Narkotyki - co za problem?

Narkotyki - co za problem?
Czuję, jakby coś we mnie umarło, ale nie potrafię tego wytłumaczyć (fot. sxc.hu)
Logo źródła: Życie Duchowe Wojciech Żmudziński / slo

Odpowiedzi na to, co robi Błażej, należy szukać w powołaniu. Kilka lat temu wstąpił do Zakonu Ojców Bonifratrów, gdzie w modlitewnej ciszy zobaczył twarz Chrystusa, który jak zagubione, samotne dziecko czekał, aż ktoś wyjdzie Mu na spotkanie, przygarnie, nakarmi, poprowadzi za rękę. Po roku opuścił klasztorne mury i zamieszkał z wychodzącymi z narkomanii nastolatkami. To oni cieszą się najbardziej, gdy Błażej powraca ze swoich spotkań z nauczycielami i opowiada im o belfrach z ludzką twarzą, pogubionych jak dzieci i zatroskanych o swoich wychowanków.

„Gdy rozmawiam z nauczycielem lub rodzicem nastolatka, zachęcam go, by wyszedł na spotkanie z samym sobą. Dopiero wtedy będzie mógł zobaczyć swoich uczniów i zatroszczyć się o nich, odnajdując przy tym radość i własne szczęście. To nie narkotyki są punktem centralnym spotkań, lecz ludzkie pragnienia, troski i problemy”.

Pomóż mi, bo sam nie dam rady...

Przed rokiem, podczas pierwszych spotkań z uczniami klas licealnych, Błażej prosił, aby każdy z nich napisał kilka słów o swoich marzeniach, problemach, o czymkolwiek. Kiedyś szesnastolatek zapytał, czy mógłby napisać o czymś, czego dotychczas nikomu nie powiedział. Od tej pory, na każdym spotkaniu, po godzinnej rozmowie z Błażejem, uczniowie piszą na kartkach kilka zdań o swoich największych problemach, z których do tej pory nikomu się nie zwierzyli. Mam przed sobą kilka tysięcy takich kartek. Trafiają do mnie, abym podczas Eucharystii modlił się o rozwiązanie wielkich problemów małych ludzi. Większość z nich to anonimowe wołanie o pomoc, ale są też kartki podpisane imieniem i numerem telefonu z dopiskiem: „Bardzo proszę mi pomóc, bardzo proszę, aby pan mnie nie zostawiał, bardzo proszę o ratunek, bo sam nie dam rady”.

„Moja mama zdradza mojego ojca od sześciu lat. Mam dwóch braci, jeden młodszy, który się niczego nie domyśla, i starszy, który próbuje ją nienawidzić i stara się jej to pokazać. Dużo razy płakałem z ojcem. Żalił mi się, co bardzo mnie zraniło”.
„Pokochałam chłopaka, który mnie wykorzystał, nauczył pić i oszukiwać rodziców. Mam przyjaciółkę, której wszystko mówię, ale nie jestem pewna, czy to mogę jej powiedzieć”.
„Mój ojciec od roku zdradza matkę. Rozwodzą się, nie wiem, co robić, zaczynają mówić, żebym wybrał, z kim chcę mieszkać. Jestem przerażony, nie wiem, co robić”.
„Jestem narkomanką, tak mi się przynajmniej wydaje. Biorę amfetaminę, extasy i palę skuna i haszysz. Jakiś rok temu zostałam zgwałcona. Moi rodzice są alkoholikami. Nie mam ochoty żyć, boję się, że już nic w moim życiu nie osiągnę”.
„Mój ojciec jest alkoholikiem, nigdy nie wybaczę mu, że zepsuł i zrujnował mi całe dzieciństwo. Mam starszych braci, którzy ćpają, piją i palą. Powoli zamieniam się w to, czym oni już są. Nie wiem, jak długo wytrzymam”.
„Gdy byłam mała, byłam molestowana seksualnie przez wujka. On się powiesił, a ja czuję się winna. Nie mogę o tym zapomnieć. Mam wszystko: superchłopaka, rodzinę, przyjaciół, ale jestem nieszczęśliwa. Czuję, jakby coś we mnie umarło, ale nie potrafię tego wytłumaczyć”.

