Dużo pytań, jeszcze więcej wątpliwości
Scena, którą dzisiaj widzimy w Ewangelii, jest jedną z tych, które niosą dla mnie znacznie więcej pytań niż gotowych, gładkich odpowiedzi. Stajemy razem z Piotrem, Jakubem i Janem na wysokiej górze. Widzimy Jezusa, którego postać nagle się zmienia: „(…) twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17,2). To jest moment, w którym rzeczywistość nieba na chwilę przebija się przez szarą codzienność. Ale zaraz potem pojawia się pytanie: po co to wszystko? Dlaczego to się właściwie wydarzyło? Co to miało wnieść w życie tych trzech konkretnych facetów, którzy za chwilę będą musieli z tej góry zejść prosto w mrok nadchodzącej męki Nauczyciela?
Kiedy szukamy wyjaśnień w tekstach liturgicznych, znajdujemy bardzo logiczne argumenty. Prefacja na dzisiejszą niedzielę mówi nam jasno: „On po zapowiedzeniu uczniom swojej śmierci na świętej górze odsłonił przed nimi blask swojego bóstwa i, wezwawszy na świadków Mojżesza i proroka Eliasza, upewnił nas, że przez cierpienie dojść możemy do chwały zmartwychwstania”. Z kolei prefacja na samo święto Przemienienia dodaje, że Jezus chciał w ten sposób umocnić serca uczniów, „aby nie ulegli zgorszeniu krzyża”. To brzmi bardzo sensownie, bardzo teologicznie. Jezus pokazuje im koniec historii, żeby nie spanikowali, gdy zobaczą Go umierającego na drzewie hańby. Ale bądźmy ze sobą przez chwilę zupełnie szczerzy, tak po ludzku: czy to faktycznie zadziałało? Czy ta argumentacja nas przekonuje, gdy patrzymy na to, co stało się później w Ogrodzie Oliwnym i na Kalwarii?
Przecież dwaj z trzech, którzy widzieli ten niesamowity blask, uciekli. Piotr, który na Górze Przemienienia chciał stawiać namioty, kilka godzin po Ostatniej Wieczerzy przysięgał, że nie zna tego Człowieka. Doświadczenie krzyża totalnie ich pokiereszowało. Nie wyglądali na ludzi „umocnionych”, którzy ze spokojem patrzą na cierpienie swojego Mistrza, bo przecież „widzieli chwałę”. Wyglądali na przerażonych, złamanych i kompletnie zagubionych. I to rodzi we mnie spory niepokój. Czy my naprawdę jesteśmy tacy pewni, że cierpienie i śmierć to droga do zbawienia? Czy nie jest tak, że łatwo nam się o tym mówi w ciepłym kościele, w wygodnej ławce, kiedy wszystko w naszym życiu jakoś się kręci? Wiara w sens cierpienia jest prosta, dopóki cierpienie jest teoretyczne. Kiedy jednak przychodzi realna choroba, kiedy musimy pożegnać kogoś najbliższego, kiedy śmierć zagląda nam w oczy, te piękne zdania z prefacji potrafią brzmieć jak pusty frazes. Często mamy w sobie wtedy więcej buntu niż tej „pewności”, o której słyszymy w liturgii.
Dzisiejsza liturgia słowa to dla mnie jeden wielki zestaw pytań, na które nie potrafię dać prostej odpowiedzi. I może to jest właśnie najcenniejsze. Zazwyczaj, kiedy przygotowuję się do kazania czy jakiegoś wystąpienia, staram się wypracować jakieś rozwiązania, jakieś odpowiedzi. Ale dzisiaj czuję, że lepiej jest nie szukać ich na siłę, lecz pozwolić na to, by w sercu wybrzmiały te pytania, które dotykają samej istoty naszej relacji z Bogiem. To są pytania o to, czy ja Mu w ogóle wierzę, czy tylko uznaję pewien system poglądów za słuszny.
