Droga krzyżowa dla dzieci, młodzieży i dorosłych

Droga krzyżowa dla dzieci, młodzieży i dorosłych
Droga krzyżowa dla dzieci, młodzieży i dorosłych "Homo Dei"
11 lat temu
red. Bogusław Augustowski CSsR / Wydawnictwo Homo Dei

21 serii rozważań Drogi krzyżowej na siedem piątków Wielkiego Postu osobno dla dzieci, młodzieży i dorosłych prezentuje siedmiu autorów. Tchną one oryginalnością i głębią egzystencjalnego doświadczenia. To sprawia, że medytując je, nie można pozostać obojętnym wobec swojej dotychczasowej drogi życia. Mogą być wykorzystane podczas nabożeństw Drogi krzyżowej odprawianych w kościołach parafialnych lun w modlitwie osobistej.

Stacja I

„Pamiętaj, człowiecze, żeś prochem jest i w proch się obrócisz" - memento moril

Wcale nie chcemy o tym pamiętać, choć już w dniu urodzin - tak pełnym radości i nadziei - sprawa jest jasna: jesteśmy pielgrzymami, których kres doczesnej wędrówki jest zamknięty w konkretnym (choć nieznanym nam) czasie.

Nie chcemy pamiętać o „wyroku śmierci", jaki nosimy w sobie. Zwłaszcza człowiek młody ponure memento mori zastąpić woli wołaniem: carpe diem i „kocham cię, życie!". A ponieważ „żyje się tylko raz", więc: „użyjmy dziś żywota" lub też: „używajmy świata, póki służą lata".

Ale choć na każdym kroku obdarzamy się życzeniami zdrowia (bo to przecież najważniejsze?!), z biegiem lat rozum każe nam zauważyć prawdę o ludzkim przemijaniu i śmierci.

• Oto umarł w kwiecie wieku ktoś z kręgu twoich bliskich, a mógł jeszcze żyć i tyle dobrego zdziałać!

• Oto wzrok twój napotkał białą laskę niewidomego, albo też ucho posłyszało stuk inwalidzkich kul młodej, pięknej dziewczyny.Pomyślałeś wtedy. „Boże, jak to dobrze, że to nie ja...". Ale juz serce napełniło się niepokojem, zaraziło niepewnością...

• Oto na gładkiej powierzchni młodego, pięknego ciała pojawił się - początkowo niewielki - guzek. Może zniknie sam? Potem lekarz, badanie, czekanie na odpowiedź z laboratorium histopatologicznego. .. I - wyrok. . ,

Jak się czują w takim momencie lekarze, którym przychodzi choremu czy jego rodzinie ogłosić wyrok skazujący? Jak się czujecie ze zwieszonymi bezradnie rękami, które przecież do końca chciałyby robie wszystko, co w ich mocy? A jak się czuje wobec niepomyślnych rokowań człowiek, dla którego oznaczać to będzie cierpienie, kalectwo, bolesne zabiegi, ograniczenia w niemal wszystkich dziedzinach życia, izolację, samotność, ból, czekanie na bliższy lub dalszy koniec?

Panie, stań przy wszystkich słuchających „wyroku". Niech me będą samotni jak Ty przed Piłatem. Niech czują Twoją bliskość w bliźnich. I zostaw im wszystkim prawdziwą, wielką nadzieję życia!

Stacja II

Wziąć krzyż. Co to znaczy dla chorego: pragnąć cierpienia? Wybrać sobie rodzaj choroby? Świadomie modlić się o męczarnie?

Tu na ziemi, nie znajdziemy rozwiązania tajemnicy cierpienia i krzyża Dlatego godne przyjęcie tej przerażającej i bolesnej rzeczywistości staje się ostatecznie wyznaniem wiary oraz zjednoczeniem z Jezusem, wyciągającym ręce do narzędzia naszego zbawienia, do krzyża

Oczywiście jest jasne, że gdy dosięga nas choroba czy kalectwo, mamy obowiązek szukać pomocy lekarzy, zmniejszać ból, ograniczać do minimum proces niszczenia organizmu przez chorobę, korzystać z aktualnych możliwości. Słuszne jest dążenie do zapewnienia choremu optymalnych warunków życia.