To tylko kilka tekstów wybranych przypadkowo z tekturowego pudła. Czytając je, coraz bardziej przekonuję się, że narkotyki to nie problem. Nie z nimi więc należy walczyć. Wszelkie uzależnienia są jedynie wierzchołkiem góry lodowej tragedii przeżywanych przez młodzież. Z leczącymi się w dobrych ośrodkach narkomanami też nie rozmawia się tylko o narkotykach. Pomaga się im w leczeniu poranionej duszy. Nie lekarza tu trzeba i nie wystarczy tu psycholog. Młodym ludziom brakuje kogoś, kto mógłby ich wysłuchać, poświęcić im swój czas i pozostać na zawsze w ich sercu. Potrzebują kogoś, kto napełni radością ich spragnioną sensu życia duszę. Kogoś, kto pomoże im doświadczyć miłości, odnaleźć sens i piękno życia rozumianego w kategoriach codzienności. Dwudziestosześcioletnia Ola, którą się opiekowałem, gdy wychodziła z uzależnienia od heroiny, napisała w swoim wierszu: „przytul mnie Boże tak, jak kroplę tuli morze”. Pragnienie bycia kochanym jest u tych ludzi o wiele silniejsze niż chęć życia. Kartki, które pisze młodzież po niecałej godzinie spotkania z Błażejem, zastanawiają i przerażają. Dlaczego uczniowie nie otwierają się przed rodzicami i szkolnymi pedagogami? Michał, jeden z narkomanów, udzielił mi bardzo interesującej odpowiedzi: „Bo im wszystko w życiu wychodzi”.

Ojciec Michała zabrał go kiedyś na wycieczkę do Niemiec. Pojechali zakupionym niedawno bmw. Gdy w Berlinie policjant nie pozwolił im wjechać w jedną z uliczek centrum i gdy ojciec zawrócił, Michał odezwał się usatysfakcjonowany: „A jednak nie udało ci się”. Ojciec spojrzał rozdrażniony na syna i rzekł: „Mnie się zawsze wszystko udaje. Zaraz ci to udowodnię”. Wrócił do stojącego u wlotu uliczki policjanta i wsunął mu do ręki plik marek. Spojrzał zadowolony na syna i z piskiem opon pojechał dalej. Kilka lat później Michał trafił do jednego z ośrodków dla narkomanów i nadal walczy z uzależnieniem od heroiny.

Rodzice, którym się wszystko w życiu udaje, powinni najbardziej obawiać się o przyszłość swoich dzieci. Marek odpowiadając na pytanie: dlaczego zaczął brać, opowiedział mi o swoim ojcu i jego ciągłych sukcesach. Już w szkole podstawowej matka pokazywała mu szkolne świadectwa ojca, wyróżnienia, jakie zdobywał, i dawała wyraz swojemu niezadowoleniu, gdy Marek przynosił ze szkoły oceny dostateczne. - Jak będziesz pracował tak jak ja, to też do czegoś dojdziesz - mówił ojciec.

Lansowanie filozofii sukcesu pogłębia przepaść, jaka dzieli poszukującego nastolatka od wszechwiedzącego i bezbłędnego rodzica. Marek chciał sprostać oczekiwaniom swoich rodziców, ale to mu nie wychodziło. Wreszcie doszedł do wniosku, że jest nieudacznikiem i przestało mu na czymkolwiek zależeć. Ale nie do końca. Wciąż jakiś wewnętrzny głos powtarzał mu do znudzenia: musisz być najlepszy, musisz zwyciężyć, musisz otrzymać najlepszą ocenę, nie możesz popełnić błędu, musisz być jak ojciec. Niepokój dziecka, które próbuje za wszelką cenę odpowiedzieć na oczekiwania rodziców, doprowadza je do ucieczki w nerwicę, alkohol, narkotyki lub do szukania akceptacji w nieformalnych grupach. Tak wychowywane dziecko nie uczy się bezinteresownej miłości, ocenia innych na podstawie tego, co osiągnęli, a samo czuje się warte tyle, ile przypodoba się innym.

