Czy Polsce zagraża wojna z Rosją? Krakowski ekonomista studzi emocje i wskazuje na puste kieszenie Putina
Strach ma wielkie oczy, a nadchodząca wojna z Rosją stała się w Polsce dyżurnym tematem debat publicznych i medialnych straszydeł. Tymczasem chłodna, polityczno-gospodarcza analiza faktów pokazuje, że pełnoskalowy konflikt zbrojny nam nie grozi. Klucz do spokoju leży w pustych kieszeniach Kremla i kalkulacjach rosyjskich elit, które w przeciwieństwie do zdesperowanego prezydenta nie chcą popełnić samobójstwa. Choć spokojnie nie będzie, to zamiast czołgów czekają nas raczej cyberataki i prowokacje na granicy.
Głos w dyskusji o rzekomym ataku Rosji na NATO zabrał niedawno Marcin Kędzierski – doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Kolegium Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie oraz współpracownik tamtejszego Centrum Polityk Publicznych. Postanowił rozłożyć rosyjskie strachy na czynniki pierwsze. Kędzierski opublikował na portalu X analizę, która obiegła sieć. Jej główny wniosek brzmi uspokajająco: pełnoskalowa wojna z Rosją nam nie grozi, choć na całkowity spokój też nie mamy co liczyć.
Co wywołało kolejną falę lęku? Dyskusje o ryzyku starcia z NATO rozgrzała niedawna wizyta szefa CIA w Moskwie oraz spekulacje dotyczące jej celu. Marcin Kędzierski przestrzega jednak przed prostymi analogiami historycznymi. Jak wyjaśnia krakowski ekonomista, aby zrozumieć obecną sytuację, musimy najpierw odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Putin w ogóle zaatakował Ukrainę w 2014 i 2022 roku. Według Kędzierskiego stały za tym dwa powody: realizacja doktryny imperialnej i rewizjonizmu wobec obszaru poradzieckiego oraz wewnątrzpolityczna potrzeba konsolidacji władzy. „Z perspektywy czasu można oczywiście argumentować, że atak był błędem, bo nie przyniósł spodziewanych rezultatów” – pisze na portalu X Marcin Kędzierski, dodając jednak, że ta ocena jest wtórna wobec samej decyzji o uderzeniu.
Rosja pod ścianą i puste baki Putina
Skoro Putin szukał łatwych łupów, dlaczego w 2022 roku nie zaatakował na przykład Łotwy? „Odpowiedzi są dwie: po pierwsze Ukraina była ważniejsza dla Rosji, a po drugie Ukraina nie była w NATO” – tłumaczy Marcin Kędzierski. Dziś jednak sytuacja uległa diametralnej zmianie, a szanse Kremla na wygranie wojny w Ukrainie po prostu się wyczerpują. Rosja znajduje się obecnie w katastrofalnej sytuacji gospodarczej, podczas gdy Zachód nie zamierza rezygnować ze wspierania Kijowa i regularnie wysyła tam nowoczesny sprzęt, jak choćby baterie Patriot na zimę. „Nie będzie załamania” – przewiduje krakowski naukowiec, wskazując, że ukraiński opór trzyma się mocno.
Brak spektakularnego sukcesu na froncie przy jednoczesnym ponoszeniu gigantycznych kosztów uderza bezpośrednio w pozycję rosyjskiego prezydenta. Jego wewnętrzna legitymizacja pęka, a to przecież utrzymanie władzy stanowiło kluczowy cel tej wojny. „Putin jest pod ścianą. Walczy o życie. Tylko to się już liczy” – komentuje Marcin Kędzierski, tłumacząc, że to właśnie z tej osobistej desperacji zrodził się pomysł powszechnej mobilizacji, której dyktator wcześniej tak bardzo się obawiał. Sytuację Kremla komplikuje jednak coś jeszcze – brak paliwa w kraju oraz drony spadające na Moskwę i Petersburg. Dla rosyjskich elit to absolutny przełom, zwłaszcza że widmo mobilizacji zaczyna zaglądać w oczy również ich własnemu środowisku.
Gra o przeżycie i bezużyteczne odstraszanie
W tej śmiertelnej grze zdesperowany Putin gorączkowo szuka ratunku. Wojenny konflikt z NATO może jawić się w jego głowie jako doskonałe, łatwe do sprzedania społeczeństwu uzasadnienie dla biedy i terroru. Im mocniej prezydent Rosji będzie przyciśnięty do muru, tym chętniej podejmie decyzję o ataku, co w jego specyficznej racjonalności ma głęboki sens. W tym miejscu Marcin Kędzierski stawia jednak odważną i zaskakującą tezę: polska strategia odstraszania militarnego nie ma w tym kontekście większego sensu. „Decyzja Putina zależeć będzie wyłącznie od jego oceny szans na utrzymanie władzy=przeżycie” – pisze krakowski ekonomista. To oznacza, że realna siła militarna zgromadzona po drugiej stronie granicy nie ma dla oszalałego z lęku dyktatora większego znaczenia.
Czy to oznacza, że rosyjskie wojska lada dzień przekroczą nasze granice? „Rosja zaatakuje NATO pełnoskalowo? Nie, bo Rosja to (już) nie słabnący Putin” – uspokaja Marcin Kędzierski. Choć dyktator marzy o uderzeniu, współczesna Rosja nie jest teatrem jednego aktora. Wąska elita władzy na Kremlu musi chłodno kalkulować dalszy rozwój wypadków. Choć rosyjscy dygnitarze nie mogą jeszcze otwarcie sprzeciwić się swojemu przywódcy, to za kulisami gorączkowo przygotowują scenariusze na przyszłość. Ich cele są jednak zupełnie inne niż cele walczącego o fizyczne przetrwanie prezydenta.
