które najpierw zaangażowały się w działalność Armii Krajowej albo podziemia niepodległościowego, lecz w warunkach powojennej demoralizacji z różnych względów schodziły na łatwą drogę bogacenia się. To jednak nie było podziemie niepodległościowe, lecz grupy bandyckie. I z takimi grupami podziemie niepodległościowe najczęściej walczyło.
Krytycy Żołnierzy Wyklętych wskazują również na udokumentowane przypadki zabójstw ludności żydowskiej przez niektóre oddziały powojennego podziemia. Jak należy oceniać te wydarzenia?
- Każdy taki przypadek musi zostać zbadany i opisany. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia ze śmiercią cywilów, musimy stanąć w świetle prawdy: omówić te przypadki, szczegółowo je opisać i rozstrzygnąć, czy osoba uznawana za ofiarę podziemia niepodległościowego, a należąca do określonej grupy narodowościowej, ginęła dlatego, że była przedstawicielem mniejszości narodowej, czy z innych powodów, a jej narodowość stanowiła jedynie okoliczność towarzyszącą.
Możemy spojrzeć na to również z tej perspektywy, że osoby pochodzenia żydowskiego po prostu bywały członkami partii lub funkcjonariuszami bezpieki. W aparacie bezpieczeństwa mogliśmy znaleźć także Ukraińców i Białorusinów. Oznacza to, że przedstawiciele mniejszości, którzy byli likwidowani przez podziemie niepodległościowe, nie ginęli ze względów narodowościowych, ale dlatego, że uznano ich - słusznie lub niesłusznie, co w każdym przypadku wymaga zbadania - za osoby współpracujące z reżimem komunistycznym, przekazujące informacje o oddziałach partyzanckich, szlakach ich przemarszu oraz odpowiedzialne za schwytanie i zatrzymanie przez komunistów któregoś z patroli. I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: musimy rzetelnie oceniać skalę tego typu przypadków, nie możemy udawać, że nie dochodziło do sytuacji, w których ofiarami byli niewinni ludzie. Takie wypadki również się zdarzały, między innymi wskutek błędnych decyzji dowódców partyzanckich i nie możemy bać się ich opisywać. To, że miały miejsce, nie rzutuje jednak na całą ideę podziemia niepodległościowego.
A co z tymi, którzy każdy zarzut dotyczący powojennej działalności partyzanckiej odbierają jako brutalny atak na całe podziemie niepodległościowe?
- Takie osoby, kolokwialnie mówiąc, wyświadczają niedźwiedzią przysługę tym, którzy chcą rzetelnie zbadać i ocenić powojenną rzeczywistość. Skutkuje to bowiem reakcją drugiej strony, która każdą osobę poległą w walce z podziemiem będzie przedstawiała jako niewinną ofiarę. Powtarzam: specyfika walki partyzanckiej sprawia, że czasem w takich oddziałach pojawiają się ludzie, którzy schodzą na drogę bandytyzmu. Musimy więc o takich sytuacjach dyskutować, także po to, aby w gronie naukowców zajmujących się tą tematyką wyznaczać granice pozwalające określić - z uwzględnieniem realiów historycznych tamtej epoki - do którego momentu możemy mówić o działalności mieszczącej się w ramach działań partyzanckich, a kiedy rzeczywiście cierpieli niewinni ludzie. Tego rodzaju przypadki zawsze będą obciążały dowódców partyzanckich. Nie mamy jednak żadnego powodu, by unikać rozmowy o nich.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Polska polaryzacja historyczna
Mechanizm, który sprawia, że podziemie niepodległościowe jest oceniane pozytywnie lub negatywnie, jest bardzo skomplikowany. Istnieje bowiem jeszcze jeden ważny czynnik, który wpływa na tę ocenę.
- Rzeczywiście na to wszystko, co dotąd powiedzieliśmy, nakłada się coś, co jest przekleństwem współczesnej Polski. Zaznaczam, że w tym miejscu odchodzimy od kwestii świadomości historycznej i jakości edukacji historycznej, przechodząc do zjawiska, które w ostatnich latach stało się jednym z największych problemów polskiego społeczeństwa - polaryzacji politycznej.
