Co czuje człowiek, gdy dowiaduje się, że umiera? Psycholog: początek bywa najstraszniejszy
Wiadomość o kończącym się życiu potrafi nagle odciąć człowieka od codzienności, planów i relacji, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się oczywiste. – Pamiętam pana, który przed śmiercią pragnął spotkać się ze swoim synem, któremu kiedyś wyrządził dużo krzywdy. Chciał usłyszeć słowa przebaczenia. Nigdy do tego jednak nie doszło. Syn nie chciał się z nim spotkać. Ojciec umierał w wielkim cierpieniu – wspomina na łamach Medonetu dr Aleksandra Tomaszek. Psycholog wyjaśnia, przez co przechodzi osoba, która słyszy, że zostało jej niewiele czasu i będzie musiała pożegnać dzieci, najbliższych oraz znany sobie świat.
O śmierci wie każdy, bo jest ona jedynym pewnym elementem ludzkiego losu, ale zazwyczaj myśl o niej zostaje odsunięta na odległą, nieokreśloną przyszłość. Zupełnie inaczej brzmi jednak informacja, że życie potrwa jeszcze pół roku, trzy miesiące albo miesiąc.
Wtedy pytanie nie dotyczy już abstrakcyjnego końca, lecz tego, co zaczyna się dziać w człowieku tu i teraz.
Elisabeth Kübler-Ross i umieranie
Proces przeżywania wiadomości o zbliżającej się śmierci został przed laty opisany przez Elisabeth Kübler-Ross, psychiatrę znaną z badań nad śmiercią, umieraniem oraz żałobą. Wskazała ona reakcje, które mogą występować u osoby mierzącej się z własnym końcem: zaprzeczanie, gniew, targowanie się z Bogiem lub losem, depresję oraz akceptację. – Nie jest to jednak droga jednakowa dla wszystkich. Te stany mogą się przeplatać, powracać i występować w różnym czasie. Nie każdy doświadcza ich wszystkich i nie każdy dochodzi do akceptacji – mówi Medonetowi psycholog dr Aleksandra Tomaszek. – Początek bywa najstraszniejszy – przyznaje.
Nierzadko pierwszy etap wygląda według podobnego schematu: lekarz zaczyna podejrzewać poważną chorobę, kieruje pacjenta na badania, na przykład biopsję, a po ich wykonaniu zaczyna się trudne oczekiwanie. Dla wielu chorych właśnie ten moment jest szczególnie bolesny, ponieważ tkwią w zawieszeniu. Istnieje podejrzenie ciężkiej choroby, na przykład rozsianego raka, ale ostatecznej pewności jeszcze nie ma. W głowie zostaje miejsce zarówno na nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, jak i na lęk, że sytuacja jest już przesądzona.
Jedna z pacjentek opisywała dr Tomaszek, jak reagowała po informacji, że najpewniej choruje na nowotwór. "Jechałam samochodem i jakby świat przestał istnieć. Patrzyłam na ludzi wokół, ale oni byli jak postaci bez twarzy. Słońce, drzewa, znajome przecież ulice – wszystko wydawało się obce, jakbym już do tego świata nie należała albo jakby oddzielała mnie od niego gruba szyba. To był czas kompletnego nieistnienia" – mówi dr Aleksandra Tomaszek.
Czekanie na wynik badań
Według psycholog w tym okresie u pacjentów często narasta sprzeciw. – Wszyscy wiedzą, że czas jest tutaj bezcenny, że to może być sprawa życia i śmierci, a tu na wyniki trzeba czekać miesiąc. Ci ludzie często mają poczucie, że te tygodnie czekania zabierają im możliwość walki o życie. – Lęk w połączeniu z tym zawieszeniem tworzy mieszankę trudną do zniesienia. Potem przychodzą wyniki i najgorsze przypuszczenia okazują się prawdziwe. W takiej chwili mogą pojawić się myśli: "To niemożliwe. To nie moje wyniki. Ten lekarz się pomylił. Nie zna się". – Może pojawić się szok, płacz, gniew na wszystkich, na wszystko, w tym na Boga i los, ale również na siebie – tłumaczy psycholog.
Część osób wraca wtedy do własnej przeszłości i dawnych zachowań, szukając w nich przyczyny choroby. – Wśród pacjentów, dla których jedyną szansą był przeszczep serca, zdarzały się osoby, które piły duże ilości alkoholu, nie dbały o siebie, były otyłe lub przyjmowały substancje psychoaktywne. "Gdybym tego nie robił, to może to by się nie stało" – wyrzucają sobie potem. Takie poczucie winy może być ogromnym ciężarem – przyznaje ekspertka.
