Rozwodnicy, osoby homoseksualne, politycy. To peryferie, na które Kościół musi wychodzić

Rozwodnicy, osoby homoseksualne, politycy. To peryferie, na które Kościół musi wychodzić
(fot. Caro Mendoza / cathopic.com)

Nikt nie chce pracować z osobami nieheteroseksualnymi. Przesa­dzam. Są tacy, którzy się starają, ale robią to pod ogromną presją swoich środowisk i przełożonych. Upolitycznienie tematu sprawia, że są pomiędzy młotem a kowadłem. Nie ufa się im z obu stron. To arcytrudne peryferie - pisze Jacek Siepsiak SJ.

Jezuici, gdy zastanawiają się, co robić, gdzie pracować lub ina­czej: gdzie ich posyła Pan, coraz częściej próbują odpowiedzieć sobie na pytanie o współczesne peryferie.

DEON.PL POLECA



Rzeczywiście czujemy się posłani tam, gdzie innych nie ma lub są, ale z mizernym re­zultatem. Chcemy pracować tam, gdzie inni nie chcą, bo jest to trudne, bo nie ma profitów, bo wymaga wypracowania nowych metod, bo trzeba zostawić „wygodne” i bezpieczne posady. Czę­sto praca na peryferiach oznacza narażanie się na niezrozumie­nie, na dochodzenia ze strony władz kościelnych, na sprzeciw przyzwyczajonych do tradycyjnych form, na oskarżenia o zajmowanie się tymi, którzy zazwyczaj są odrzucani czy wyklucza­ni właśnie na peryferie.

Nie twierdzę, że na peryferiach nikt inny nie pracuje. (Na przy­kład pomysł redukcji paragwajskich przejęliśmy od franciszka­nina). Ale często chcemy nadać tej pracy nowy impuls, poszukać skuteczniejszych rozwiązań. To wiąże się z jezuickim charyzma­tem bycia posyłanymi przez papieża tam, gdzie jest jakaś pilna potrzeba apostolska, którą ze swojej perspektywy widzi biskup Rzymu. Chodzi najczęściej o jakąś „dziurę”, która się wytworzy­ła na skutek takich czy innych niedostatków zwykłej kościelnej struktury. Jezuici powinni być taką grupą interwencyjną (te in­terwencje mogą trwać nawet przez wieki) lub mówiąc bardziej potocznie – „zapchajdziurami”. Stąd dbałość w naszym zakonie o dłuższą i bardziej wszechstronną formację, otwartą na spotkanie i pracę w nietypowych dla duszpasterstwa strefach.

Oczywiście nie zawsze miejsce, gdzie już prawie nikt nie pracu­je, traktujemy jako pole naszej pracy apostolskiej. Bo nieraz są to po prostu znikające pola. Tam już nie ma ludzi, którym można by pomóc. Ktoś się tych obszarów jeszcze kurczowo trzyma (z przy­zwyczajenia lub niezdolności do zmiany), ale praca tam już wła­ściwie nie ma sensu. I byłoby to tylko udawanie zaangażowania na peryferiach.

Peryferie nie muszą być małe. Charakteryzuje je to, że nie są w cen­trum. Z perspektywy Kościoła ateizm to ważne zagadnienie, ale niejako zewnętrzne. Pewnie dlatego Paweł VI powierzył jezuitom zajmowanie się ateizmem i dialogiem z ateistami.

Wyczulenie na peryferie

Praca na peryferiach to nie tylko owoc konkretnych poleceń, wy­syłania do konkretnych prac, lecz także pewien styl jezuickie­go życia. Każdy z nas w swojej pracy winien szukać peryferii. Po­winien być na nie wyczulony. Do wielu naszych zaangażowań, które wydają się w centrum, można podchodzić tak, by uwzględ­niały peryferie. Czas chyba na konkretne przykłady takiego my­ślenia, choćby tylko hipotetycznego, w naszych polskich realiach. Jednak zanim to zrobię, chciałbym przytoczyć pewną przypowiast­kę międzyzakonną.

