Jacek Prusak SJ: Dlaczego gorszy nas i niepokoi miłosierdzie?

Jacek Prusak SJ: Dlaczego gorszy nas i niepokoi miłosierdzie?
Fot. RODNAE Productions / Pexels

Wielu z nas wychowało się na przekonaniu, błędnym teologicznie, ale katechizmowym, że „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Dlaczego w takiego „Boga” łatwiej nam uwierzyć niż w miłosiernego Ojca Jezusa? - pyta w książce "Zrozumieć siebie, odkryć Boga" Jacek Prusak SJ

W trakcie jednego z modlitewnych czuwań papież Franciszek wypowiedział znamienne słowa: „wiara, która nie potrafi być miłosierna, nie jest wiarą, lecz ideologią”. Chociaż wierzymy, że „Jezus Chrystus jest obliczem miłosierdzia Ojca” - to jak trafnie zdiagnozował problem o. Enzo Bianchi – „tym, co nadal wywołuje skandal i powoduje zgorszenie, jest miłosierdzie, które Jezus interpretuje inaczej niż nawet ludzie religijni, a więc i my!”.

Pisze on dalej: „mogłoby się wydawać, że skoro miłosierdzie jest chciane i upragnione przez Boga, to również powinno być chętnie wprowadzane w życie, a jednak – musimy z pokorą o tym pamiętać – w całej historii Kościoła miłosierdzie gorszyło, wywoływało skandal i z tego powodu było praktykowane w niewielkim stopniu. Prawie zawsze z większą troską realizowano urząd potępiania niż miłosierdzia i pojednania. Wystarczy wczytać się w historię, przede wszystkim soborów, aby zobaczyć, z jaką pewnością siebie w ciągu całych wieków powoływano się na przypowieść o chwaście (Mt 13, 24–30), wypaczając jej znaczenie”.

Miłosierdzie to nie altruizm ani empatia

Chrześcijańska koncepcja miłosierdzia, choć uwzględnia zarówno empatię, jak i współczucie, odnosi je do przykazania miłości bliźniego – nakazu, który po raz pierwszy pojawił się w judaizmie i został sformułowany w Księdze Kapłańskiej (19, 18). Nakaz ten został jednak radykalnie rozwinięty w chrześcijaństwie przez rozszerzenie definicji „bliźniego” i podkreślenie, że istotny jest nie tylko rezultat czynu, ale i jego intencja. W takim ujęciu zakłada się, że miłość jest elementem nieodzownym, który umożliwia wyeliminowanie czynników egoistycznych motywujących do realizacji czynu uznawanego za miłosierny.

Uważa się, że chrześcijański ideał samopoświęcenia ma w sobie potencjał przezwyciężenia dylematu psychologicznego egoizmu poprzez połączenie aspiracji do doskonałości (współczucie jako cnota) z radykalnym podejściem do równego traktowania wszystkich ludzi (chrześcijańska koncepcja miłości-agape) w stosunku do „Innego” jako bliźniego. Jeśli więc przyjmiemy, że główną zasadą hermeneutyczną chrześcijaństwa jest uznanie miłosierdzia za podstawową właściwość Boga i największą z Jego cnót, to dlaczego miłosierdzie jest takie trudne w praktyce?

Łatwiej się bać niż ufać

Badania nad rozwojem wiary w Boga pokazują, że o wiele trudniej jest podtrzymać wiarę w kochającego Boga niż złego ducha. Może się to wydawać sprzeczne z intuicją, ponieważ wiara w kochającego Boga powinna dawać wsparcie i umacniać, czego nie spodziewamy się po złym duchu czy mściwym bóstwie. Niemniej jednak, z ewolucyjnego punktu widzenia, lęk trudniej jest zakwestionować niż miłość. Żyjemy dlatego, że się boimy i unikamy zagrożeń, a nasze mózgi są tak skonstruowane, abyśmy je wychwytywali, zanim nawet jesteśmy w stanie je nazwać i ocenić racjonalnie. Mamy bowiem „automatyczną” zdolność do „wyszukiwania” niewidzialnych istot, które mogą nam zagrażać.

Badania etnograficzne, antropologiczne i archeologiczne pokazują, że chociaż wszystkie znane społeczności odwołują się do bóstw i duchów, istnieje kulturowa gradacja w stopniu, w jakim przypisuje się im wszechwiedzę, wpływ na bieg wydarzeń oraz moralną troskę. Owo kulturowe zróżnicowanie nie jest z kolei przypadkowe, tylko odzwierciedla rozmiar i złożoność grupy. Im mniejsze grupy, tym mniejszy albo żaden zasięg moralny religii, jaka jest w nich obecna: bóstwa mają ograniczoną wszechwiedzę i wymagania moralne, mogą domagać się rytuałów i ofiar, ale mało obchodzi ich sposób, w jaki ludzie się traktują. Gdy natomiast wzrasta rozmiar grupy, zaczynają się pojawiać wierzenia w „dużych bogów” (big gods) – wszechwiedzących, wszechmocnych, bezpośrednio regulujących zachowania ludzi poprzez system kar i nagród (tzw. moralistyczni bogowie).