Gdy nam nie pomoże lekarz w przychodni rejonowej czy miejskim szpitalu - udajemy się do kliniki i profesorów, a nawet szukamy możliwości leczenia za granicą. Gotowi jesteśmy odwołać się do współczesnych „czarowników", bioenergoterapeutów, do medycyny ludowej...

Ale musi w końcu przyjść moment, w którym zaakceptuję swój stan, zgodzę się na siebie i swój los, przyjmę krzyż. Musi przyjść moment, w którym przestanę „wadzić się z Bogiem" czy też „uciekać w chorobę". Musi przyjść moment, w którym powiem wreszcie spokojnie: „Fiat -bądź wola Twoja - niech się stanie jak Ty chcesz, Boże nieustannie mnie przecież kochający!".

A wtedy choroba stanie się płaszczyzną, na której odczytam swoje nowe możliwości życia i działania - jak tylu innych! I jest możliwe, że wbrew ludzkim sposobom wartościowania cierpiący człowiek znajdzie szczęście i wtedy dopiero zacznie naprawdę rozwijać swoje możliwości, a nawet... zacznie pomagać innym!

Wewnętrzne dojrzewanie na drodze świadomie przyjętego krzyża może doprowadzić do tego, że chorzy ludzie uwielbiać będą Pana za dopuszczenie do owej niezgłębionej tajemnicy miłości.

Panie, daj wszystkim chorym taką wiarę, by ich krzyż stał się kluczem zbawienia - i to nie tylko dla nich samych.

 

Stacja III

Jezus leży pod krzyżem. To było do przewidzenia, że padnie: osłabiony, obciążony ciężarem ponad miarę, idący pod górę, potykający się o kamienie, popychany - musiał się przewrócić. To było zresztą wkomponowane w cały „scenariusz" śmierci krzyżowej.

Choroba zwykle „ścina" chorego - nieraz na długie lata. W wymiarze fizycznym odrywa człowieka od normalnych, codziennych zajęć, pozbawia sił, wywołuje ból, lęk, przykuwa do łóżka czy wózka inwalidzkiego, albo znacznie ogranicza jego samodzielność. W wymiarze duchowym nierzadko budzi przerażenie, poczucie izolacji, nieprzydatności, klęski, buntu, niechęci do wszystkiego i wszystkich, załamuje, odsuwa od Boga.

I oto leży człowiek. Leży człowiek powalony chorobą.

• „Szkoda go, taki młody, zdolny..."

• „Dobrze, że mnie to nie spotkało, bo chyba bym się powiesił".

• „Dobrze mu tak, pijakowi. Ma za swoje!"

• „Ma już 70 lat - wystarczy jej życia!"

• „Nic mnie to nie obchodzi. Od tego jest służba zdrowia".

Leży chory człowiek, przygnieciony krzyżem. Leży Jezus! Jest sam. A ty - zapomniałeś? Posłuchaj: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców... (Łk 10, 30-37). Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych... (Mt 25,40); Byłem chory, a odwiedziliście Mnie... (Mt 25, 36).

Stacja IV

Matka spotyka Syna skazańca. Co może czuć w takiej chwili, o czym może myśleć? Jak znieść tę przerażającą świadomość bezsilności wobec cierpienia kogoś tak bliskiego? Ewangeliści nie zdradzali nam szczegółów tego spotkania.

Arcybiskup wrocławski Henryk kardynał Gulbinowicz napisał w jednym ze swych listów wielkopostnych, że Maryja na drodze krzyżowej Jezusa cieszyła się, gdyż Jej Syn realizował w ten sposób Boży plan zbawienia ludzkości!

