Chantal Delsol: Cywilizacja chrześcijańska od dwóch stuleci walczy o to, aby nie umrzeć

Chantal Delsol: Cywilizacja chrześcijańska od dwóch stuleci walczy o to, aby nie umrzeć
Fot. Kristijan Arsov / unsplash.com
Logo źródła: WAM Chantal Delsol

"Cywilizacja chrześcijańska od dwóch stuleci walczy o to, aby nie umrzeć, i na tym polega ta poruszająca i heroiczna agonia. Ma na tyle starożytne korzenie, aby początkowo myśleć, że przysługuje jej rodzaj nieśmiertelności (…)? Później natomiast uważała się, jak niektórzy starcy, za zbyt starą, aby umrzeć. Dla katolików Kościół jest wieczny: zawsze będzie grupa wiernych, chociażby bardzo niewielka, która będzie tworzyła Kościół" – pisze francuska filozof Chantal Delsol w książce "Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era", której fragment publikujemy.

Nie zdaliśmy sobie jeszcze do  końca  sprawy z ogromnej przemiany, która dokonuje się w naszej epoce: oto następuje koniec cywilizacji liczącej szesnaście wieków. Po wielu wahaniach używam tu słowa mrożącego krew w żyłach: „agonia”. Bowiem śmierć epoki chrześcijańskiej nie jest z  pewnością śmiercią nagłą. Zresztą, z pewnymi wyjątkami, cywilizacje nie umierają nagle: zanikają stopniowo, w licznych konwulsjach.

DEON.PL POLECA




Cywilizacja chrześcijańska od dwóch stuleci walczy o to, aby nie umrzeć, i na tym polega ta poruszająca i heroiczna agonia. Ma na tyle starożytne korzenie, aby początkowo myśleć, że przysługuje jej rodzaj nieśmiertelności – czyż nie jest naznaczona pieczęcią transcendencji? Później natomiast uważała się, jak niektórzy starcy, za zbyt starą, aby umrzeć. Dla katolików Kościół jest wieczny: zawsze będzie grupa wiernych, chociażby bardzo niewielka, która będzie tworzyła Kościół.

Jednak cywilizacja chrześcijańska to zupełnie inna rzecz. Chodzi o cywilizację inspirowaną, porządkowaną i kierowaną przez Kościół. Biorąc pod uwagę ten aspekt, można powiedzieć, że  epoka chrześcijańska trwała szesnaście wieków, od bitwy nad rzeką Frigidus w 394 roku do drugiej połowy XX wieku, do sukcesu wyznawców przerywania ciąży. Tak zwane reformy społeczne są czymś istotnym dla zrozumienia początku i końca, bo chodzi tu o cywilizację, innymi słowy: o pewien sposób życia, o wizję granicy pomiędzy dobrem i złem.

Okładka książki Okładka książki "Koniec świata chrześcijańskiego" (Wyd. WAM)

Niesamowita energia, z jaką kultura chrześcijańska walczy o  przeżycie od  dwóch stuleci, wyraźnie ukazuje, w  jak wielkim stopniu ukształtowała świat, świat spójny we wszystkich aspektach życia – nazywany właśnie cywilizacją chrześcijańską. Nie zgadzam się z Emmanuelem Mounierem, gdy mówi on, że nie było nigdy chrześcijańskiej cywilizacji: „cywilizacja chrześcijańska to  iluzja […] chrześcijaństwo jest alternatywą w głębi ducha, a nie instytucją”. Mounier przedstawia tu swoje myślenie życzeniowe, a nie rzeczywistość. Chrześcijaństwo bowiem zbudowało cywilizację, która według swoich zasad i nauk, lepiej lub gorzej, przetrwała szesnaście wieków.

