Z ciemności da się wrócić. Ale to kosztuje wszystko
Moja historia zaczęła się niewinnie. W wieku nastu lat wiodło mi się dobrze. Dobrze się uczyłam, brałam udział w olimpiadach naukowych, miałam sprawny umysł i poczucie, że moje życie zmierza w dobrym kierunku. W domu nie było łatwo, byliśmy biedni, byłam dzieckiem z kluczem na szyi, ale moi rodzice dawali mi wszystko, co mogli. Wiedzieli, jak bardzo zależy mi na nauce. Usuwali z mojej drogi każdą przeszkodę. Miałam poczucie, że mam przed sobą przyszłość.
Ale jak każdy nastolatek, zaczęłam odczuwać ciekawość. Chciałam wiedzieć więcej. Chciałam zajrzeć za zasłonę rzeczywistości. Zaczęło się od horoskopów w kolorowych czasopismach. Czytałam je co tydzień. To była zabawa. Nic poważnego. Nic niebezpiecznego. Przynajmniej tak mi się wydawało. Z czasem przestało mi to wystarczać. W moje ręce trafiły karty tarota. Pamiętam tę fascynację. Symbole. Tajemnica. Obietnica wiedzy, której inni nie mieli. Do kart była dołączona instrukcja. Uczyłam się znaczeń, interpretacji, układów. Wchodziłam w to coraz głębiej. Nie zauważyłam momentu, w którym przestało to być niewinne.
Najpierw coś zmieniło się w środku. Pojawiło się poczucie pustki. Jakby coś oddzieliło mnie od świata. Potem zaczęłam się wycofywać. Przestałam ufać ludziom. Przestałam mówić o tym, co się ze mną dzieje. Miałam wrażenie, że jestem sama i że nikt nie może mi pomóc. Potem zaczął się rozpad. Przestałam sprzątać. Przestałam dbać o siebie. Przestałam normalnie funkcjonować. Pojawił się lęk. Wyszłam kiedyś do sklepu po chleb i nie byłam w stanie go kupić. Coś ścisnęło mnie za gardło. Nie mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć. Wróciłam do domu z pustymi rękami i poczuciem, że tracę kontrolę nad własnym umysłem.
To nie był jeden moment. To był proces. Cichy i bezlitosny. Warstwa po warstwie traciłam siebie. Pojawiły się zaburzenia, przymusy, chaos. Nie poznawałam siebie. Czułam, że coś mnie niszczy od środka. W końcu trafiłam do psychiatry, bo nie byłam już w stanie normalnie żyć. Szukałam pomocy gdziekolwiek. Chciałam tylko przestać się bać. Chciałam wrócić do życia.
Przełom przyszedł wtedy, gdy przeczytałam fragment Pisma Świętego mówiący o odrzuceniu wróżb i przepowiadania przyszłości. Zrozumiałam, że przekroczyłam granicę. Że weszłam w coś, czego nie rozumiałam. Że otworzyłam drzwi, których nie potrafiłam już zamknąć. Zaczęłam powoli wracać. To nie był cud w jednej chwili. To była długa droga. Lekarze. Terapia. Pomoc bliskich. Moja mama, mój mąż, mój syn, który kochał mnie nawet wtedy, gdy ja nie potrafiłam już kochać siebie. Był też jeden człowiek, który stanął w mojej obronie, gdy ja nie miałam już siły się bronić. I był Bóg. Zaczęłam czytać Pismo Święte. Powoli. Ze łzami. Pod tą chłodną analizą było morze bólu. Dziś już nie chcę płakać z bólu. Wiem, że przeżyłam coś, co mnie złamało, ale nie zniszczyło całkowicie.
Pan mnie nie zostawił
Mam na imię Kornelia. Doświadczyłam działania Boga żywego wtedy, gdy nie miałam już nadziei. Moje życie zaczęło się rozpadać na wszystkich poziomach. Choroby, załamanie nerwowe, rozpacz, poczucie całkowitej pustki. Przestałam widzieć sens czegokolwiek. Przestałam wierzyć, że można jeszcze wrócić do życia. Moja wiara zaczęła gasnąć. Świadomie odeszłam od Boga. Zerwałam relację, która kiedyś była dla mnie wszystkim. Zostałam sama ze swoim bólem, ze swoją rozpaczą, ze swoim upadkiem.
Mimo to On mnie nie zostawił. Nawet wtedy, gdy ja Go zostawiłam. Maryja, do której wciąż się zwracałam, zaczęła prowadzić mnie z powrotem. To był powolny proces. Spowiedź. Modlitwa. Próba odbudowania relacji, którą sama zniszczyłam. Nie było łatwo. Były chwile zwątpienia, chwile, kiedy chciałam się poddać. Ale coś mnie prowadziło dalej. Coś nie pozwoliło mi zniknąć. Dziś wiem, że nie da się bez konsekwencji odwrócić od Boga, ale wiem też, że zawsze można wrócić. Nawet z najgłębszego upadku. Nawet z miejsca, w którym człowiek nie widzi już żadnej nadziei.
Nie jest łatwo wyrwać się z rzeczy, którym kiedyś dało się przyzwolenie. To jest walka. Codzienna. Cicha. Niewidoczna dla innych. Ale warto ją podjąć. Bo po drugiej stronie jest życie. Prawdziwe życie. Dziś jestem na tej drodze. Wciąż uczę się ufać. Wciąż uczę się żyć. Ale wiem jedno. Nie jestem już sama.
***
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!
Skomentuj artykuł