O, jakże nam daleko do tego, aby patrząc na czyjeś cierpienie -uwielbiać Boga! Na szczęście dla nas, wielu ludzi właśnie podczas choroby znajduje swoją drogę do Maryi - Uzdrowicielki chorych. Może jest to najpierw wołanie o cud zdrowia, o ulgę w cierpieniach; może pierwszy odruch po doświadczeniu bezsilności lekarzy wiedzie do cudownych miejsc, gdzie tylu na nowo odzyskało utracone siły. Ale Maryja może wtedy swym wstawiennictwem uczynić dla swych cierpiących dzieci coś znacznie ważniejszego: uprosić u Syna (jak śpiewamy w pieśni) cud przemiany serc! Może doprowadzić swą córkę czy syna do szczytu wewnętrznego rozwoju, przywracając im pełny, jasny wzrok wiary, który pozwoli odnaleźć najgłębszy wymiar krzyża... Czyż to nie jest znacznie ważniejsze niż zdrowie? Czy jesteśmy w stanie tak właśnie „przestroić" nasze myślenie?

Gdy składamy sobie życzenia, to może jednak przestańmy się upierać, że najważniejszym dobrem i szczęściem jest „stuletnie, czerstwe zdrówko"; wszak gołym okiem widać, że to nieprawda...

Maryjo, stań przy wszystkich chorych - jak Matka - i otwórz im oczy serca.

 

 

Stacja V

Szymon został zmuszony do udzielenia pomocy Panu Jezusowi. Buntował się - ale jak to dobrze, że w końcu pomógł! Widać, że się nadawał do roboty, którą mu zlecono.

My też znamy ten sposób - podrzucić naszych chorych fachowcom, którzy się na tym znają: sanitariuszom, kierowcom karetek pogotowia, lekarzom dyżurnym, salowym, laborantkom, pielęgniarkom, siostrom PCK, wyspecjalizowanym placówkom...

A polski Szymon w stroju służby zdrowia (nawet najbardziej twarzowym) nie jest tym naszym zaufaniem do jego fachowych umiejętności zachwycony. Głównie z powodu nadmiaru podopiecznych i mizernego wynagrodzenia; w dodatku gdy się będzie za bardzo starał, jak doktor Judym - albo go wyśmieją, albo zamęczą... Czynie powinno nas zastanawiać, że pod inną długością i szerokością geograficzną działalność Szymonów nie jest zajęciem pogardzanym, niedoinwestowanym i deficytowym? Tam wręcz opłaca się być Szymonem - pracownikiem opieki zdrowotnej.

Na drodze krzyżowej Szymon był i zawsze będzie potrzebny - nie tylko do pracy fizycznej i nie tylko na zasadzie dobrze płatnego etatu. Chyba każdy z nas był w takiej sytuacji, w której z trwogą i nadzieją szukał człowieka.

Jak to dobrze, Panie, że tak wielu ludzi obchodzi mój krzyż! Jak to dobrze, że są ludzie z wyobraźnią i sercem, gotowi zapomnieć o sobie. Jak to dobrze, że w miejsce wrażliwości na biedy innych nie dali sobie wszczepić kalkulatorka... Dzięki Ci, Panie, za tych wszystkich Szymonów, którym może nawet nikt nie dziękuje, o których się natychmiast zapomina, gdy tylko zrobią swoje. Ale też proszę Cię pokornie: niech i ja choć raz dziennie mam na imię Szymon.

Stacja VI

Co ta Weronika właściwie takiego wielkiego zrobiła? Nic. Przecież z pewnością twarz Jezusa już po chwili wyglądała tak samo jak przed jej gestem. Za to pewnie oberwała od żołnierzy, może ją wyśmiano?

O, jak to dobrze, że jej serce nie było zarażone wyrachowaniem i tym, co nazywamy znieczulicą. Jak to dobrze, że zrobiła to, co w danej chwili było możliwe i potrzebne.

Nawet kodeks drogowy przewiduje karę za minięcie człowieka, który na skutek wypadku potrzebuje pomocy. Może nie pomogę poszkodowanemu w konkretny sposób, ale przynajmniej stanę obok niego i dam mu odczuć swoją bliskość i życzliwość?

