Tam, gdzie kończą się pocztówki, zaczyna się prawdziwa Albania
Lato to czas podróży, urlopów i odwiecznego pytania: gdzie wyjechać? Doskonale znamy ten dylemat, dlatego chcemy Wam pomóc. W każdy piątek wakacji zabierzemy Was do miejsc, które darzymy szczególnym sentymentem i do których zawsze chętnie wracamy, nawet jeśli nie są pozbawione wad. Podzielimy się sprawdzonymi wskazówkami, pokażemy ukryte perełki i podpowiemy, jak najlepiej odkryć to, co dany region ma do zaoferowania.
Albania potrafi zaskoczyć chyba bardziej niż jakikolwiek inny kraj na Bałkanach. Wjeżdżałam tam z pewnymi wyobrażeniami, a po kilku dniach odkryłam miejsce absolutnych kontrastów. Z jednej strony mity o zaniedbanych psach prysły u mnie na starcie – na miejscu witała mnie cała masa czworonogów, które wyglądały na zdrowe, odżywione, a nierzadko nawet zaszczepione (charakterystyczne chipy na uszkach) i po prostu bardzo przyjazne. Z drugiej strony dostałam niesamowite, krystalicznie czyste morza, widoki, które zapierały mi w piersiach tchu, nieprawdopodobnie życzliwych ludzi oraz drogi, na których nawet przy moim sporym doświadczeniu za kółkiem można było stracić zimną krew.
Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy próbowaliśmy dotrzeć do jednego z naszych noclegów. Choć zwiedziłam już kawałek świata i widziałam (tak mi się wydawało) pionowe górki, ta droga przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. Niemal pionowy podjazd pod górę, brak jakichkolwiek barierek i przepaść tuż obok. A my? Jechaliśmy zwykłą, 7-osobową rodzinną Alhambrą bez żadnego napędu 4x4. W pewnym momencie poziom stresu sięgnął u mnie takiego pułapu, że po prostu wysiadłam z auta i rozpłakałam się ze strachu. Resztę tej koszmarnej górki pokonałam na własnych nogach, podczas gdy nasza poczciwa Alhambra o dziwo dała radę i wdrapała się na sam szczyt. Najlepsze czekało jednak na górze: gdy opadły emocje i dobiegłam na miejsce, okazało się, że nawigacja po prostu się pomyliła i to wcale nie tam był nasz nocleg... Albania potrafi rzucić na głęboką wodę, ale po czasie takie przygody wspomina się z największym uśmiechem.
Trasa po tym kraju to w ogóle osobny rozdział. Albania jest pełna malowniczych, nieskończonych serpentyn. Jedziesz godzinami: tylko góra, dół, zakręt, wokół długo, długo nic i tak w koło, ale te widoki po drodze osładzają każdą minutę spędzoną za kierownicą.
Gdy emocje opadły, ruszyliśmy dalej na południe. Saranda to nowocześnie wyglądający kurort, który swoim blichtrem bardziej przypominał europejską riwierę niż tradycyjny bałkański kraj. Z kolei nieopodal leży Ksamil z lazurową wodą, a w głębi lądu słynne Blue Eye – krystalicznie czyste źródło jak z baśni. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać szczerze: chociaż wizualnie wszystko było tam piękne, to miejsca te okazały się mocno przereklamowane. Ceny były mocno przesadzone, a tłum i poziom komercyjnych turystów potrafiły po prostu zmęczyć. To była ładna pocztówka, ale magia czekała zupełnie gdzie indziej. Bo prawdziwą Albanię, tę dziką, autentyczną i zachwycającą, odkryłam dopiero w jej górskim sercu.
To właśnie w okolicach Përmetu i urokliwej wioski Petran trafiłam na cud natury – naturalne baseny termalne Llixhat e Bënjës. Ciepłe, siarkowe źródła wypływają ze skał tuż obok zabytkowego, kamiennego mostu z czasów osmańskich, a tuż za nim rozciąga się malowniczy Kanion Lengarica. Choć planowaliśmy górski rafting, w rzece było już za mało wody, więc wybraliśmy tubing – spływ na wielkich, dętkowych kołach. W tych samych okolicach wypatrzyłam też niepozorną, domową restaurację prowadzoną przez przemiłą panią, gdzie lokalna kuchnia smakowała mi tak dobrze, jakby gotowała najbardziej troskliwa babcia.
I wreszcie Berat – absolutna perła znana jako "miasto tysiąca okien". Przejazd przez tutejsze trasy górskie dostarczył mi niesamowitych widoków, a same zachody słońca schodzące nad kaskadowo ułożonymi, historycznymi domami na długo zostaną pod moimi powiekami. Dzika Albania bywa surowa, nieprzewidywalna i potrafi sprawdzić granice wytrzymałości Twoich nerwów, ale odpłaca się niezwykłą gościnnością, spokojem i pięknem, którego nie kupi się w żaden sposób na komercyjnej plaży.
Jeśli o odpłacaniu mowa... Albania wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć także cenami. "Krakoskie" stawki zobaczycie głównie w najbardziej obleganych kurortach, takich jak Saranda czy Ksamil. Wystarczy jednak zjechać z utartego szlaku, by przekonać się, że ten kraj nadal jest niezwykle przyjazny dla portfela. W jednej z nowoczesnych restauracji z basenem, wyglądającej jak ekskluzywny resort all inclusive, za 6 dużych pizz, 2 porcje makaronu z krewetkami oraz 8 napojów – od coli, przez piwo, po drinki – zapłaciliśmy zaledwie 60 euro.
To właśnie dlatego Albania tak bardzo zapadła mi w pamięć. Nie jest idealna i momentami potrafi wystawić cierpliwość na próbę, ale odwdzięcza się czymś znacznie cenniejszym – autentycznością. Jeśli szukacie kraju, który zachwyci Was nie tylko pięknymi zdjęciami do mediów społecznościowych, ale przede wszystkim prawdziwymi emocjami, życzliwymi ludźmi i miejscami, które wciąż nie zostały całkowicie odkryte przez masową turystykę, Albania może okazać się jednym z najlepszych wyborów. Tylko pamiętajcie o 4x4!
Skomentuj artykuł