Epoka oświecenia, być może rozpoczęta już bardzo wcześnie (wraz z Montaigne’em, a może z Vico?), a która osiągnęła punkt kulminacyjny podczas wielkiej rewolucji, kwestionuje chrześcijaństwo, atakując właśnie cywilizację chrześcijańską, to znaczy jej sposób bycia, moralność, przekonania. Rewolucja francuska nie mogła dokonać się inaczej jak tylko w kontrze do cywilizacji chrześcijańskiej, która była od swojego początku aż do czasów obecnych, o czym zbyt często zapominamy, głównym wrogiem modernizmu. Historycy przekonująco wykazali, dlaczego rewolucja francuska z roku 1789, która jest czwartą tego rodzaju rewolucją na Zachodzie, była wydarzeniem szczególnym w porównaniu z poprzednimi rewolucjami. Rewolucje niderlandzka, angielska i amerykańska dla dokonania przewrotu starego porządku społecznego oparły się na fundamencie religijnym jak Archimedes na dźwigni

W tych trzech krajach panowała reformacja, która w niewielkim stopniu opierała się nowym ideom. Tymczasem rewolucja francuska oparła się na nicości, gdyż panująca religia katolicka odrzucała wszystkie jej zasady, począwszy od wolności i równości. W konsekwencji trzy pierwsze rewolucje nie popadły w mściwe i śmieszne utopie, stworzyły stabilne ustroje i społeczeństwa, gdzie polityka i religia mogą się wzajemnie wspierać. Tymczasem rewolucja francuska ugrzęzła w nieustannej walce pomiędzy państwem a Kościołem z wszystkimi tego konsekwencjami: polityka całkowicie pozbawiona wymiaru duchowego nieuchronnie popada w ponurą przemoc. Jeśli zaś chodzi o Kościół, to sprowadzony do roli wroga publicznego i w ciągłym buncie przeciwko prawu i obyczajom, powoli podupada.

Pierwsze nowożytne rewolucje ufundowane na pojęciu wolności były dziełem protestantów. Dlatego dzisiejsze demokracje anglosaskie nie odrzuciły odniesień do religii w samym sercu polityki: nie gardzi się własną kołyską. Tymczasem, jak pisał Pascal Ory: „Rewolucja francuska nie mogła, w przeciwieństwie do trzech innych, oprzeć się na religii, która w tym przypadku, była religią katolicką, apostolską i rzymską. Wartości, które propagowała rewolucja, sprzeciwiały się bezpośrednio rzymskiemu magisterium, sprawiając, że przez ponad sto lat Kościół katolicki był główną antyliberalną centralą świata zachodniego”.

Faktycznie, od początku XIX wieku Kościół katolicki staje się przedmurzem w walce przeciwko nowoczesności. Ponieważ współczesne pojęcie wolności idzie do przodu jak przeznaczenie i nie może się zatrzymać, ponieważ jej przeciwnicy sami się ośmieszają, Kościół w ciągu półtora wieku powoli traci swoją moc, swoją aurę i swój wpływ: „Stulecia nowoczesności są krucjatą przeciwko cywilizacji chrześcijańskiej”, mówił José Ortega y Gasset. To upadek chrześcijaństwa jako cywilizacji chrześcijańskiej. Chrześcijaństwo jako cywilizacja jest owocem katolicyzmu, religii holistycznej, broniącej społeczeństwa organicznego, odrzucające indywidualizm i indywidualną wolność.

Jej zderzenie z nowoczesnością było czymś naturalnym, a gdy nowoczesność osiągnęła punkt kulminacyjny, przeznaczeniem religii stało się zaniknięcie. Podczas II Soboru Watykańskiego, w latach sześćdziesiątych XX  wieku, Kościół w końcu uznał wolność religijną; „rewolucja kopernikańska” (J. Isensee), którą przygotowała encyklika Jana XXIII „Pacem in terris” z 1963 roku, dokonała się w burzliwych wewnętrznych dyskusjach. Nic dziwnego: chodziło przecież o ogłoszenie czegoś dokładnie przeciwnego do „Syllabusa” zadekretowanego wiek wcześniej przez Piusa IX… Co oznacza ten przewrót i jaki jest jego cel? Zrozumiałe, że Kościół w obliczu naporu nowoczesności nie chce pozostać oblężoną twierdzą. Niemniej jest on bardziej strażnikiem prawdy niż reputacji.