Kto choć kilka dni leżał w szpitalu, a nawet we własnym domu podczas choroby, ten wie, jak wielkie znaczenie mają drobiazgi: prawidłowo posłane i ustawione łóżko, możliwość kontaktu z bliskimi (odwiedziny, telefon), kwiaty, punktualność, cierpliwość w wysłuchiwaniu zwierzeń, delikatność gestów i słów.

Jak źle świadczy o nas fakt, że nasi niepełnosprawni nie są dostrzegani w życiu codziennym: za wąskie drzwi, by wózkiem przejechać; za wysokie progi, krawężniki, schody; nieodpowiednie meble, rozkłady jazdy zawieszone na wysokości oczu żyrafy...

Weroniko święta, wiesz? Nam też trzeba przetrzeć twarze i oczy -nam, niby zdrowym - ze ślepoty i egoizmu, abyśmy wreszcie zaczęli widzieć cierpiącego w ludziach Jezusa. I to nie tylko wtedy, gdy umiera, a karetka wiezie go na reanimację na przeraźliwym sygnale; może jeszcze bardziej wtedy, gdy siedzi samotny w oknie lub przewraca się z boku na bok w bezsenną noc.

Stacja VII

„Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować". Inni dodają jeszcze, że trzeba mieć i pieniądze, żeby chorować. A ja dochodzę do wniosku, że trzeba mieć człowieka, żeby „dobrze" chorować! Jeżeli bowiem tak panicznie boimy się owej „czarnej godziny" (nawet my, wierzący!), to właśnie dlatego, że podświadomie przeczuwamy ów dramat chorego leżącego nad sadzawką Siloe, który wyznał Panu Jezusowi: nie mam człowieka! (zob. J5, 1-9).

Przypatrzmy się sobie: jakie reakcje wyzwala w nas czyjeś cierpienie?

• Litość: „Jakiś ty nieszczęśliwy, jakiś ty biedny...".

• Współczucie - próba zrozumienia sytuacji chorego, współdozna wanie jego losu na płaszczyźnie duchowej.

• Świadczenie konkretnej pomocy, obejmującej fizyczne i duchowe potrzeby cierpiącego.

Nie wszyscy jednak dochodzimy do tego trzeciego etapu. Jest to zadanie trudne - dla wielu za trudne. Dlaczego?

My też pytamy o sens cierpienia, a dotykając tej tajemnicy, mamy pokusę uciekania od niej. Ta postawa ucieczki trwa nie od dzisiaj, choć dziś mamy szczególne „możliwości obrony": gdy już obwarowaliśmy prawem (?) i tzw. „wskazaniami lekarskimi" proceder zabijania nienarodzonych; gdy przeprowadzamy selekcję w probówkach w ramach inżynierii genetycznej; gdy znamy konkretne ceny na przeszczepienie organów; gdy potrafimy zrobić interes na ludzkich embrionach; gdy tu i tam uprawomocniliśmy humanistyczne oblicze (?) eutanazji i chcemy dać ludziom możliwość „śmierci na życzenie" w najnowocześniejszych warunkach; gdy naszym bliskim każemy umierać z dala od rodzinnych domów pod fachową opieką - któż może się dziwić, że chory wydany jest na pastwę strachu i najczarniejszych przypuszczeń?

Jezu, miej miłosierdzie dla nas i wszystkich osamotnionych na krzyżowej drodze cierpienia.

Stacja VIII

 

Czy to przypadek, że w służbie zdrowia zatrudniony jest tak niewielki procent mężczyzn? Czy to jedynie racje ekonomiczne sprawiają, że lekarzami, pielęgniarkami, salowymi, laborantkami, farmaceutkami są głównie kobiety? Na pewno nie.

W powołanie kobiety, w jej konstrukcję psychofizyczną wpisana jest od początku troska o przekazywanie życia i jego wszechstronną ochronę. Równouprawnienie i w tej dziedzinie nie zmienia faktu, że tak chciał Bóg; ta inność kobiety, jej geniusz, który wypowiada się w delikatności, wrażliwości, intuicji, opiekuńczości, zręczności, cierpliwości, dokładności, uczuciowości - jest potrzebny szczególnie tam, gdzie pojawia się choroba, cierpienie, kalectwo, samotność, bezradność, krzyż.