Kiedy w 2010 roku podejmowano pierwsze decyzje dotyczące przyjęcia ustawy o Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, bardzo często zwracano uwagę na znaczenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wystąpił z inicjatywą ustawodawczą. Trzeba jednak podkreślić także istotną rolę Janusza Kurtyki, jednego z inicjatorów ustanowienia tego święta. O ile dobrze pamiętam, to właśnie on wskazał 1 marca - rocznicę śmierci Łukasza Cieplińskiego, działacza IV Zarządu Głównego WiN - jako najbardziej symboliczną datę obchodów. Oczywiście musimy pamiętać, że inicjatywa ustawodawcza rzeczywiście wyszła od Lecha Kaczyńskiego, natomiast po katastrofie smoleńskiej ustawę podpisał Bronisław Komorowski. Co więcej, w parlamencie została ona przyjęta niemal jednogłośnie. Dopiero w kolejnych latach doszło do sytuacji, w której z jednej strony prawa część sceny politycznej zaczęła opierać swoją narrację na podziemiu niepodległościowym, z drugiej zaś lewa część sceny politycznej - w opozycji do prawicy - zaczęła coraz wyraźniej dystansować się od zjawiska powojennego oporu.
Tego rodzaju napięcie, widoczne na najwyższych poziomach sporu politycznego, częściowo przekłada się także na postawy elektoratów szeroko rozumianej prawicy i lewicy. Myślę, że mamy tu do czynienia z szerszym problemem: bardzo wiele zjawisk historycznych przestaje być rozpatrywanych wyłącznie w kategoriach merytorycznych, a zaczyna być ocenianych przez pryzmat poparcia politycznego dla poszczególnych formacji. Kończy się dyskusja merytoryczna, a zaczyna spór o charakterze politycznym.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Czy prawica naprawdę zawłaszczyła patriotyzm?
Spotkałem się ostatnio z tezą, że prawa strona „zawłaszczyła” patriotyzm.
- Nikt nie może zawłaszczyć patriotyzmu, jeśli ktoś inny sam nie odda pola. Musiała powstać - i powstała - pewna próżnia, w którą weszła konkretna siła polityczna. To mechanizm, który często możemy obserwować.
Pamiętajmy jednak, że również po prawej stronie sceny politycznej mamy do czynienia z pewnym problemem - tendencją do gloryfikowania każdej osoby, która przeszła przez szeregi podziemia niepodległościowego, bez względu na to, jakie działania podejmowała. W rezultacie zdarza się, że na sztandary wynoszone są postacie, których działalność bardziej nadaje się do pogłębionej analizy, ukazującej złożoność sytuacji powojennej, niż do upamiętniania pomnikami. Osoby, które próbują ustawić w jednym szeregu wszystkie postacie podziemia zbrojnego, wyrządzają szkodę tym, których życiorysy są absolutnie czyste.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Porównywanie działalności Żołnierzy Wyklętych do działań Ukraińskiej Powstańczej Armii
Przejdźmy do tematu, który w ostatnich miesiącach, szczególnie w kontekście dynamicznie zmieniających się relacji polsko-ukraińskich, wyraźnie rozgrzewał nastroje społeczne. W tym czasie kilkakrotnie spotkałem się z porównywaniem działalności Żołnierzy Wyklętych do działań Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
- Takie porównania wynikają, jak sądzę, z podobieństwa narzędzi, jakimi posługiwały się zarówno polskie podziemie, jak i OUN oraz UPA, czyli z walki zbrojnej. To, że obie formacje używały jej do osiągnięcia swoich celów, nie uprawnia jednak do mówienia o daleko idących podobieństwach. Istnieje bowiem jedna fundamentalna różnica. Polskie podziemie niepodległościowe walczyło o suwerenność i niepodległość państwa, czyli - mówiąc językiem WiN - o wolność obywatela i niezawisłość państwa. Walka ta trwała od 1939 roku do lat pięćdziesiątych. Tak jak już powiedzieliśmy, jej przeciwnikami byli okupanci: w czasie wojny Niemcy i Sowieci, a po wojnie komuniści. Żaden nurt powojennego podziemia nie miał wpisanego w swój sposób postrzegania rzeczywistości mechanizmu rewolucji narodowej - zdefiniowanego przez Mychajłę Kołodzińskiego, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W przypadku UPA chodziło o rewolucję, która miała być połączona z czystką etniczną. Zakładano, że droga do niepodległości Ukrainy powinna prowadzić przez rewolucję, a więc czyn zbrojny, któremu miała towarzyszyć czystka etniczna wymierzona w Polaków, Żydów, Białorusinów i wszystkie mniejszości zamieszkujące ziemie uznawane przez ukraińskich nacjonalistów - z takich czy innych powodów - za etnicznie ukraińskie. Czystka miała być również wymierzona w rodziny osób nieakceptowanych przez OUN i UPA. Żaden z nurtów polskiego podziemia nie uznawał natomiast, że drogą do niepodległości jest czystka etniczna. I to jest sprawa kluczowa.
Pozostaje również kwestia tego, kto ginął z rąk Żołnierzy Wyklętych, a kto padał ofiarą UPA.
