Jak od „klepania zdrowasiek” przejść do głębokiej modlitwy? Wystarczy jedna rzecz
Jak modlić się różańcem, kiedy już po kilku sekundach nasze myśli uciekają w stronę codziennych spraw, pracy, trudności i relacji? Sam długo nie wiedziałem, co zrobić z myślami, które pojawiają się właśnie wtedy, gdy próbuję się modlić. Dziś wiem, że nie muszę ich uciszać. Wystarczy, że nauczę się wracać.
Oto moje doświadczenie odmawiania różańca – niezwykłej modlitwy, którą kiedyś omijałem szerokim łukiem, a która dzisiaj jest stałym elementem mojej codzienności – nie tylko w październiku. I od razu napiszę: rzadko kiedy jestem w stanie skupić się na wypowiadanych podczas modlitwy różańcem słowach. Skupiam się natomiast na czymś innym. Czymś, co bardzo mi pomaga wracać do modlitwy, gdy moje myśli zaczynają uciekać.
Ale zanim do tego przejdę, najpierw o kilku innych kwestiach. Rozpocznę od tego, co o różańcu usłyszałem podczas „kasetowych” rekolekcji ignacjańskich, prowadzonych przez Wspólnotę Sióstr Zawierzenia. Spośród wielu konferencji ojca Bronisława Mokrzyckiego SJ, nieżyjącego już jezuity, którego nagrania puszczane są rekolektantom i stanowią jakby „rdzeń” wspomnianych rekolekcji, szczególnie zapamiętałem tę, która poświęcona była właśnie różańcowi.
Ojciec Bronisław porównał odmawianie różańca, owe „klepanie zdrowasiek”, do refrenu dobrej piosenki, który wpada nam w ucho, który powtarzamy, bo jest po prostu dobry. Dostrzegłem w tym sens. Rzeczywiście, zwrotki niemal każdego utworu nie bez powodu rozdzielone są refrenem, który tak chętnie powtarzamy. Nawet jeśli nie kojarzymy zwrotek, dobry refren pamiętamy zawsze i jesteśmy w stanie zaśpiewać go nawet po wybudzeniu ze snu w środku nocy. Myślę, że z różańcem jest bardzo podobnie. Słowa tej modlitwy bez wątpienia warto powtarzać. Tym bardziej, że różaniec to nic innego jak kontemplowanie – wspólnie z Maryją – najważniejszych chwil z życia Chrystusa. Każdy „refren” różańca rozpoczyna Słowo z Ewangelii, zakończone poruszającą modlitwą Kościoła: „módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej”. Przyznam, że w chwili śmierci bardzo chciałbym mieć obok Maryję.
Pamiętam, że to właśnie po wspomnianych rekolekcjach zacząłem częściej sięgać po różaniec. Dziś odmawiam go niemal codziennie - podczas spacerów i w tramwaju. Zwykle chowam różaniec w dłoni. Uwielbiam jednak momenty, gdy dostrzegam go u innych osób. Jeśli wtedy spotykają się nasze spojrzenia, na twarzach najpierw pojawia się zaskoczenie, potem delikatny uśmiech. Czasem ktoś podnosi rękę z różańcem wyżej, jakby chciał powiedzieć: „Nie jesteś sam! Ja też to robię!”. Nigdy nie zapomnę też reakcji kilku osób, które, gdy idąc chodnikiem, odważałem się nie chować różańca w dłoni, przybijały mi piątkę albo przepuszczały na pasach, pokazując zza kierownicy dłoń ze skierowanym ku górze kciukiem (pozdrawiam wszystkich modlących się różańcem – w tramwajach, autobusach, pociągach i podczas spacerów). Te drobne gesty nie tylko sprawiają radość, ale i budują poczucie wspólnoty nawet tam, gdzie się tego nie spodziewamy, pośród zabieganej codzienności, do której różaniec tak bardzo pasuje.
Ale jak w tej zabieganej rzeczywistości zachować na różańcu uważność? W tym miejscu wracam do tego, co napisałem w drugim akapicie. To coś, co odkryłem niedawno i co bardzo pomogło mi w modlitwie różańcem. Pamiętam, że gdy na to wpadłem, odmawiałem tajemnice bolesne. Przy każdej z nich mówiłem jedno zdanie: „Jezu, naprawdę wierzę, że pociłeś się krwią podczas modlitwy w Ogrójcu”; „…cierpiałeś podczas biczowania”; „…nałożono Ci na głowę koronę z cierni”; „…niosłeś na ramionach krzyż, który przez mój grzech ważył jeszcze więcej” i w końcu: „…oddałeś za mnie swoje życie, by mnie ocalić”. Każde z tych zdań stało się kotwicą, która pozwoliła mi wracać do modlitwy, kiedy moje myśli zaczynały odpływać w różne strony.
Ta „kotwica” na pewno nie uspokoi naszych myśli, które tak bardzo lubią kotłować się w głowach, gdy odrywamy wzrok od ekranu lub gdy wyjmujemy z uszu słuchawki. Na pewno jednak pomoże w przeżywaniu tajemnic, które podczas różańca kontemplujemy. Bo siłą tej modlitwy nie jest poziom naszego skupienia, które mamy nauczyć się osiągać podczas żmudnego treningu, ale intencja bycia z Jezusem w najważniejszych momentach Jego życia.
Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten artkuł do końca. Sięgnij po więcej moich tekstów, odwiedź mojego bloga lub kup książkę, którą napisałem.


Skomentuj artykuł