Aleksandra Tomaszek o rozpaczy
Jak relacjonuje dr Tomaszek, wraz z chorobą u wielu pacjentów pogłębia się poczucie beznadziei. Niekiedy pojawiają się myśli o rezygnacji, a czasem także myśli samobójcze. – "Może lepiej by było, gdybym sam z tym skończył. Bo nie chcę cierpieć, nie chcę, żeby mnie bolało". Wielu pacjentów przeżywa ten dramat w samotności i nie chce się nim z nikim dzielić. Takich słów nie można jednak pozostawiać bez odpowiedzi – wymagają rozmowy i pilnego wsparcia zespołu leczącego.
Z obserwacji dr Tomaszek wynika, że bliscy zwykle widzą pogarszający się stan emocjonalny chorego, ale często są bezradni wobec pytania, jak z nim rozmawiać i w jaki sposób realnie pomóc.
– Najważniejsza wskazówka, jakiej mogę udzielić w takiej sytuacji, to: powiedzcie, że jesteście, ale dajcie choremu czas. Mogą pojawić się u niego trudne emocje: gniew, rozdrażnienie, czasem agresja. Potrzebuje przestrzeni, żeby zacząć układać w sobie to, co się wydarzyło. Bliscy również mogą potrzebować wsparcia w przechodzeniu przez ten czas.
Diagnoza, choć dramatyczna, może jednocześnie zakończyć okres niepewności i przynieść szczególny rodzaj ulgi. Człowiek wie już, na czym stoi, i może coś z tym zrobić: omówić możliwości leczenia i opieki, zdecydować, co zrobić z czasem, który mu pozostał. Odzyskuje jakąś sprawczość – a to może być źródłem naprawdę potężnej siły – podkreśla w rozmowie z Medonetem.
Samotne mamy przed śmiercią
Po pewnym czasie u chorego może pojawić się miejsce na pogodzenie z własnym położeniem i na spokój wewnętrzny. – Nie oznacza to jednak, że wcześniej trzeba przeżyć wszystkie fazy. Każdy człowiek przechodzi przez ten proces inaczej i we własnym tempie – zauważa specjalistka, podkreślając, że akceptacji może też towarzyszyć smutek, żal i lęk.
– Czasem przychodzi zgoda na to, że było życie przed chorobą, jest życie w chorobie, a część rzeczy już się nie wydarzy. Człowiek mierzy się z tym, że zostawia dzieci, męża, rodzinę, przyjaciół – zostawia cały swój świat i nie będzie miał wpływu na to, co z nimi będzie. Najtrudniejsze sytuacje, z którymi się zetknęłam, dotyczą umierających samotnych mam. "Kto się zajmie moim dzieckiem, kiedy mnie już nie będzie?" – wszystkie siły poświęcają na to, by znaleźć taką osobę – podkreśla Tomaszek. Do ogromnego wysiłku emocjonalnego dochodzi wtedy konieczność załatwienia najważniejszych spraw.
Psycholog pracowała kiedyś z młodą kobietą, nazwaną tutaj Alą, która była mamą 8-letniego chłopca. Ojciec dziecka płacił alimenty, jednak po śmierci kobiety nie chciał przyjąć syna pod swój dach. Opiekę miał przejąć ktoś z rodziny, dlatego Ala musiała dopilnować spraw o podstawowym znaczeniu: uregulować kwestie prawne tak, aby przyszły opiekun mógł decydować o leczeniu, szkole i innych sprawach chłopca. Niezbędne było także uporządkowanie spraw dotyczących władzy rodzicielskiej ojca. Dr Tomaszek towarzyszyła Ali w tym bardzo trudnym czasie, a przed śmiercią kobiety udało się zakończyć konieczne formalności.
Dom i szpital
Gdy pojawia się akceptacja, nadchodzi również moment podsumowań, rozmów i prób pojednania się z tym, czego wcześniej nie dało się przyjąć. – Wiele zależy również od osób, które są obok, od tego, czy człowiek umiera w domu, wśród bliskich, czy na szpitalnym łóżku, i jakiego wsparcia wtedy doświadcza – mówi psycholog.
W ocenie dr Tomaszek śmierć ma własną samotność, własny rytm i własny sposób przychodzenia. – Nawet gdy bliscy czuwają obok, ostatnia chwila czasem przychodzi właśnie wtedy, gdy na moment wychodzą. Jakby była zarezerwowana tylko dla odchodzącego człowieka i dla niej…
Rodziny wielu pacjentów opowiadały psycholog, że nie było ich przy ukochanej osobie dokładnie w chwili śmierci. "Wyszłam tylko na chwilę z pokoju. Kiedy wróciłam, już nie żył". "Wyszedłem tylko odebrać telefon, żeby nie przeszkadzać głośną rozmową. Kiedy wróciłem, już nie żyła". "To była tylko chwila. Tak chciałam przy niej być. Nie zdążyłam…". Takie zdania niosą wielki żal, a czasami również poczucie winy. Krótka nieobecność nie unieważnia jednak wcześniejszego bycia przy chorym, troski ani miłości. Nie znaczy także, że bliscy zawiedli.
Źródło: Medonet / red


Skomentuj artykuł