To prawda, że wam za to w Polsce nędznie płacą w naszych czasach. To prawda, że mordercze dyżury, braki kadrowe, brak prawdziwego uznania i zrozumienia, że mało kto powie dziękuję, a za to niemal każdy obywatel czuje się w prawie, by „wieszać psy" na całej służbie zdrowia. To prawda, że stawia się wam wymagania przeogromne - zwłaszcza ze trzeba je pogodzić z potrzebami własnej rodziny i osobistymi problemami. To prawda, że patrząc na to wszystko uczciwie, po ludzku, cały ten „interes z chorymi" się nie opłaca. Stolarze, hydraulicy czy informatycy mają przecież sto razy lepiej! Może w zetknięciu z tym naszym polskim wymiarem opieki nad chorym wyblakły twoje ideały pielęgniarki, lekarza, może masz już wszystkiego dość i chciałabyś jak najszybciej uciec spod tego czerwonego krzyża?

Masz prawo - jesteś wolnym człowiekiem. Ale przedtem pomyśl: jeśli się wyrzekniesz swego powołania, swych talentów i możliwości, jeśli uciekniesz spod tej VIII stacji drogi krzyżowej - twoje miejsce pozostanie puste! Będzie jeszcze gorzej, bo zabraknie twoich rąk, nóg, głowy, doświadczenia, serca. Kto za ciebie stanie przy potrzebującym pomocy Jezusie? Dla Niego właśnie, dla Jezusa, niech ci się nigdy nie przestanie „opłacać" ta służba.

Stacja IX

 

Najcięższe doświadczenie choroby czy kalectwa nie powinno stać się dla wierzącego człowieka przekleństwem. Ten jakby „ósmy sakrament" jest ludziom zadany nade wszystko jako czas niezwykłych rekolekcji. A skoro rekolekcje - to najważniejsze w nich staje się jednoczenie się z Bogiem, nasłuchiwanie Go.

Może dojdziemy wreszcie do wniosku, że w zasięgu wzroku leżącego musi być krzyż, obraz Maryi; może obok termometru i buteleczek z lekarstwami umieścimy różaniec, książeczkę do modlitwy, Pismo Święte; może nauczymy się tego szczególnego szacunku dla czasu pomiędzy godziną 9.00 a 10.00 w niedziele i święta, by umożliwić przeżywanie Mszy św. radiowej tym, którzy przyjść do świątyni nie mogą? Jeżeli tak się stanie, to usta cierpiących zamiast narzekań, złorzeczeń i przekleństw zaczną wypowiadać słowa żarliwej modlitwy - także za tych „zdrowych".

 

 

Stacja X

 

Żyjemy w dobie kultu ludzkiego ciała. To nie tylko konkursy piękności i kolorowe fotki panienek i panów na każdym kroku; to nie tylko rozbudzenie potrzeb seksualnych w podręcznikach, literaturze, filmach; to nie tylko mistrzostwa sportowe i olimpiady; to nie tylko próżność ubrana w modne szmatki. Zdrowe, silne, piękne, młode, sprawne ciało -to po prostu współczesny bożek numer 1.

Taki właśnie piękny, zgrabny, wysportowany, oznaczony kategorią „A" człowiek z przerażeniem dopuszcza do siebie myśl, że kiedyś może być w jego życiu inaczej i że ów bożek samoistnie (i wbrew jego woli) - umiera! Z przerażeniem patrzy w lustro była miss piękności, na próżno usiłując kosmetykami zatuszować coraz liczniejsze mankamenty urody. Z przerażeniem odwracamy głowę od niepełnosprawnych i chorych, bo... Wolimy nie znać drogi do szpitali i zakładów opieki nad chorymi, gdyż tam właśnie na zdrowych czyha spojrzenie na inny wymiar prawdy o życiu człowieka.

