Czy przysięga małżeńska ma jeszcze dzisiaj sens?

Czy przysięga małżeńska ma jeszcze dzisiaj sens?
(fot. shutterstock.com)
7 lat temu
Magdalena i Wiesław Grabowscy / br

Kiedyś, kiedy mężczyzna i kobieta postanawiali, że chcą być razem, pobierali się. Dziś okazuje się, że mamy wiele innych opcji do wyboru. Mamy możliwość bycia razem bez zawierania oficjalnego małżeństwa... Jest tyle propozycji, które wydają się atrakcyjne, co więc wybrać?

Występują też inne formy związków. Zdarzają się związki weekendowe, kiedy ludzie mieszkają czy są ze sobą tylko podczas weekendu, natomiast w środku tygodnia prowadzą oddzielne życie. Rośnie popularność związków wirtualnych, internetowych... Są relacje, w których zaangażowanych jest więcej niż dwoje partnerów... A jeśli nawet myślimy o małżeństwie, to bardzo często wydaje się nam, że w zasadzie nie warto się spieszyć.

Powstaje więc forma tak zwanego wydłużonego narzeczeństwa. Jeszcze nie małżeństwo, już nie konkubinat, tylko takie bardzo długie narzeczeństwo, w czasie którego chcemy się sprawdzić...

Jest tyle propozycji, które wydają się atrakcyjne, co więc wybrać? Czy w małżeństwie jest coś takiego, co powoduje, że mimo wszystko to na nie warto się zdecydować i to nie odkładając tego na dalekie "kiedyś" czy "kiedyś może"? Nasza odpowiedź brzmi: TAK!

Zastanawiając się nad powyższym pytaniem, doszliśmy do wniosku, że małżeństwo jako jedyne zaspokaja kompleksowo pewne nasze ważne potrzeby.
Pierwszą potrzebą, którą zaspokaja małżeństwo, jest potrzeba intymnej bliskości i wspólnoty. Zasadniczo nie jesteśmy samotnikami, choć czasem lubimy pobyć w samotności.

Jednak na co dzień potrzebujemy mieć przy sobie ludzi, ale takich, którzy nie będą tylko naszymi kolegami, ale ludzi, z którymi będziemy mieć bliższą relację, ludzi, przed którymi będziemy mogli się otworzyć, ludzi, z którymi będziemy mogli podzielić się swoimi obawami i radościami.

Takich osób oczywiście nie może być wiele. Tylko z niektórymi będziemy mogli osiągnąć głęboki poziom intymnej relacji i emocjonalnej otwartości. Wydawać się może, że taką potrzebę bliskości jest w stanie zaspokoić nie tylko małżeństwo, więc to może być najsłabszy argument przemawiający na jego korzyść.

Jednak małżeństwo zaspokaja też kolejną potrzebę - potrzebę poczucia bezpieczeństwa. W oficjalnie zawartym małżeństwie moje życie staje się jej/jego życiem, moje dobro jej/jego dobrem. Ta świadomość znacznie ułatwia i wspomaga rozwijanie intymnej więzi opartej na szczerości. W jakimkolwiek związku nieformalnym nie możemy mieć poczucia bezpieczeństwa. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, kiedy się on zakończy. A może zakończyć się z dnia na dzień -i właściwie bez konsekwencji.

Tymczasem sam fakt zawarcia związku małżeńskiego w sposób oficjalny, publiczny, połączony z określonym ceremoniałem, zwiększa poczucie naszej pewności, że strona, która podejmuje się zobowiązania względem nas, wywiąże się z niego. To nie dotyczy tylko małżeństwa. Umowy dokonywane na piśmie liczą się znacznie bardziej niż zawierane ustnie.

Małżeństwo jest formą pewnej umowy - zawiera się ją formalnie, publicznie. Publicznie do tego stopnia, że zapraszamy na nasz ślub rodziców, krewnych, przyjaciół, a jeśli jesteśmy wierzący i zawieramy go w kościele, to zapraszamy na naszego świadka także Boga, przed którego obliczem stajemy. Swoje zobowiązanie wyrażamy uroczystym ślubowaniem. Znacznie trudniej jest więc potem odejść. A wcześniej jeszcze trzeba przejść niewygodną procedurę rozwodową. W jej trakcie lub jeszcze zanim do niej dojdzie jednak wiele związków jest ratowanych!

Oczywiście oficjalny ślub nie daje stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa, ale pewien jego poziom zapewnia. Kiedyś w audycji radiowej padło zdanie wypowiedziane przez jakiegoś mężczyznę, które mocno zapadło nam w pamięć: "Odszedłbym już nie raz, gdyby ta kobieta nie była moją żoną. Ale gdybym odszedł, nie dowiedziałbym się, czym jest miłość".

Małżeństwo zaspokaja również potrzebę poczucia tożsamości. Każdy z nas potrzebuje wiedzieć kim jest. Kim jestem? Kim jestem w społeczeństwie? Kim jestem dla drugiego człowieka? Kim jestem w rodzinie? To są fundamentalne dla nas pytania, na które szukamy odpowiedzi.

W życiu zawsze jesteśmy powiązani poprzez różne struktury, hierarchie społeczne oraz rodzinne i musimy wiedzieć, jak jesteśmy w nich umiejscowieni i jakie w związku z tym mamy należności, powinności i prawa wobec innych ludzi.