Chiński bat na moskiewskie elity
Kremlowskie elity mogą przymknąć oko na drobne, hybrydowe zaczepki wobec państw NATO, ponieważ z jednej strony nie chcą narazić się Putinowi, a z drugiej nie ryzykują tym ostatecznego zerwania mostów z Zachodem. Ta ostrożność ma bardzo konkretne, geopolityczne podłoże. Potencjalni następcy Putina doskonale rozumieją, że całkowite odcięcie od Europy i USA oznacza jedno: kompletną wasalizację Rosji wobec Pekinu. Sam Putin zresztą też to kiedyś rozumiał, kalkulując po aneksji Krymu w 2014 roku, że agresja na Ukrainę będzie dla Zachodu jeszcze do przełknięcia. Pełnoskalowa inwazja na państwo należące do Sojuszu Północnoatlantyckiego to jednak zupełnie inna kategoria – to absolutna czerwona linia.
Właśnie w ten sposób Marcin Kędzierski interpretuje niedawną, tajemniczą wizytę szefa CIA w Moskwie. Amerykanie mogli przekazać rosyjskim elitom jasny i czytelny komunikat: jeśli zgodzicie się na pełnoskalowy atak, wasza legitymacja na Zachodzie zostanie bezpowrotnie zniszczona. „W przeciwieństwie do Putina wąska elita władzy, z której będzie wywodzić się następca, musi to brać pod uwagę” – podkreśla ekonomista. W 2026 roku, gdy po czterech latach wycieńczającej wojny Rosja tonie w kryzysie, brakuje jej paliwa, a na jej metropolie spadają ukraińskie drony, kalkulacje polityczne na Kremlu są diametralnie inne niż w przededniu inwazji z 2022 roku. Samotny Putin nie wyśle armii na nową wojnę, bo taką decyzję musi zaakceptować wojsko i oligarchowie, którzy kalkulują o wiele trzeźwiej niż ich wódz.
„Sorry, taki mamy klimat”
Czy możemy zatem spać zupełnie spokojnie? Niestety nie. Choć pełnoskalowa wojna nam nie grozi, to musimy przygotować się na inne, niezwykle uciążliwe zagrożenia. „Moim zdaniem możemy być świadkami jakichś operacji hybrydowych wobec państw NATO na większą skalę niż dziś” – ostrzega Marcin Kędzierski, przypominając, że takie działania trwają przecież bez przerwy. Te ataki – od cybernetycznych po prowokacje graniczne – mogą być dla Polski niezwykle kosztowne i destabilizujące. Co gorsze, w tej hybrydowej rozgrywce jesteśmy skazani przede wszystkim na pomoc sojuszników, bo nasz własny głos w Moskwie ma znikomą wagę.
Kędzierski nie szczędzi tu gorzkich słów pod adresem polskiej klasy politycznej. Zdaniem ekonomisty Warszawa nie ma żadnego wpływu na legitymizację rosyjskich elit na Zachodzie, co brutalnie i symbolicznie pokazała niedawna historia z Rhine Group. Rosyjscy decydenci doskonale wiedzą, że dla Londynu, Paryża czy Berlina Polska wciąż nie jest traktowana jako pełnoprawny, decyzyjny Zachód. „Sorry boys, taki mamy klimat” – ironizuje autor analizy. Z tego powodu kluczowe znaczenie mają sygnały ostrzegawcze wysyłane do Moskwy przez Waszyngton, a podobne, twarde komunikaty powinny płynąć również z pozostałych zachodnioeuropejskich stolic.
Przemilczane miliardy i dronowy straszak
Krakowski ekonomista ma pełną świadomość, że jego tezy mogą wywołać oburzenie wśród zwolenników militarnego prężenia muskułów. Odpiera jednak te zarzuty z góry. „Ktoś może mi słusznie zarzucić, że nie jestem ekspertem od wojskowości. Moja odpowiedź jest prosta – ta analiza nie ma w ogóle wymiaru wojskowego. Jest czysto polityczna” – tłumaczy Marcin Kędzierski. Z tej perspektywy cała dominująca w naszych mediach narracja o „polskim odstraszaniu” jawi się jako zwykły polityczny spin, służący przede wszystkim do przepalania publicznych pieniędzy na zakupy zbrojeniowe, które przynajmniej częściowo są po prostu zbędne. Chociaż inwestycje w bezpieczeństwo mają swój sens, to robienie z nich panaceum na wszystko jest błędem.
W podobny sposób autor analizy patrzy na słynną rosyjską armię dronową oraz groźby nuklearne. Potencjalni następcy Putina będą traktować drony jako niezwykle cenny zasób i narzędzie politycznego nacisku. Jednak z dronami może być dokładnie tak samo, jak podczas zimnej wojny z bronią atomową. „Ma się ją po to, aby jej nie użyć” – zauważa Marcin Kędzierski, dla którego z tego właśnie powodu rosyjski atak nuklearny jest całkowicie nierealny. Decyzja o naciśnięciu atomowego guzika nie leży w rękach jednego szaleńca, a jego potencjalni następcy doskonale wiedzą, że taki krok natychmiast odciąłby ich zarówno od Zachodu, jak i od poparcia Pekinu. Cztery lata krwawej wojny zmieniły relacje władzy na Kremlu tak mocno, że proste i czarne scenariusze kreślone prostą kreską możemy włożyć między bajki. Choć zagrożenia są realne, panika jest naszym najgorszym doradcą.
X/Marcin Kędzierski/łs


Skomentuj artykuł