A jakże często lekarz każe nam doświadczyć tajemnicy X stacji drogi krzyżowej, gdy przychodzi nam wobec niego nie tylko zdjąć ubranie, ale gdy trzeba wyrazić zgodę na badanie wewnętrznych narządów przez promienie Roentgena, sondy, wzierniki, ultrasonografy, mammografy, tomografy i wiele innych technicznych urządzeń.

Oto człowiek!

Człowiek drżący z niepewności o wyniki medycznych analiz, niemal pozbawiony prawa do wszelkiej intymności i wstydu, w lichej piżamie ze stemplami szpitala; rozpisany na czynniki pierwsze laboratoryjnych badań, naniesionych na wykresy i historie choroby; wpięty w dokumentację, oznaczony numerem jednostki chorobowej.

Oto człowiek!

Czy widzisz go jeszcze? Czy w takim momencie dostrzegasz jego godność i niezmierzoną wielkość? Czy w takich okolicznościach potrafisz go kochać? Czy i wtedy także „człowiek to brzmi dumnie"?

Oto wyprowadzam go do was - parafrazując słowa Piłata (zob. J19,4) - na tysiące łóżek, sal operacyjnych, wózków inwalidzkich, pracowni, aptek, do zakładów opieki i do domów, abyście się naprawdę przekonali: kim jest człowiek? Jezu, proszę Cię o wzrok wiary, bym to wszystko w całej prawdzie zobaczył.

 

Stacja XI

Twoja śmierć na krzyżu, Panie Jezu, była okropna. Możemy to sobie uświadomić, nie tylko patrząc na każdy krzyż, nie tylko czytając w Ewangeliach opisy Twojej męki, ale także wpatrując się w nieme świadectwo Całunu Turyńskiego czy oglądając Pasję Mela Gibsona. Straszna śmierć. Jak to dobrze dla nas, Jezu, że z wysokości krzyża, tego drzewa hańby i śmierci, modliłeś się o miłosierdzie dla tych, którzy nie wiedza, co czynią (zob. Łk 23, 34).

Jakże często i dziś człowiek umiera nie mniej strasznie, niż Ty, Panie:

• Tysiące dzieci każdego dnia umiera w kubłach na śmieci albo w nędzy i głodzie, bez dachu nad głową.

• Tysiące ludzi ginie w tragicznych katastrofach i wypadkach na lądzie, morzu i w powietrzu.

• Wielu powoli zabijają nieludzkie warunki pracy.

• Tysiące istnień ludzkich niszczą brutalnie wojna, terroryzm, przemoc, więzienia.

• Niemal wszystkich nas zabija pomału zatrute w imię rozwoju cywilizacji środowisko naturalne.

• Najczęściej jednak śmierć znajduje nas w szpitalach, gdzie zasłonięci parawanami, otumanieni lekami, przykuci do aparatów, męczeni do końca w imię sztuki lekarskiej lub pozostawieni własnemu losowi, gdy już nic zrobić się nie da - umieramy samotnie.

Czy jest możliwe, by dzień śmierci był najpiękniejszym dniem w życiu człowieka - dniem narodzin dla nieba? Czy zapomnieliśmy, że od nas zależy to, jak będziemy umierać? Czy tej sztuki nie warto się uczyć?

 

Stacja XII

„Wykonało się". Koniec. Ofiara krzyża spełniona. Jeszcze tylko ostateczne potwierdzenie zgonu (można do tego celu użyć włóczni). Tak, nie ma wątpliwości: Jezus umarł naprawdę. „Nareszcie będzie spokój" - myślą Jego przeciwnicy. Czekali na tę chwilę.

Ile razy widziałem ludzi czekających na czyjąś śmierć: bo już mieli dość kłopotów z obsługiwaniem starego czy schorowanego człowieka, bo już nie mogli na niego spokojnie patrzeć, bo czekali na jego majątek, bo był niewygodny ze swymi poglądami...

