Niezwykłe świadectwo Louisa de Funèsa. Jak modlił się żandarm z Saint-Tropez?
Wszyscy znamy go jako energicznego, nieco porywczego żandarma z Saint-Tropez, który bawił do łez miliony widzów na całym świecie. Jednak za fasadą genialnego komika krył się człowiek niezwykle spokojny, który każdy dzień zaczynał od Mszy świętej i wielogodzinnej modlitwy w prywatnej kaplicy. W kolejną rocznicę jego śmierci odkrywamy na nowo Louisa de Funèsa – aktora, dla którego wiara była najważniejszym punktem odniesienia w pełnym sukcesów, ale i trudnych cieni życiu.
Louis de Funès, syn hiszpańskich migrantów, w życiu prywatnym był przeciwieństwem swoich ekranowych wcieleń. Choć przed kamerą brylował jako „zwierzę sceniczne”, chłonąc każdą chwilę na planie, po pracy najlepiej czuł się w zaciszu domowym, w otoczeniu rodziny. Ta potrzeba spokoju i duchowego zakorzenienia towarzyszyła mu od najmłodszych lat, gdy Jezus stał się dla niego – jak sam mawiał – „wpływowym towarzyszem dzieciństwa”.
Życie nie było dla niego komediową rolą
Droga życiowa aktora nie była jednak wolna od skomplikowanych zakrętów i bolesnych ran. Jego pierwsze małżeństwo z Germaine Louise Élodie Carroyer zakończyło się rozpadem, co położyło się cieniem na relacji z jego pierworodnym synem, Danielem. Daniel po latach wspominał, że z powodu ciągłej nieobecności ojca wynikającej z pracy, nie czuł z nim prawdziwej więzi i nie potrafił zwracać się do niego po imieniu. To poczucie winy i świadomość popełnionych błędów towarzyszyły de Funèsowi do końca, motywując go do nieustannego szukania Bożego wybaczenia.
Druga szansa na szczęście u boku ukochanej kobiety przyniosła mu dwóch synów, Patricka i Olivera, ale wiązała się też z ogromnym duchowym rozdarciem. Nie mógł przyjąć sakramentu małżeństwa, co dla tak głęboko wierzącego człowieka było źródłem autentycznego bólu serca. Mimo tej trudnej sytuacji, aktor nie odwrócił się od wspólnoty. Wręcz przeciwnie – mocno zaangażował się w życie swojej parafii, czytał Pismo Święte i utrzymywał bliską relację z miejscowym proboszczem, który był stałym gościem w jego domu.
Śmiech jest dla duszy tym, czym tlen dla płuc
Dla de Funèsa wiara nie była tylko zbiorem zasad, ale żywą relacją z Bogiem, którego widział w sposób niezwykle barwny i oryginalny. W jednym z wywiadów wyznał, że nie wierzy w wizerunek Jezusa jako postaci delikatnej i kruchej, którą mógłby unieść powiew wiatru. Widział w Nim silnego, postawnego „faceta”, który z energią wyrzucał kupców ze świątyni. „Przewodził ludziom i mnie również, widzę go śmiejącego się” – mówił z przekonaniem aktor, wierząc, że Bóg ma poczucie humoru i doceni jego własne „błazenady”.
To właśnie śmiech był dla niego misją, a nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy. De Funès mawiał, że „śmiech jest dla duszy tym samym, czym tlen dla płuc”. Do każdego widza podchodził z ogromnym szacunkiem, starając się w inteligentny sposób rozjaśnić czyjąś codzienność. Nawet w najmniejszej, drugoplanowej roli potrafił zawrzeć cząstkę swojego geniuszu, dodając scenariuszom niepowtarzalnego smaku poprzez swoją mimikę i gesty. Wszystko, co osiągnął, przypisywał Jezusowi, zachowując dystans do sławy i potrafiąc cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy.
Patrząc na życie Louisa de Funèsa, widzimy człowieka, który mimo błędów potrafił być bardzo szczęśliwy. Jego duchowość była prosta, a zarazem głęboka, oparta na nadziei, że śmierć nie jest końcem, lecz radosnym spotkaniem. Pytany o to, jak wyobraża sobie „drugą stronę”, odpowiedział z rozbrajającą ufnością: „Wszyscy, których znasz, są w salonie. Czekają na ciebie od dawna, od bardzo dawna”.
Stacja7/łs
Skomentuj artykuł