Kiedy łączymy się z drugą osobą też potrzebujemy wiedzieć, kim dla niej jesteśmy i kim jest każde z nas dla środowiska, w którym funkcjonujemy. Jak przedstawiamy Tę osobę? Kim ona jest? Możemy oczywiście powiedzieć: "To jest Wiesiek, to jest Magda". To oczywiście nic nie komunikuje środowisku. Albo nowocześniej: "To jest mój facet, to jest moja dziewczyna", "mój mężczyzna, moja kobieta", albo "to jest mój partner, moja partnerka", albo "jesteśmy razem". Tylko, że nadal nie rozwiązuje to problemu tożsamości.

Mieszkacie razem? Chodzicie ze sobą? Spotykacie się? Śpicie razem? Kim naprawdę dla siebie jesteście i w związku z tym, jak my, ludzie z Waszego otoczenia, mamy was traktować? Zawierając małżeństwo, przestajemy być tylko Magdą i Wieśkiem, ale zaczynamy być mężem i żoną. Otrzymujemy nową, określającą nas tożsamość, która bez wątpliwości ustawia nas w naszych strukturach rodzinnych i społecznych.

Po czwarte, małżeństwo zaspokaja potrzebę poczucia przynależności. W małżeństwie należymy do siebie nawzajem. Dla niektórych osób brzmi to jak ograniczenie wolności. Ale to jest niezwykłe, że z jednej strony pragniemy całkowitej wolności, a z drugiej strony mamy ochotę - czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy - żeby ktoś nam powiedział: "Ty jesteś mój, ty jesteś moja". Gdzieś w naszych sercach jest zapisane: "Chcę do kogoś należeć. I chcę mieć kogoś...". Zajrzyjcie do swoich serc.

Małżeństwo zaspokaja też potrzebę poczucia wartości. Gdy oficjalnie zawieramy małżeństwo, druga osoba komunikuje mi i całemu światu: "jesteś dla mnie tak bardzo ważny/a, że chcę Tobie oddać moje życie i chcę przyjąć Twoje, chcę wziąć za nie odpowiedzialność, chcę złączyć się z Tobą i nie wstydzę się tego. Jesteś dla mnie tak cenny/a, że niezależnie od tego, co w tym życiu się wydarzy, chcę iść przez to życie razem z Tobą.

Wybieram Ciebie spośród wszystkich ludzi na świecie. Masz dla mnie największą wartość. I ufam Tobie jak nikomu. Mówię to publicznie, wobec wszystkich najbliższych mi osób, mówię to oficjalnie, mówię to w obliczu Boga, składam swój podpis i ręczę swoim słowem". Uff! Usłyszeć coś takiego to niesamowita sprawa.

Kiedy spotykamy ludzi, którzy mówią, że wolą być ze sobą bez ceremoniałów, bez przysięgi, "bez papierów", to wtedy pytamy: nie masz zaufania do niej/niego czy do siebie? Jeśli do niego/niej, to po co tracisz przy niej/nim swój cenny czas? A jeśli do siebie - to dlaczego masz czelność zabierać jej/ jemu lata jej/jego życia? Niech poszuka kogoś godnego zaufania!

A może ona nie jest dla Ciebie wartościowa? Może on nie jest dla Ciebie kimś ważnym? Tylko idziecie "na przeczekanie", aż znajdzie się ktoś lepszy?

Jest jeszcze jedna potrzeba. Może najważniejsza - spajająca wszystkie wyżej wymienione w całość.To głęboka potrzeba naszego serca, by pozostawać w zgodzie z Bożym planem dla człowieka.

Braliśmy kiedyś udział w programie telewizyjnym, w którym ścierały się dwie opcje - przeciwników i zwolenników małżeństwa. (My byliśmy w tej drugiej oczywiście). W jury zasiadała para: dwoje młodych (ale nie za młodych) ludzi - oboje samodzielni, samorządni, samofinansujący, od lat w nieformalnym związku i pewni tego, że nie chcą nic zmieniać. Jednak zaproszeni do programu postanowili wysłuchać stanowiska obu stron. Wśród przeciwników małżeństwa zasiadali ludzie atrakcyjni, elokwentni, także znani z pierwszych stron gazet, a ich argumenty brzmiały niezwykle przekonująco.

Wśród zwolenników małżeństwa nie było gwiazd (poza jedną posadzoną tam wbrew jej woli, ale była już w kolejnym małżeństwie, więc została uznana za zwolennika), za to było trochę "zwykłych" małżeństw (w tym my), jakiś ksiądz, jakaś zakonnica, a nasze argumenty - no cóż, przypominały niektóre z tych, do których odnosiliśmy się wyżej i nie brzmiały medialnie. Mieliśmy dziwną świadomość przegranej w tej słownej batalii.

Gdy program zbliżał się do końca, juror miał w ramach podziękowania wręczyć swojej ukochanej kwiaty. Zrobił jednak coś, czego się nie spodziewaliśmy. Pochylił się i spytał: Czy zostaniesz moją żoną? A wtedy ona spojrzała na niego i zaczęła płakać. To był prawdziwy płacz, mający swoje źródło w głębi jej serca. I powiedziała tylko "tak".

Prowadzący nieco skonsternowany zakończył program, w studiu zapanowała dziwna cisza. A potem zaczęliśmy podchodzić do nich, gratulować, składać życzenia... A ona płakała i śmiała się przez łzy. Przeciwnicy małżeństwa zdawali się nie wiedzieć, co z tym fantem począć...

Osobiście jesteśmy przekonani, że małżeństwo dwojga osób, kobiety i mężczyzny, jest planem Boga dla człowieka. On wpisał ten plan, ten zamysł, jako potrzebę do naszych serc.

Wiecej w książce:

red. Zbigniew Kaliszuk

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy przysięga małżeńska ma jeszcze dzisiaj sens?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.