Mianowicie na wspólną przechadzkę nad rzekę wybrał się fran­ciszkanin i jezuita. W pewnym momencie zauważyli, że środ­kiem rzeki płynie niemowlak w koszyku. Rzucili się na ratunek i wyłowili dziecko. Lecz za chwilę zauważyli innego niemowla­ka w podobnej sytuacji. Ponownie uratowali dziecko. Za chwilę sytuacja się powtórzyła, a nawet coraz więcej takich koszyków z maleństwami przepływało środkiem rzeki. Franciszkanin dziel­nie wbiegał do rzeki, by ratować dzieci. Natomiast jezuita udał się brzegiem w górę nurtu, by zobaczyć, skąd się biorą w rzece koszyki z dziećmi.

To też charakteryzuje naszą jezuicką strategię wobec wyzwań współczesnych peryferii. W pewnym sensie łatwiej reagować na konkretne niedostatki niż badać ich przyczyny. Oczywiście to może być wymówka dla „niebrudzenia sobie rąk” i siedzenia za biurkiem. Ale wydaje się, że jednak zbyt często ucieka się od so­lidnej refleksji nad przyczynami, a zatem i nad skutecznymi środ­kami zaradczymi. To jest mniej spektakularne.

"Łatwiej reagować na konkretne niedostatki niż badać ich przyczyny"

Wracając do przykładów. Proboszcz jezuita oczywiście musi się troszczyć o całą parafię. Jednak sam będąc w przeszłości probosz­czem dużej parafii, przypominam sobie, jak trzeba było tłumaczyć parafianom, czemu zajmujemy się nie tylko ubogimi i chorymi, ale również rozwiedzionymi oraz rzadko zaglądającymi do ko­ścioła. Byli tacy, którzy mieli o to pretensje, jakby nie zauważali, że od dawna mamy propozycje duszpasterskie dla centrum, a dla peryferii dopiero szukamy.

Jezuici „od zawsze” dają Ćwiczenia duchowe. XX wiek to ich renesans, to powrót do pierwotnej formy indywidualnego ich odprawiania. Łatwiej się je daje pobożnym ludziom. Ale św. Ignacy Loyola widział w nich sposób na formowanie elit, ludzi, którzy wpływają na społeczeństwo. Jezuici i w Polsce nie stronili od dawania Ćwiczeń politykom, choć często są oni bar­dzo negatywnie postrzegani. Łatwiej wylewać na nich „pomy­je” podczas kazań, zyskując poklask, niż poświęcić sporo cza­su na ciche towarzyszenie ich formacji duchowej, formacji do wolności od różnych politycznych uwarunkowań. To wymaga dużych kompetencji duszpasterskich, cierpliwości, sprawnego poruszania się w zagadnieniach etycznych, umiejętności dys­kutowania z ludźmi wezwanymi do budowania kompromisów politycznych, a jednocześnie dążenia do budowania prawa obo­wiązującego wszystkich. To praca z garstką ludzi, a jednak ma­jąca wpływ na wielu ludzi.

Nikt nie chce pracować z osobami nieheteroseksualnymi. Przesa­dzam. Są tacy, którzy się starają, ale robią to pod ogromną presją swoich środowisk i przełożonych. Upolitycznienie tematu sprawia, że są pomiędzy młotem a kowadłem. Nie ufa się im z obu stron. To arcytrudne peryferie.

Trochę łatwiej jest z żyjącymi w powtórnych związkach, zwłasz­cza po adhortacji Amoris laetitia. Jednak mimo rosnącej liczby potrzebujących takiego specjalistycznego duszpasterstwa, ciągle jest to praca na marginesie. Tak jest postrzegana.

Ekologia jest oczywiście modna. Pewnie mniej w sferze duszpa­sterskiej. Jednak jest trudna, bo wymaga zmieniania przyzwyczajeń konsumpcyjnych nie tylko w osobistym życiu, lecz także wspólno­towym. Zakonnicy ze swoim ślubem ubóstwa powinni być przy­kładem pewnej „ascezy ekologicznej”. Ten przykład różnie jednak wyglądał. I nie chodzi mi tylko o nadużycia. Bywało, że osobi­ste ubóstwo zakonników pozwalało na gromadzenie przez zakon ogromnych dóbr. Nie były dziedziczone ani trwonione. Z czasem takie nagromadzenie dóbr pozwalało na okazałe inwestycje, które kłuły w oczy postronnych. Dlatego dla nas, jezuitów, skromny styl życia (na poziomie przeciętnej rodziny z sąsiedztwa) jest kwestią nie tylko indywidualnej ascezy, ale też przedmiotem rozeznania i starania się całej wspólnoty danego domu zakonnego. Tak przy­najmniej powinno być. Także po to, by doświadczać, że ekologia to wspólna sprawa.