Idealny rodzic nie jest bezbłędny i bezgrzeszny

Niełatwo jest rodzicom zrozumieć, że być idealnym ojcem lub matką nie oznacza być bezbłędnym i bezgrzesznym. Czasem potrzeba wielu lat, a nawet doświadczenia porażki w życiu, aby rodzic stał się autentyczny i otwarcie rozmawiał z dzieckiem o trudnych, codziennych sprawach. Takim doświadczeniem porażki, które może stać się okazją do budowania rodzinnych więzi, jest narkomania syna lub córki. Nierzadko jednak jest już za późno i porażka zmienia się w tragedię.

Podczas spotkania, które razem z Błażejem prowadziłem dla radnych oraz dyrektorów szkół, jeden z uczestników wstał i powiedział: „Jestem radnym w gminie X, działam w wielu organizacjach, zostałem odznaczony takim a takim orderem, zasłużyłem się tym a tym, wychowałem dwie córki i nigdy nie powiedziałem im, że mam sobie cokolwiek do zarzucenia. Nawet jeśli popełniłem w życiu jakiś niewielki błąd, to dlaczego miałyby one o tym wiedzieć. Uważam się za człowieka sukcesu. Jedyny problem, jaki teraz mam, to fakt, że moja córka wplątała się w pewną kryminalną sprawę. Teraz, po tym spotkaniu wrócę do domu i powiem jej śmiało: nie zostawię cię samej, również ja popełniałem w życiu błędy i nie zawsze mi wszystko wychodziło”.

Radni i dyrektorzy szkół oczekiwali, że powiemy im, jak mają walczyć z narkomanią w szkołach. Wychodząc z sali, wiedzieli na pewno jedno, że muszą uporządkować swoje życie, że żadne metody nie poskutkują, dopóki oni sami nie staną się autorytetami dla młodzieży, autentycznymi i kochającymi wychowawcami. Jeśli nie zdobędą się na odważne gesty miłości, nie doświadczą nigdy duchowej satysfakcji z własnej pracy.

"Pewnego dnia przyszedł do naszego domu (hostelu dla narkomanów), w którym mieszkam z dzieciakami, chłopak z pobliskich slumsów - wspomina Błażej - Akurat byłem sam w domu. Zrobiłem mu coś do picia i nawet się nie zorientowałem, kiedy sięgnął po nóż. Owinął rączkę noża ręcznikiem i przystawił mi do gardła. Znałem go już wcześniej i wiedziałem, że znaczną część swojego młodego życia spędził w różnego rodzaju zakładach wychowawczych i poprawczakach. Wiedziałem też, że jego życie nie było usłane różami: rozbita rodzina, ciągłe pasmo niepowodzeń, nikt się nim nie interesował jako człowiekiem. Był w tym wszystkim przerażająco osamotniony. On mówi, że mi poderżnie gardło, a ja jemu, że uważam go za niesamowitego człowieka, któremu brakuje po prostu miłości - bo ten nóż przy moim gardle to nic innego, jak tylko rozpaczliwe wołanie o miłość. Tak bardzo czuł się nie kochany. Nie wiem, ile to wszystko trwało, ale chyba długo. W pewnym momencie odłożył nóż i wyszedł. Wrócił po kilku godzinach. Akurat modliłem się w naszej domowej kaplicy. Znalazł mnie tam i bez słowa wtulił się we mnie i zaczął płakać. Przeraża mnie to, że takich ludzi, którzy może w mniej rozpaczliwy sposób wołają o miłość, jest w dzisiejszym świecie tak bardzo dużo, a tak mało jest tych, którzy im na to wołanie odpowiadają”.