Ileż to razy w historii, i to wcale nie tej najbardziej zakurzonej, wydawano wyroki śmierci (od ręki albo w sparodiowanych procesach w „majestacie prawa"), aby usunąć przeciwników takiej czy innej władzy (po śmierci można im będzie ostatecznie postawić pomnik, przydzielić kawałek blachy zawieszonej na grobie, a miniony okres określić jako „czas błędów i wypaczeń"; a że przy okazji paru zginęło...).

Jakże często oczekuje się od lekarza, by zadawał śmierć ze względu na tysiące okoliczności! A ilu wśród nas zwolenników kary śmierci?

Pomyśl: największe osiągnięcia techniki, największe wysiłki myśli i największe nakłady finansowe idą na rzecz wojen, niszczenia ludzi, zadawania w nowoczesny sposób śmierci - i to na „przemysłową" skalę! „Martwi się pan profesor, nie śpi pan generał, żebym ja, prosty człowiek, nowocześnie umierał. Żeby we mnie nie łupnął jakiś pocisk nieświeży. .." - pisał współczesny poeta.

Wiem, że i ja umrę, choć nie znam dnia ani godziny tego faktu. Tym bardziej trzeba mi mądrze żyć i przygotować się odpowiednio do przyjęcia kresu mojej własnej, ziemskiej pielgrzymki.

Jezu, już dziś modlę się dla siebie o śmierć szczęśliwą - czyli taką, do której będę rzeczywiście przygotowany.

 

Stacja XIII

Zwykle jest tak, że choroba człowieka sprowadza na niego różne dodatkowe komplikacje fizyczne i duchowe. Chyba największym zagrożeniem dla każdego chorego jest egoizm i egocentryzm.

Różnie się przeżywa to zagrożenie:

• Ucieczka od rzeczywistości.

• Niechęć do współpracy z otoczeniem.

• Bierność wobec procesu leczenia.

• Agresywność.

• Poczucie krzywdy.

• Załamanie.

• Pogłębianie wad charakteru.

• Zamęczanie sobą.

• Próby samobójcze.

• Ucieczka w chorobę.

• Podejrzliwość.

• Narzekanie na swój los i przeklinanie go.

• Marnowanie posiadanych talentów.

• Modlitwa o szybką śmierć.

Powiedzmy sobie jasno: powalony cierpieniem człowiek sam sobie ze sobą nie poradzi - on po prostu nie jest w stanie „normalnie" myśleć! Aby z podniesionym czołem niósł swój krzyż, aby umierał bez buntu i zaciśniętych pięści - potrzebuje pomocy z zewnątrz. To straszne, jak wielu naszych braci i sióstr odchodzi z tego świata bez pojednania z Bogiem, Kościołem, najbliższymi, z sobą; jak wielu cierpi bez pomocy Jezusowej łaski. I to jest wina nas, zdrowych, patrzących na chorobę czy agonię bliźnich.

To ty masz się zatroszczyć o to, by kapłan dotarł do chorych i umierających przed pogotowiem; ty masz do spełnienia w takiej sytuacji misję nawracania, sprowadzenia Bożego pokoju w zgnębione serce chorego - najpierw swoją modlitwą, następnie delikatną, ale konkretną rozmową, a w końcu działaniem, które zaowocuje przyjęciem sakramentu chorych.

Przypomnij sobie: czy do wszystkich chorych z twojej rodziny i otoczenia przychodzi regularnie z okazji I piątku miesiąca kapłan z Panem Jezusem? Czy zdarzyło ci się rozmawiać z chorym na temat jego życia sakramentalnego? A może już masz na sumieniu kogoś, kto przez ciebie umarł bez zjednoczenia z Jezusem - niespokojny, nie załatwiwszy swych spraw, bo ty byłeś taki „delikatny" i tak szanowałeś „wolność wyznania i religii", że wolałeś dać spokój w imię tzw. dobrego wychowania - nawet za cenę ryzyka utraty życia wiecznego.

Jezu, Maryjo, Józefie święty - nie pozwólcie mi umrzeć bez posługi kapłana! Modlę się za wszystkich konających o Wiatyk.