Trudno zrozumieć tę widoczną zmianę kursu, która potwierdza koniec katolickiego holizmu i nieśmiałe włączenie się w nowoczesne indywidualistyczne społeczeństwo – gdyż oznacza, że „człowiek musi być postrzegany nie jako «przedmiot» życia społecznego albo jako jeden z jego biernych elementów, ale jako «podmiot», jego fundament i jego cel”. Jednak jeśli nawet czyniąc to, Kościół chciał pojednać się z epoką, to było już za późno. Późna nowoczesność, która zaczyna się po II wojnie światowej, definitywnie uznaje Kościół za instytucję przestarzałą, gdyż opiera się on na prawdzie i korzysta z autorytetu dla swojego trwania. Podczas drugiej połowy XX wieku i na początku wieku XXI różnice się nagromadziły. Panujący liberalizm/libertarianizm reprezentuje dokładne przeciwieństwo myślenia eklezjalnego.

Dzisiaj zdecydowana większość duchownych i wiernych w Kościele jest przywiązana do współczesnych zasad wolności sumienia i religii – poza kilkoma nielicznymi grupami, które zresztą nie odważyłyby się otwarcie bronić tez „Syllabusa”. Co więcej: większość duchownych i wiernych Kościoła na wspomnienie radykalizmu „Syllabusa” odczuwa żal i wyrzuty sumienia. Od początku XIX wieku trwa chrześcijańska obrona.

Antoine Compagnon wykazał, jak podczas dwóch ostatnich stuleci doszło do nadzwyczajnej obfitości literatury antymodernistycznej. W centrum tej literatury, zwłaszcza po rewolucji, coraz precyzyjniej zarysowuje się obsesja końca cywilizacji chrześcijańskiej. Moim celem nie jest historia dochodzenia do świadomości tego faktu wraz z wszystkimi dramatycznymi konwulsjami. Chcę jedynie pokazać, krótko i tytułem wstępu, jak myślenie chrześcijańskie stopniowo rezygnowało z cywilizacji chrześcijańskiej.

Nie możemy nazwać tego zdradą, nawet jeśli chodzi o szereg ustępstw, z których każde, chcąc być ostatnim, zostawia już otwarte drzwi dla następnych. Zdrada zakłada bowiem alternatywę, ale w tym przypadku widzimy, że żaden inny wybór nie jest możliwy – skrajne rozwiązania mające ocalić chrześcijaństwo, które jako pokusy pojawiły się w XX wieku, okazały się jeszcze gorsze niż zwalczane zło. Nie można tego nazwać rezygnacją zakładającą obojętność czy zmęczenie – wystarczy spojrzeć na radykalną wojowniczość i żarliwą wiarę ożywiającą całe pokolenia pisarzy chrześcijańskich od Juana Donoso Cortésa do Williama Cavanaugha, przez Jacques’a Maritaina i wielu innych.

Tę historię dwóch stuleci naznacza raczej stopniowe przyzwyczajanie się do sytuacji uznawanej początkowo za niedopuszczalną, następowanie po  sobie coraz dalej idących kompromisów i w końcu osiągnięcie stanu, w którym nie pozostaje już nic. To historia klęski, w której wszystko było gwałtownie kontestowane, ale gdzie nic nie zostało ocalone, nawet rzeczy najistotniejsze. To historia agonii w konkrecie, albo, jak kto woli, walki na śmierć i życie, przegranej z góry.

 

Fragment pochodzi z książki Chantal Delsol "Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era"

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Chantal Delsol

Jak ułożyć sobie życie w świecie odwróconych wartości?

Dzisiejsi chrześcijanie są w sytuacji pogan z końca IV wieku. Coraz większy wpływ na duchowość Europejczyków mają religie azjatyckie, a stróżem moralności stało się państwo. Czy cywilizacja...

Skomentuj artykuł

Chantal Delsol: Cywilizacja chrześcijańska od dwóch stuleci walczy o to, aby nie umrzeć
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.