Czy Jezus się śmiał?

Czy Jezus się śmiał?
(fot. wewiorka_wagner/flickr.com/CC)

W wielu sytuacjach Ewangelie barwnie opisują uczucia Jezusa, zwłaszcza te nieprzyjemne. Wspominają o tym, że się gniewał, smucił, bał, cierpiał i męczył. Milczeniem okrywają jednak jego śmiech i radosne usposobienie. Czy ten brak świadczy o tym, że nasz Zbawiciel, będąc prawdziwym człowiekiem, nie śmiał się i zawsze zachowywał kamienną twarz? Wydaje się to mało prawdopodobne, zważywszy na fakt, że Jezus był do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu. A przecież śmiech zasadniczo jest rzeczą piękną i pożyteczną.

To rzeczywiście zastanawiające, dlaczego starożytni chrześcijanie nie byli zainteresowani śmiechem Jezusa. Być może to pozytywne uczucie było dla nich oczywistością, jak zresztą wiele innych ludzkich spraw, którym, ich zdaniem, nie warto było poświęcać uwagi i marnować cennego atramentu. Zresztą, chyba o wiele trudniej przyjąć Syna Bożego, który jest zmęczony i smutny, niż radosny i uśmiechnięty. Ale ewangeliści mogli również dojść do wniosku, że śmiech bardziej był jednak kojarzony w Piśmie z grzechem i głupotą ("Głupi przy śmiechu podnosi swój głos" Syr 21,20) i nie licował ze wzniosłym posłannictwem Zbawiciela. Jak by nie było, pozostajemy tutaj w sferze spekulacji.


Papież Franciszek mówi: Jestem grzesznikiem. To jest najtrafniejsza definicja. To zaskakujące słowa, bo - choć jesteśmy grzesznikami - mało kto z nas chce się do tego przyznać. Czy taka deklaracja Ojca Świętego nie działa deprymująco na nas, maluczkich? Co to znaczy - grzeszyć? Kto jest grzesznikiem? Czy można nie grzeszyć? A może grzech z definicji wpisany jest w naturę człowieka? W czasie adwentu zapraszamy do lektury naszego cyklu. Temat i problematykę grzechu na warsztat wzięli jezuici - Wacław Oszajca, Stanisław Biel, Dariusz Piórkowski, Wojciech Żmudziński, Wojciech Werhun, Marcin Baran, Jacek Siepsiak oraz Piotr Kropisz.


Faktem jest, że praktycznie od czasów antycznej Grecji aż po wiek dwudziesty w ogóle niewiele pisano na temat śmiechu. Jeśli już śmiech ściągał na siebie uwagę filozofów, to zazwyczaj ukazywany był w negatywnym świetle, łączony z kpiną, rozpasaniem i szyderstwem. Ponadto, spontaniczność śmiechu zakorzenionego w ciele wymykała się filozofom, przyzwyczajonym do porządku i przemożnych rządów rozumu. Nic dziwnego, że Platon w "Filebie" uznał śmiech i poczucie humoru za "specyficzny rodzaj zła i wadę". 

DEON.PL POLECA

Także w Biblii Bóg śmieje się i naigrawa z grzeszników. Prorok Eliasz wyśmiewa fałszywych proroków. Wielu Ojców Kościoła dość jednostronnie spoglądało na śmiech. Św. Jan Chryzostom pisał w jednym z kazań, że "śmiech rodzi głupie dysputy, a te z kolei prowadzą do jeszcze głupszego działania". Z tego powodu ojciec zachodniego monastycyzmu, Pachomiusz, zabronił w swej regule opowiadania żartów, a św. Benedykt zalecał umiarkowanie i unikanie słów, które mogłyby sprowokować śmiech.

W średniowieczu aż roiło się od rozmaitych dysput i sporów, w tym również na temat wartości lub szkodliwości śmiechu. Zazwyczaj jednak dyskutowali mnisi i teologowie, bo lud i tak miał swoje rozrywki i wielce się tymi kontrowersjami nie przejmował. Sztandarowy przykład skrajnej nieufności wobec śmiechu odnajdziemy w znakomitej powieści Umberto Eco "Imię róży".

Jorge de Burgos, mnich, który w klasztornej bibliotece przechowuje drugą księgę "Poetyki" Arystotelesa, chroni ją przed własnymi konfratrami do tego stopnia, że doprowadza do kilku morderstw. A wszystko dlatego, że grecki filozof zbyt wiele uwagi poświęcał w tym tekście śmiechowi, rzeczy zakazanej i nieprzyzwoitej pośród mnichów. W chwili, gdy Jorge zostaje zdemaskowany przez Williama z Baskerville, usprawiedliwia swoje niecne czyny w następujący sposób: "Śmiech to słabość, zepsucie, jałowość naszego ciała. Jest rozrywką dla wieśniaka, swawolą dla opilca, nawet Kościół w mądrości swojej wyznaczył momenty święta, karnawału, jarmarku, tę całodzienną polucję, która uwalnia od ciężaru humoru i pociąga ku innym pragnieniom i innym ambicjom... Lecz śmiech pozostaje rzeczą nikczemną, obroną dla prostaczków (…) Śmiech wyzwala chłopa od strachu przed diabłem, odrywa wieśniaka na jakiś czas od strachu. Lecz prawo narzuca się przez strach, którego prawdziwym imieniem jest trwoga przed Bogiem".

