Euro 2012 po afrykańsku

Euro 2012 po afrykańsku
(fot. Mariusz Han SJ)
9 lat temu

Odkąd pamiętam zawsze miałem problem z kibicowaniem. Nie żebym sportu nie lubił, wręcz przeciwnie, z wielką przyjemnością oglądam zawody w różnych dyscyplinach, śledzę wyniki, przeglądam tabele i klasyfikacje. Problem mam z tym, że nigdy nie potrafiłem uparcie kibicować jednej i konkretnej drużynie, czyli nigdy nie stałem się fanem jakichś konkretnych barw klubowych.

A ponieważ pochodzę z miasta położonego pomiędzy Łodzią a Warszawą, sprawa była poważna. Jesteś za Legią czy Widzewem? Za Widzewem czy Legią? Z dzieciństwa to właśnie pytanie zapamiętałem jako jedno z ważniejszych, które miało niby określać moją tożsamość. No a ja raz za tymi, a raz za tamtymi, raz tym kibicuję trochę bardziej, a tamtym mniej, a potem na odwrót. W końcu trzeba było wybierać, w świecie dziecka nie istnieje przecież neutralne terytorium Szwajcarii. Ale nawet jeśli już decydowałem się na jedną drużynę, nigdy nie potrafiłem w sobie jak inni wykrzesać negatywnych emocji w stosunku do drugiej.

I tak mam do dziś. Lubię oglądać mecze piłki nożnej, czasem komuś kibicuję bardziej, a czasem komuś mniej, ale generalnie oglądam te sportowe spektakle dla samego piękna gry, finezji talentu i kunsztu wypracowanego warsztatu. Dwa lata temu podczas mistrzostw świata w RPA z tego powodu kibicowałem pięknie grającej drużynie Niemiec, choć okrzyki typu "bić szkopa" czy "na pohybel hitlerowcom" były mocno słyszalne. Jakoś ta historyczno-ideologiczna strona kibicowania nigdy mnie nie brała, więc gdy w półfinale Niemcy spotkali się z siermiężnie, ale skutecznie wtedy grającymi Hiszpanami, moja sympatia była po stronie naszych zachodnich sąsiadów.

Czy coś jest zatem ze mną nie tak? Z pomocą na szczęście przychodzi literatura! Zaglądam do wydanej w Bibliotece WIĘZI najnowszej książki ks. Andrzeja Draguły "Copyright na Jezusa" i tam szczęśliwie trafiam na rozdział poświęcony relacjom sportu i religii. Zielonogórski ksiądz przypomina tam za Claudem Lévi-Straussem o plemieniu Gahuku-Gama z Nowej Gwinei, które rozgrywa mecze piłki nożnej dopóty, dopóki nie doprowadzi się do wyrównania liczby zwycięstw po obydwu stronach. A w Afryce podczas rozgrywek piłkarskich podobno bywa tak, że kibice żywiołowo cieszą się z każdej bramki niezależnie od tego, kto ją zdobył…

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Euro 2012 po afrykańsku
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.