- Ofiarami polskiego podziemia niepodległościowego w znaczącej większości były - mówiąc otwarcie - osoby zaangażowane po stronie reżimu: funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, członkowie partii komunistycznej oraz inni przedstawiciele władz komunistycznych. Walka z nimi stanowiła więc naturalny element dążenia do niepodległości. W przypadku ofiar UPA mamy natomiast do czynienia z około 100 tysiącami niewinnych ludzi - mężczyzn, kobiet, starców, dzieci, których jedyną „winą” było bycie Polakami. Nie prowadzili działalności antyukraińskiej ani nie byli okupantami Ukrainy - takie państwo przecież wówczas nie istniało. Mieszkali po prostu na ziemiach południowo-wschodnich II Rzeczpospolitej.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Polski i ukraiński nacjonalizm. Na pewno były podobne?
Niedawno przeczytałem wypowiedź prof. Dariusza Stoli, dyrektora Muzeum POLIN, który uważa, że „Polska miała ludzi o bardzo zbliżonych w poglądach do działaczy UPA”. Wskazał przy tym na Obóz Narodowo-Radykalny oraz Narodowe Siły Zbrojne. Czy porównywanie działań tych organizacji do działań UPA jest adekwatne?
- W moim przekonaniu nie. Obóz Narodowo-Radykalny rzeczywiście był organizacją, która zakładała wyższość narodu polskiego nad innymi mniejszościami narodowymi. Narodowe Siły Zbrojne to jednak zupełnie inna rzeczywistość i bardzo szeroki nurt, skupiający osoby o różnych poglądach narodowych, niekoniecznie skrajnie nacjonalistycznych. Natomiast żadna z tych organizacji nie zakładała, że drogą do niepodległości jest przeprowadzenie masowych czystek etnicznych.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Przyszłość polityki historycznej w Polsce
Jak będzie kształtowała się polityka historyczna w nadchodzących latach?
- Dotąd obserwowaliśmy następujące zjawisko: strona prawicowa zakładała, że polityka historyczna jest bardzo ważną funkcją państwa i powinna być przez nie realizowana, zaś strona lewicowa (liberalno-lewicowa) odżegnywała się od jej prowadzenia. Jeśli jednak przyjrzymy się temu, co działo się przez ostatnie ćwierć wieku, a zatem mniej więcej od momentu, gdy Warszawski Klub Krytyki Politycznej, skupiony wokół śp. Tomasza Merty i kilku innych osób, definiował to zjawisko w polskiej debacie intelektualnej, zauważymy, że przez te 25 lat prawica przede wszystkim dyskutowała o polityce historycznej, nie tworząc jej strategii ani nie wdrażając jej nawet wówczas, gdy miała ku temu sposobność.
Ale to nie znaczy, że nic się nie udało.
- Jednocześnie państwo skutecznie realizowało politykę historyczną ukierunkowaną na przeciwdziałanie wadliwym kodom pamięci, zwłaszcza na walkę z kłamliwym określeniem „polskie obozy zagłady”. Trzeba przyznać, że w tym obszarze państwo polskie rzeczywiście odniosło sukces. Przypadki używania tego błędnego sformułowania nadal się zdarzają, ale są coraz rzadsze.
Brakowało jednak działań komplementarnych, chociaż na wielu polach aktywność podejmowano. Kluczowa powinna być świadomość w jakiej kondycji znajduje się polskie społeczeństwo po wyjściu z systemu totalitarnego. Jaka zatem jest rola państwa w porządkowaniu sfery historycznej, w sytuacji trwania pamięci zideologizowanej i deficytów pamięci.
Czym są pamięć zideologizowana i deficyty pamięci?
- W przypadku społeczeństw wychodzących z systemu totalitarnego mamy do czynienia z dwoma zjawiskami: pamięcią zideologizowaną, czyli sytuacją, w której na naszą pamięć wpływa propaganda zmieniając ją, oraz deficytem pamięci, a więc całymi obszarami rzeczywistości, o których nie mieliśmy pojęcia, ponieważ cenzura prewencyjna uniemożliwiała nam ich poznanie. W konsekwencji nie mamy ich uświadomionych. Społeczeństwa wychodzące z totalitaryzmu potrzebują długich dekad, aby wyleczyć pamięć zideologizowaną i jednocześnie wypełnić deficyty pamięci.
Możemy mnożyć przykłady działań pozytywnych - porządkowanie świąt państwowych, nowe placówki muzealne czy miejsca pamięci, skuteczna - w pewnych obszarach - dyplomacja historyczna ale były to co najwyżej sektorowe działania, nie skoordynowane w skali ogólnopolskiej. Wartościowe, ważne, ale nie przynoszące ostatecznego przełomu. Mam wrażenie, że nawet gdy prawica sprawuje władzę, debaty historyczne nie ustają, a wręcz przybierają na sile. Brakuje jednak czynnika koordynującego, który sprawiłby, że polityka historyczna zaczęłaby być realizowana w sposób spójny i jednoznaczny.