Jorge potępia śmiech w czambuł, ponieważ jego zdaniem, ta cielesna przypadłość niszczy porządek i wprowadza chaos. Śmiech jest przeciwieństwem lęku. Rozbraja i rozluźnia, powodując, że człowiek traci kontrolę nad własnym ciałem. Posępny benedyktyn nie dostrzega żadnych walorów śmiechu, odsyłając go do diabelskich czeluści. Na co odpala William: "Diabeł to zuchwałość ducha, to wiara bez uśmiechu, to prawda, której nigdy nie ogarnia zwątpienie"

Na szczęście nie wszyscy tak myśleli. Św. Tomasz z Akwinu, ten znakomity dominikanin, jak zawsze prezentuje zrównoważone i bliższe Ewangelii podejście, chociaż również żył w średniowieczu. W Sumie Teologicznej, w kwestii "O skromności w zewnętrznych ruchach ciała" pisze, że "należy uwalniać się od zmęczenia duszy drogą odpoczynku duchowego. Dlatego środkiem zaradczym jest chwilowe oderwanie się od wytężonej pracy umysłowej, a zażycie jakiejś przyjemności. A ponieważ powiedzenia i czynności, których celem nie jest nic innego poza przyjemnością duszy, zwą się żartami i zabawami, dlatego ich używanie w stosownym czasie jest rzeczą konieczną, by dać duchowi odpoczynek".

Św. Tomasz w zabawie nie widzi zdrożności, o ile nie przekracza ona pewnej dopuszczalnej granicy. Żarty to w jego opinii świetne przerywniki, chociażby w chwilach, gdy ludzie są znużeni lub znudzeni. Dlatego Doktor Anielski bardzo pochlebnie wypowiada się o aktorach (dzisiaj kabaretach), których zadaniem jest rozśmieszanie ludzi. Zastrzega jednak, by nie były to rozrywki ordynarne i obraźliwe. Zaleca, by nie dać się ponieść szaleństwu, głupkowatej wesołkowatości i nie traktować zabawy jako celu, lecz pomoc do dobrego życia. Trzeba też zważać na okoliczności i osoby, aby żartować i śmiać się w odpowiednim momencie.

Prawie 700 lat później Henri Bergson w swoim eseju "Śmiech" uważa tę czynność za gest niezwykle użyteczny. Jego zadaniem jest regulowanie "zaburzeń społecznych", przeciwdziałanie zesztywnieniu i automatyzacji w postawach oraz zabawa umysłowa w celu wytchnienia i odprężenia.

Powróćmy do Jezusa i posłużmy się pewną analogią. Nawet gdybyśmy się bardzo wysilili, nie znajdziemy w Piśmie świętym bezpośredniej wzmianki o Niepokalanym Poczęciu czy Wniebowzięciu Matki Bożej. A jednak wyznajemy te ważne prawdy wiary, opierając się na świadectwie Pisma św. i działaniu Ducha Świętego, który pozwala nam je wywieść dzięki myśleniu i wyciąganiu wniosków. Bowiem oba te dogmaty są konsekwencją boskiego macierzyństwa Maryi.

Nie znajdziemy w Ewangelii ani słowa o tym, że po Zmartwychwstaniu Jezus ukazał się swojej Matce jako pierwszej. Niemniej św. Ignacy Loyola każe w "Ćwiczeniach Duchowych" rozważać właśnie to spotkanie na samym początku tzw. Czwartego Tygodnia, ponieważ, jak pisze, "Pismo święte zakłada, że mamy rozum, jak jest napisane: "I wy jesteście bez rozumu?" (CD 299) Więc skoro ukazał się tylu osobom, to dlaczegóżby nie miał najpierw przyjść do Maryi, najbliższej Mu osoby i najbardziej Mu ufającej? Aż dziw, że Święta Inkwizycja nie przyczepiła się do tego "nieortodoksyjnego" rozważania.

O tym, że Jezus się śmiał i uśmiechał, możemy się przekonać pośrednio, właśnie dzięki rozumowi i codziennemu doświadczeniu. Weźmy dla przykładu słowa samego Jezusa, który ganiąc przekorę Jego słuchaczy, cytuje ich własne słowa: "Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije, a oni mówią: "Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników"

Najwidoczniej faryzeusze i inni "prawdziwi" wierzący w Boga konszachty Jezusa z celnikami i grzesznikami uważali za rozpustę, obżarstwo i opilstwo. A przecież nie chodziło tutaj tylko o jedzenie, lecz o wspólnotę stołu, bycie razem, dotrzymywanie sobie towarzystwa, przyjaźń, słowem ucztowanie, które przewyższa zwykłe jedzenie i picie.

Nie wyobrażam sobie, aby normalni ludzie siedząc przy stole podczas uczty, nie opowiadali sobie dowcipów i zabawnych opowieści. Nie wyobrażam sobie Jezusa, który siedzi tam z posępną miną i nie reaguje na żaden żart, za to z niezwykłą powagą wygłasza kolejne nauki. Prawdopodobnie dlatego również został nazwany "żarłokiem i pijakiem", bo, o zgrozo, śmiał się razem z grzesznikami. (I to ma być Mesjasz?)

A czy dzieci pobiegłyby do Jezusa, aby je błogosławił i przytulał, gdyby na Jego twarzy nie zauważyły uśmiechu? Czy śmiertelnie poważny Pan przyciągnąłby serce i ramiona dziecka?

Toteż podobnie jak rodzi się w nas dobry smutek, chociażby na skutek współczucia cierpiącej osobie i zły smutek, na przykład wtedy, gdy zazdrościmy, tak samo istnieje śmiech głupców, śmiech pysznych i zadowolonych z siebie (Jezusowe "Biada wam, którzy teraz się śmiejecie" Łk 6, 25), ale też śmiech człowieka radosnego, którego czerpie życie pełnymi garściami i ma w sercu pokój.  Jezus z pewnością należał do tej drugiej kategorii.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy Jezus się śmiał?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.