Zakonnicy ze swoim ślubem ubóstwa powinni być przy­kładem pewnej „ascezy ekologicznej”.

Można by powiedzieć, że w tej kwestii franciszkanie są lepsi od nas. To prawda. Zwłaszcza w Polsce. Nie znaczy to jednak, że powin­niśmy rezygnować z rozeznania i dostosowywania naszych prac, tak by była w nich obecna również troska o wspólny dom. To do­tyczy dawania Ćwiczeń duchowych, jak i utrzymywania kościoła parafialnego, twórczości w mediach czy naszej pracy naukowej.

Praca naukowa, jeśli ma być twórcza, powinna zapuszczać się w nowe obszary. Będzie to ekologia, ale i problemy migracji, uchodźców i inne zapalne tematy, które choć bardzo obecne w de­bacie politycznej i przez to „mielone” w mediach, znajdują mało miejsca na merytoryczną dyskusję oraz na próby zrozumienia ar­gumentów drugiej strony. Tak jest też z aborcją, in vitro, edukacją seksualną, LGBT. Praca naukowa na tych polach (a zwłaszcza publikacje) wiąże się z ryzykiem „podpadnięcia” i hejtu. Może prze­sadzam, ale w tej perspektywie tworzenie mediów, które starają się być „pośrodku”, paradoksalnie coraz bardziej przypomina pra­cę na peryferiach. Ten „środek” robi się coraz mniejszy (radyka­lizmy rosną) do tego stopnia, że staje się marginesem atmosfery medialnej. To wielkie wyzwanie: publikować, biorąc pod uwagę przekonania wielu stron i jednocześnie mieć „zasięg”.

Zajmowanie się ubogimi ma wspaniałą tradycję w Polsce. Kościół zawsze był od wspierania biednych. Z czasem wiele tych zadań przejęło państwo. Jest sporo instytucji wyspecjalizowanych w róż­nych formach pomocy. Powstają organizacje pozarządowe. W zasadzie nie są to żadne peryferie. A jednak, gdy zobaczymy, że nie chodzi tylko o danie zapomogi (o rzucenie groszem), a o bycie z…, o zaprzyjaźnienie się, sprawy się komplikują. By wyjść z biedy, potrzeba nie tylko pomocy materialnej, lecz także chęci, moty­wacji. Ktoś, kto czuje się odrzucony czy porzucony, bywa, że „nie ma po co” powracać do społeczeństwa. To może przemienić tylko bliskość, przyjaźń. Stąd potrzebne są wspólnoty, także wspólno­ty zakonne, w których można znaleźć taką atmosferę i otwartość na bliskie, przyjazne relacje z potrzebującymi. One oczywiście już istnieją. Ale widać, jakie to delikatne i wymagające peryferia. Bo co innego przyjaźnić się z bogatymi, by mieć wpływy i pieniądze na działalność charytatywną, a co innego „tracić” czas na życie z ubogimi, na dzielenie ich stylu życia. (Podobne wyzwania spo­tykamy, pracując z niepełnosprawnymi).

W tej perspektywie tworzenie mediów, które starają się być „pośrodku”, paradoksalnie coraz bardziej przypomina pra­cę na peryferiach.

Połączone z tym jest także włączanie biednych do naszych syste­mów edukacyjnych. I znowu nie chodzi tylko o zdobywanie dla nich stypendiów, ale o integrację i przyjaźń uczniów z różnych grup społecznych.

Magis nie z tego świata

Dałem tylko kilka przykładów, by pokazać, jak fascynujące może być szukanie „subiektywnych” peryferii. To element jezuickiej strategii: szukać magis, czyli takich zaangażowań, w których moż­na by „więcej”, więcej i lepiej niż dotychczas. Dla papieża Franciszka to oczywiste, bo jest jezuitą. Symptomatyczne staje się to, że swoje zagraniczne wizyty kieruje przede wszystkim na peryfe­rie tego świata. Wychował się, kontemplując Serce Jezusa i sło­wa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28) oraz „Przyjdą ze wscho­du i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi” (Łk 13,29–30).

Tekst pochodzi z najnowszego numeru "Życia Duchowego" (100/2019). Więcej znajdziesz tutaj.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Rozwodnicy, osoby homoseksualne, politycy. To peryferie, na które Kościół musi wychodzić
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.