Praca z trudną młodzieżą nie przyniesie rezultatów, jeśli będziemy ograniczali nasze działania do kwestii prawnych. Nie pomożemy też narkomanom, jeśli nie uświadomimy sobie, że nie wystarczy odstawić narkotyki. Życie bez narkotyków może być jeszcze bardziej nieludzkie i okrutne. Jeśli uwolniony od zła człowiek nie nada sensu swojemu życiu, jeśli nie stanie się misjonarzem głoszącym miłość słowem i czynem, jeśli nie będzie niósł światu wartościowego przesłania, będzie egzystował od przyjemności do przyjemności, od zbrodni do zbrodni.

Wychodzący z ośrodka narkomani boją się świata, dyskryminujących struktur, ludzkiej znieczulicy i nieuczciwości. Po powrocie do własnej rodziny i do miejsc, w jakich się wychowali, nie potrafią kontynuować życia rozpoczętego w ośrodku. Czasem zarzucają wychowawcom, że nie przygotowali ich do cwaniactwa, i stwierdzają, że uczciwość nie popłaca. Jestem przekonany, że walka narkomana, która rozpoczyna się od pracy nad sobą, nie kończy się, gdy młody człowiek poradzi sobie z własnymi problemami. Każdy, kto doświadczył zwycięstwa nad własnymi słabościami, jest powołany do przemieniania struktur i towarzyszenia innym w wewnętrznej przemianie.

Kocham Cię, bandziorze!

Grzegorz spędził kilka lat w poprawczaku, a potem wylądował w więzieniu, w celi dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Nikt wtedy nie potrafiłby go sobie wyobrazić jako człowieka, który w przyszłości będzie napominał uczestniczących w niedzielnej Mszy św. katolików. To prawda, że jako gitowiec uczynił ludziom wiele zła. To prawda, że przez dwa lata ćpał. Jednak Bóg krzyknął mu któregoś dnia do ucha: „Kocham Cię, bandziorze! Potrzebuję Twego potatuowanego ciała, Twego prostego języka i chcę dziś wykorzystać Twoją umiejętność pociągania za sobą innych! Ja sam Cię nią obdarowałem”. Potem wycisnął z oczu Grzegorza łzy skruchy, a następnie włożył mu w usta swoje własne słowa. W niedzielne popołudnie 1990 roku Grzegorz stanął przed zgromadzonym w kościele tłumem i zaczął rozpinać guziki flanelowej koszuli. Wśród zgromadzonych ludzi powiało zgrozą, a matki nastolatek przygotowywały się nerwowo do zasłonięcia swoim dzieciom oczu. Ksiądz wyszedł z konfesjonału, przerywając spowiedź, a organista przerzucał w pośpiechu kartki śpiewnika, by znaleźć w nim coś, co odwróci uwagę wiernych od szykującego się zgorszenia.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Grzegorz obnażył swoje potatuowane ramiona oraz pocięty skalpelem tors i podszedł do mikrofonu. „To jest historia mojego krótkiego życia” - zaczął. Idący od konfesjonału ksiądz zatrzymał się. Organista otworzył oniemiałą buzię. Ludzie znieruchomieli. Grzegorz okrył ramiona zdjętą przed chwilą koszulą i kontynuował: „Widzieliście, jak wygląda moje ciało. Trzy lata temu tak samo wyglądała moja dusza. Była wulgarna, porysowana i poraniona. Ale Bóg mnie ukochał, przebaczył mi, uzdrowił i posłał do was, abym pokazał wam, jak wyglądacie w środku. Nie wystarczy wyprasowana koszula i czysty kołnierzyk, aby upiększyć duszę”.

Narkomani, przestępcy, prostytutki wchodzą przed nami do królestwa Bożego. Niektórzy z nich stają się wychowawcami, zakładają świetlice środowiskowe, wstępują do zakonów. Ich wołanie, choć rzadko nagłaśniane przez media, przypomina nauczycielom, politykom, dyrektorom szkół i rodzicom, że od wartości ich życia zależy szczęście przyszłego pokolenia.

Narkotyki to nie problem, to tylko konsekwencja choroby rodziny, grzesznych struktur społecznych i ludzkiego życia bez sensu, bez Boga, bez miłości.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Narkotyki - co za problem?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.