Stacja XIV

Usługi pogrzebowe mamy rozpracowane jak należy. Ujęliśmy wszystko w paragrafy i zarządzenia zakładów pogrzebowych; mamy grafiki i regulaminy pracy cmentarzy i dokładny cennik usług dla zmarłych. Drogi jest nasz zmarły, oj, drogi! Jeżeli się przezornie nie ubezpieczył albo też nie uciułał na tę „czarną godzinę" - rodzinę zmarłego czeka marny los.

Wystarczy też pójść na wielki komunalny cmentarz, gdzie w tzw. domu przedpogrzebowym pracuje automatycznie podnoszony katafalk, a krzyż umieszcza się lub chowa wedle życzenia uczestników ceremonii; wystarczy zobaczyć koparki wygrzebujące jamy na groby i wózki elektryczne wiozące trumny do grobów; wystarczy zobaczyć znudzonych grabarzy nad grobem - by zwątpić w „majestat" śmierci... Jeszcze może na wsi jest nieco bardziej „po ludzku" na pogrzebie i na cmentarzu.

A po pogrzebie zbierze się rodzina, która po złożeniu kwiatów i wieńców oraz składce na pomniczek pokrzepi się gorącą kawą, może wódeczką na wielki frasunek. I co, to już twój koniec? „W mogile ciemnej śpij na wieki"?

Jeżeli naprawdę wierzysz, to wiara mówi ci wyraźnie: nie, to nie jest koniec! Bo ostatnim słowem będzie przecież Alleluja!

 

Spis treści

Słowo wstępne

Elżbieta Ratusznik

1. Jezu ukrzyżowany - bądź moim drogowskazem

Elżbieta Ratusznik

2. W drodze z Panem Jezusem na Kalwarię

Robert Klemens COr

3. Spotkania na krzyżowej drodze

Robert Klemens COr

4. Twarze w lustrach

Robert Klemens COr

5. Zapytaj Pana Jezusa

Robert Klemens COr

6. Panie Jezu, ja Ci pomogę

Robert Klemens COr

7. Droga za krzyżem z Matką Bożą

Ks. Aleksander Radecki . ^2

1. Panie, przymnóż mi wiary

Ks. Aleksander Radecki

2. „Panie, dobry jak chleb

Ks. Aleksander Radecki

3. „Poszedłbym za Tobą, Panie, ale..."

(Droga krzyżowa dla osób rozeznających swoje powołanie)

Ks. Aleksander Radecki

4. Na Drogę krzyżową z... przysłowiami

Ks. Aleksander Radecki

5. Droga krzyżowa pielgrzymów

Ks. Aleksander Radecki

6. Droga krzyżowa maturzystów

Piotr KoźlakCSsR

7. Sakrament pojednania na drodze życia chrześcijańskiego

(Droga krzyżowa na podstawie myśli św. Alfonsa Marii Liguoriego CSsR)

Elżbieta Ratusznik

1. Droga krzyżowa Jezusa źródłem zrozumienia mojego cierpienia

Janusz Serafin CSsR

2. Rozważanie Męki Pańskiej w czternastu stacjach

Piotr KoźlakCSsR

3. Podążać drogą świętości

(Droga krzyżowa na podstawie myśli św. Alfonsa Marii Liguoriego CSsR)

Wojciech Pawlicki CSsR

4. Umiłowanie Eucharystii

(Droga krzyżowa na podstawie myśli św. Alfonsa Marii Liguoriego CSsR)

Jacek Zdrzałek CSsR

5. Św. Alfons wzorem wiary, nadziei i miłości

Piotr KoźlakCSsR

6. Aby gorliwie przeżywać swe powołanie

(Droga krzyżowa na podstawie myśli św. Klemensa Hofbauera CSsR)

Ks. Aleksander Radecki

7. Wokół tajemnicy ludzkiego cierpienia

O autorach

red. Bogusław Augustowski CSsR

Wydawnictwo Homo Dei

Kraków 2010

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Droga krzyżowa dla dzieci, młodzieży i dorosłych
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.