A co z lewicą?
- Lewica przez wiele lat nie wykazywała zainteresowania sferą polityki historycznej, uznając, że uderza ona w niezależność badań naukowych. To absurd, ponieważ polityka historyczna i badania naukowe należą do dwóch odrębnych porządków. Fakt, że państwo zwraca uwagę na pewne elementy swojej tradycji i historii oraz pobudza konkretne działania w obszarach, które uznaje za wartościowe, bo budują poczucie wspólnoty narodowej, w żaden sposób nie narusza wolności badań naukowych. Ta realizuje się bowiem w zupełnie innym obszarze działalności państwa. Lewica była natomiast przekonana, że polityki historycznej najlepiej w ogóle nie prowadzić, ponieważ jest ona niepotrzebna, a nawet szkodliwa. Obawiała się również, że może prowadzić do upolitycznienia badań, nie dostrzegając różnicy między tymi dwiema sferami. Skutkiem takiego podejścia jest - tak jak już powiedzieliśmy - pozostawienie pola innym aktorom, którzy potrafią zdefiniować swoje interesy w obszarze polityki historycznej, a następnie konsekwentnie je realizować.
Na czym polega koncepcja „polifonicznej polityki historycznej”?
- To stosunkowo nowa koncepcja, w moim przekonaniu ideowo zakorzeniona w postmodernizmie. Zgodnie z nią część środowisk lewicowych zaczęła mówić: „Prowadźmy politykę historyczną, ale niech będzie ona polifoniczna”. Czyli tak jak proponuje to postmodernizm: nie istnieje jedna prawda historyczna, lecz tyle narracji, ile sposobów pamiętania historii. Polifoniczna polityka historyczna zakłada więc oddawanie hołdu różnym tradycjom. Taka koncepcja faktycznie może się udać, ale pod jednym warunkiem.
Jakim?
- Pod warunkiem wyznaczenia jasnych ram. Polska historia jest niezwykle bogata. Jeśli państwo chce promować tradycję niepodległościową i pokazywać postawy, które służyły obronie niepodległości, powinno jednocześnie jasno określić, czego nie zamierza honorować w przestrzeni publicznej. Chodzi przede wszystkim o osoby, które współpracowały z okupantem, dopuściły się zdrady narodowej czy działały na szkodę państwa. Jeśli nie wyznaczymy takich granic, może się okazać, że z jednej strony będziemy mieli ludzi, którzy hołubią rotmistrza Witolda Pileckiego, a z drugiej - tych, którzy odwołują się do Mieczysława Moczara. Taki model nie buduje wspólnoty narodowej.
Podobne problemy dostrzegamy czasem nawet w symbolice i tradycji Wojska Polskiego. Współczesne jednostki wojskowe niekiedy odwołują się do tradycji Ludowego Wojska Polskiego - a więc formacji, których oddziały uczestniczyły na przykład w stanie wojennym, w pacyfikowaniu społeczeństwa, czy w interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku. To nie powinna być tradycja współczesnego Wojska Polskiego - chociaż jest to historia z czasów PRL. Te porządki warto wyraźnie rozdzielać - czym innym jest historia, a czym innym tradycja. Wciąż istnieją też jednostki, które mają komunistycznych patronów. Jest ich niewiele - zaledwie kilka - ale niestety nadal funkcjonują.
Dalszy ciąg rozmowy poniżej.
Nacjonalizm zastępuje patriotyzm?
Czy w debacie publicznej nacjonalizm zastępuje patriotyzm?
- Taka teza jest obecna w życiu publicznym. Możemy dziś obserwować sytuacje, w których ktoś mówiący o patriotyzmie - rozumianym po prostu jako miłość do ojczyzny - bywa przez część uczestników debaty publicznej oskarżany nie tylko o poglądy narodowe, lecz wręcz nacjonalistyczne. Pojawia się przy tym sugestia, że w dobie integracji europejskiej postawy patriotyczne mają rzekomo anachroniczny albo negatywny wydźwięk. Jedyne, co możemy w tej sytuacji robić, to rzeczowo dyskutować i pokazywać, że taki pogląd nie ma osadzenia w rzeczywistości.
Filip Musiał - polski historyk i politolog, doktor habilitowany nauk humanistycznych w zakresie historii, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Ignatianum w Krakowie. Dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.
Skomentuj artykuł