Dlaczego nie jestem zwolenniczką rekolekcji szkolnych?
Wielki Post to czas, w którym - od kiedy sięgam pamięcią - odbywały się rekolekcje wielkopostne. Ich częścią są również spotkania dla dzieci i młodzieży, które wielu nazywa rekolekcjami szkolnymi, choć przyznajmy… Ze szkołą mają mało wspólnego. No, może poza tym, że paraliżują jej pracę.
Wiem, że wśród katolików moja opinia może być przyjęta ze średnim entuzjazmem… Uważam jednak, że rekolekcje wielkopostne nie powinny odbywać się w trakcie lekcji. Nie powinny tym samym zaburzać codziennej pracy szkoły. Dlaczego?
Wyobraź sobie taką sytuację. Pracujesz w firmie, która zajmuje się opieką nad dziećmi. Każą ci z nimi wyjść i wspólnie pójść na zajęcia uczące medytacji wschodu, która nie jest zgodna z twoim światopoglądem. Jak się z tym czujesz? Może tak jak niewierzący nauczyciel, który zmuszany jest do zaprowadzania do kościoła swoich uczniów i przebywania tam z nimi przez cały czas trwania nauki rekolekcyjnej?
Inna sytuacja, sami uczniowie. Na co dzień nie chodzą do kościoła, w ogóle wiara jest dla nich bardziej powodem do drwin, niż do osobistej troski i przeżywania. Chodzą na rekolekcje, bo wiedzą, że w ten sposób unikną siedzenia na matematyce, fizyce czy znienawidzonych zajęciach z polskiego. Idą więc do kościoła, śmiejąc się po drodze z tego, co proponuje im parafia. Na miejscu zachować nie bardzo się potrafią, ale też dopóki nauczyciel nie stanie im nad głową, nie bardzo im na tym zależy. Przeszkadzają więc tym, którzy pragną posłuchać, przeżyć, nawiązać na nowo relację z Bogiem.
Praca szkoły jest zaburzona. O określonej godzinie dana grupa musi wyjść z zajęć i pójść do parafialnego kościoła, później na przerwane zajęcia wrócić. Tak od lat odbywało się to w szkole, do której uczęszczają moi synowie. Kompletnie sparaliżowane trzy dni nauki. Niewiele? Można się przemęczyć? Może i tak. Pytanie czy obowiązkiem dyrektorów i nauczycieli jest dostosowywanie pracy całej szkoły do grona wierzących uczniów, których – z roku na rok – jest coraz mniej. Pytanie czy to „tylko”, czy „aż” trzy dni.
Jakie są plusy rekolekcji szkolnych? Szczerze mówiąc widzę tylko jeden. Dzieciaki mogą trafić na fajne treści, które ich jakoś zatrzymają, zainspirują i będą początkiem, mikro zalążkiem, dalszych poszukiwań. Są szansą dla zniechęconych, zagubionych, poszukujących, którzy na co dzień do kościoła sami z siebie nie zajrzą. Pytanie ile takich osób rzeczywiście jest i czy aby rekolekcje wielkopostne nie potrzebują gruntownej reformy.
Nie od dziś stoję twardo na stanowisku, że wychowanie religijne dziecka to obowiązek rodzica, nie szkoły. To my – rodzice i chrzestni – zobowiązaliśmy się podczas chrztu do katolickiego wychowania swoich latorośli. Nie szkoła, nie proboszcz, nie nauczyciel, ani katecheta. Rodzic. Dlatego nie mam ani grama żalu do mojego proboszcza, że w tym roku – pierwszy raz od bardzo wielu lat - rekolekcje dla dzieci zorganizowane są w weekend.
Jako mama chciałabym by moje dziecko mogło uczestniczyć w rekolekcjach z tymi, którzy trafiają na nie z pobudek religijnych, a nie tylko dlatego by mieć wolne od szkoły. To zdecydowanie podnosi skupienie. Buduje pewien rodzaj wspólnoty. Unaocznia z kim łączą nas wspólne wartości. Biorę na siebie obowiązek tego, by moje dziecko trafiło do kościoła na odpowiednią godzinę. Jeśli trzeba będzie, chętnie posiedzę na tych rekolekcjach razem z nim. Wszak to świetna okazja do późniejszej rozmowy o tym, co na nich usłyszymy, czy doświadczymy. Można się obrażać, że w szkołach jest coraz mniej „katolicko”. Można też po prostu przyjąć rzeczywistość taką jaka jest i starać się w niej wzrastać na miarę naszych możliwości. To jednak wymaga pewnej trudnej rzeczy. Wzięcia na siebie odpowiedzialności. Również za rekolekcje, ale skoro obiecywaliśmy na chrzcie dbałość o katolickie wychowanie, nie będzie to dla nas problemem, prawda?
Skomentuj artykuł