W pierwszym czytaniu Bóg mówi do Abrahama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę” (Rdz 12,1). To jest wezwanie do totalnego ryzyka. Abraham ma zostawić wszystko, co zna, co daje mu poczucie bezpieczeństwa, co jest przewidywalne. Ma iść „do kraju, który ci ukażę” – czyli nawet nie wie, dokąd zmierza. Ma tylko obietnicę. Patrzę na tego człowieka i czuję ogromny podziw, ale jednocześnie wiem, że ja tak nie potrafię. Boję się puścić to, co jest dla mnie pewnikiem. Boję się zaryzykować swój komfort dla czegoś, czego nie znam i czego nie mogę zaplanować dokładnie w kalendarzu. Dlaczego we mnie nie ma takiego zaufania? Dlaczego wolę moją „ziemię” lęków i przyzwyczajeń niż Bożą obietnicę?
Z kolei w drugim czytaniu Paweł Apostoł pisze do Tymoteusza: „Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii mocą Bożą!” (2 Tm 1,8). I znowu włącza mi się tryb obronny. Po co się właściwie wysilać? Przecież widzimy, co się dzieje dookoła. Ludzie często wcale nie chcą słuchać o Bogu, o nawróceniu, o jakiejś moralności. Może więc lepiej dać sobie spokój z tym „wychodzeniem do świata”? Może lepiej po prostu zadbać o tych, którzy jeszcze zostali w Kościele, zamknąć się w bezpiecznej bańce i cieszyć się tym, co mamy, póki jeszcze mamy cokolwiek? Ta pokusa minimalizmu, takiego duchowego „jakoś to będzie”, jest bardzo silna. Ale Paweł przypomina, że „On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem (…)” (2 Tm 1,9). To powołanie do wzięcia udziału w trudach. Tylko czy ja naprawdę wierzę, że warto te trudy znosić?
Wszystkie te „rozkminy”, które we mnie pracują, sprowadzają się w gruncie rzeczy do jednego, fundamentalnego pytania: czy obietnica życia wiecznego to dla mnie tylko ładna bajka na pocieszenie, czy jednak biorę to na serio? Czy ja naprawdę wierzę w to, że to życie tutaj to tylko wstęp, a prawdziwa rzeczywistość jest tam, skąd dochodzi głos Ojca? Jezus na górze nie przemienia się przecież dla swojej własnej chwały. On to robi dla nas, żeby wskazać człowiekowi jego najgłębsze powołanie – powołanie do świętości, czyli do życia bez końca w Królestwie Boga. Pokazuje nam cel podróży, bo wie, że droga będzie potwornie trudna. Może właśnie dlatego uczniowie, mimo że widzieli Przemienienie, ulegli zgorszeniu krzyża? Może to nie jest dowód na to, że Tabor był niepotrzebny, ale na to, jak bardzo jesteśmy słabi? Bóg wie, że samo zobaczenie cudów nas nie zbawi. Potrzebujemy jeszcze usłyszeć ten głos z obłoku: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17,5). Słuchać Go to znaczy iść za Nim także wtedy, gdy schodzimy z góry w dolinę codzienności i wątpliwości. Słuchać Go to znaczy wierzyć Mu na słowo, gdy mówi: „Wstańcie, nie lękajcie się!” (Mt 17,7).
Zejście z góry musiało być dla uczniów bolesne. Znowu widzą Jezusa, który wygląda jak zwykły człowiek, który mówi o cierpieniu i którego za chwilę będą prowadzić na ukrzyżowanie. Ale ta chwila światła została w nich jako ziarno. Może właśnie to ziarno pozwoliło im potem, po zmartwychwstaniu, zrozumieć wszystko od nowa. My dzisiaj też stoimy w takim rozkroku między zachwytem nad Bożą obietnicą a lękiem przed życiem. I to jest OK. Wielki Post to nie czas na udawanie superbohaterów. To czas na bycie jak uczniowie, którzy upadli na twarz i bardzo się zlękli. Ale to jest też czas, w którym Jezus podchodzi, dotyka nas i mówi: „Wstań”.
Nie bójmy się więc pytań. Nie bójmy się tego, że nie rozumiemy cierpienia. Nie bójmy się przyznać, że Abraham jest dla nas postacią z innej planety, a wezwanie Pawła do wzięcia udziału w trudach budzi w nas opór. Ważne, żebyśmy z tymi pytaniami nie zostali sami, ale przynieśli je do Tego, który jaśnieje blaskiem. On przyjmie nas z naszymi wątpliwościami i naszą niepewnością, bo chce nas upewnić, że choć droga przez krzyż jest trudna i często nas przerasta, to na jej końcu jest to samo światło, które widzieli Piotr, Jakub i Jan.


Skomentuj artykuł