Tak więc połączenie religii z moralnością jest procesem rozwojowym, wyłaniającym się w czasie i w niektórych miejscach. Wyobrażenia bóstw (bogów), które przyczyniały się do stworzenia i ekspansji solidarności społecznej, miały większą szansę na dominację. Powiązanie religii z moralnością jest więc osiągnięciem kulturowym, a nie niezmienną własnością genetycznego dziedzictwa ludzkości.

Trudniej zignorować mściwe bóstwo, które cię potępi

Można więc powiedzieć, że ludzie różnie podchodzą do istot duchowych. Na jednym końcu tego duchowego spektrum znajdują się duchy, którym nie przypisuje się wszechwiedzy, które jednak wywołują lęk, ponieważ są kapryśne i złośliwe. Na drugim końcu tego spektrum umieszcza się ducha, który staje się Bogiem, gdyż jest wszechwiedzący, wszechpotężny i dobry. Taki duch wymaga od człowieka większego zaangażowania, ale i więcej mu obiecuje. Nie wchodząc tu w religioznawcze niuanse, można jednak powiedzieć, że bez względu na różnice między religiami łączy je „wspólna nić” – łatwiej wierzymy w to, czego się boimy, niż w to, za czym tęsknimy. Trudniej bowiem zignorować bóstwo, które cię potępi, jeśli je zlekceważysz, niż bóstwo, które obiecuje ci raj na wieki.

Społeczeństwa, które przyjęły wiarę we wszechmocne, wszechwiedzące i sprawiedliwe bóstwo, łatwiej ufają z tego powodu swoim członkom, co umożliwia rozrost takich społeczeństw, ponieważ reguły życia społecznego oparte są wierze, że dobro będzie nagrodzone, a zło ujawnione i ukarane – w doczesności jak i/lub pośmiertnie, bo arbitrem jest sam Bóg. Można więc powiedzieć, że sekwencja „zbrodnia i kara” jest w nas głęboko osadzona i wpisana w naszą osobowość także jako ludzi wierzących i religijnych. Dlatego w nauczaniu Jezusa nie gorszą nas słowa o sądzie, rygorystyczne groźby lub twarde słowa „biada”, jak również Jego sposób działania, ponieważ uznaje się, że „dobrze czynił wszystkim” (por. Mk 7, 37; Dz 10, 38), natomiast miłosierdzie wywołuje w nas zgorszenie.

Odrzucamy miłosierdzie, bo cenimy sobie surowość Boga 

Z powodu „teizmu intuicyjnego”, jaki mamy zakodowany w DNA, często jesteśmy gotowi spełnić akt miłosierdzia wobec tego, kto wyrządził zło, pod warunkiem jednak, że najpierw została wymierzona kara, udzielono napomnienia, a więc gdy „grzesznik” został wystarczająco upokorzony albo gdy jak „żebrak” błaga o miłosierdzie. Wtedy bowiem łatwiej nam utrzymać wiarę w dobro i zło i sprawiedliwego Boga.

Wyznaczamy więc dokładne granice miłosierdziu, gdyż w naszym przekonaniu pewne błędy, wybory, które okazały się złe i są nie do naprawienia, muszą być ukarane (dla poprawy i przykładu); z kolei dla niektórych błędów, z których nie można się wycofać, nie ma miłosierdzia, nie może więc być ono nieskończone, bo staje się wtedy „tanią łaską” – piekło jest więc rękojmią boskiej sprawiedliwości. Kiedy więc mówimy „miłosierdzie jest zbyt łatwe!”, chcemy podkreślić nieuporządkowane uczucie, któremu brakuje siły i pewności, bo tym, co sobie cenimy, jest surowość Boga oparta na logice nagród i kar. Wielu z nas wychowało się na przekonaniu, błędnym teologicznie, ale katechizmowym, że „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. W takiego „Boga” łatwiej nam uwierzyć niż w miłosiernego Ojca Jezusa.

Tekst jest fragmentem książki o. Jacka Prusaka Sj "Zrozumieć siebie, odkryć Boga", wydanej przez Wydawnictwo WAM.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jacek Prusak SJ
  • Czy od religii można się uzależnić?
  • Czym różni się depresja od nocy duchowej?
  • Czy w naszym postępowaniu częściej kierujemy się sumieniem, czy raczej niezdrowym poczuciem winy?
  • Czy diabeł zsyła choroby?

Jacek Prusak, jezuita, psycholog i...

Skomentuj artykuł

Jacek Prusak SJ: Dlaczego gorszy nas i niepokoi miłosierdzie?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.