Kolęda, czyli jak to zrobić lepiej

Od strony wiernych obowiązki są trzy: być w przygotowanym domu w wyznaczonej odgórnie godzinie, być miłym i się uśmiechać, wręczyć kopertę. Od strony księży obowiązków jest więcej: poświęcić mieszkanie. Cichcem albo bez krycia się uzupełnić administracyjne rubryczki. Przepytać o stan religijności domowników, obejrzeć zeszyty szkolne. Wziąć kopertę.

Czyli de facto kolęda to jednocześnie obrzęd błogosławieństwa, administracja, pieniądze i kontrola praktyk religijnych. Na ogół nie ma czasu na rozmowy o wierze. Nie ma czasu na to, żeby spokojnie usiąść i porozmawiać przez dłuższą chwilę. Ksiądz jest w robocie, musi lecieć, inni czekają, każdy to niby rozumie. Ale ile w tym jest prawdziwego spotkania? I co można zrobić, żeby było go więcej?

DEON.PL POLECA

 

 

Po pierwsze: postawić na spotkanie, nie wizytację

To kwestia zaplanowania i wiem, że są w Polsce mniejsze (i większe też) parafie, w których kolędowy plan jest tak ułożony, żeby w każdym domu naprawdę mieć czas na rozmowę (jeśli domownicy w nią wejdą, ale nie odbiera im się tej możliwości napiętym grafikiem). Ale w wielu miejscach jest raczej wizytacja: termin z góry wyznaczony jak wizyta pana od prądu: ten i ten dzień, między tą a tą godziną, proszę przygotować biały obrus, świece, wodę święconą. A gdy ksiądz przyjdzie, całość na galowo i baczność, potem administracyjne pytanka jak w ankiecie GIS: a ile osób mieszka, a w jakim wieku dzieci, a gdzie państwo pracują – po których wizytowany parafianin czuje się jak numerek w statystyce, a nie jak człowiek we wspólnocie.

Mam wrażenie, że w zbyt wielu parafiach kolęda jest trudnym zimowym maratonem, zapychającym grafik do późnych godzin, wysysającym energię, którego końca czeka się z utęsknieniem. Opowieści o stu odwiedzonych w ciągu dnia mieszkaniach słyszę co jakiś czas od znajomych księży. To mniej więcej wydajność kontroli instalacji gazowej.

Ludziom brakuje relacji; mówią to psychologowie i papież też. Żyjemy w czasach, kiedy dziko potrzebne są autentyczne spotkania na żywo z drugim słuchającym nas i mówiącym o sobie człowiekiem. Kościół powinien być przykładem tego, jak się to robi. Na kolędzie też. Może potrzebne jest jakieś zróżnicowanie; może ministranci przy zbieraniu informacji, kto księdza zaprasza mogą też zaznaczać, czy chodzi o samo błogosławieństwo mieszkania, dla wielu osób ważne i wyczekiwane, czy o dłuższą rozmowę, a potem można uwzględniać to w grafiku? A może rozwiązaniem jest szybka kolęda ze zbieraniem zaproszeń do domów, do których później wróci się porozmawiać na spokojnie? Później – w kwietniu, maju, lipcu, wrześniu. By się poznawać, budować relację, a nie tylko ocenić stan stada (i duszpasterza).

Po drugie: nie w kwadrans, nie z przymusem, nie jak kontroler od gazu

Proboszcz ma odwiedzać rodziny, poznawać ich troski. To bardzo dobra idea. Tylko niech to się nie odbywa w kwadrans i z przymusem. Wiadomo, idealnie nigdy nie będzie; nie każdy z każdym musi się lubić, jak do rodziny przychodzi akurat ten wikary, z którym rodzina się średnio lubi, rozmowa raczej kleić się nie będzie, a kolęda zamknie się w kilku podstawowych czynnościach.

Ale naprawdę nie jest fajnie, gdy na kolędzie ksiądz zachowuje się jak oschły kontroler, przepytując o intensywność praktyk religijnych wszystkich członków rodziny, wprowadzając klimat niezręczności i zawstydzenia, uzupełniając tabelki w kartotece i wypełniając rolę urzędnika, a nie duszpasterza, który ma być relacyjny, choć trochę relacyjny. I niby nie, ale jednak czeka na tę kopertę, co podskórnie czuć.

Choć jeszcze gorsze jest wrażenie, że ten gość w sutannie został do wizyty zmuszony, nie lubi tego, wcale nie chce tu być i nie cieszy go spotkanie z parafianami, a całość jest przykrym obowiązkiem, na którego koniec ksiądz tylko czeka, podtrzymując się na duchu wizją wyjazdu w góry albo na narty w Alpach, żeby odreagować i odpocząć te wszystkie przykrości i niewygody związane z chodzeniem po domach.

Po trzecie: niby nieobowiązkowe spotkanie, ale odmowa przyniesie konsekwencje

Często podkreśla się z ambon, że wizyta duszpasterska jest dla chętnych, że ksiądz bez zaproszenia nie przyjdzie. A jednocześnie wierni dobrze wiedzą, jakie są konsekwencje tego, że się na przykład w tym roku na kolędę nie znalazło czasu albo że tak bardzo niefajny jest duszpasterz, że się naprawdę nie chce go zapraszać do domu.

Tylko, że jak się oceni konsekwencje, to wychodzi, że jednak lepiej wytrzymać, nawet jeśli z zaciśniętymi zębami. I ludzie przyjmują księdza z obowiązku albo z przezorności: brak kolędy jest odnotowany w aktach, po co robić sobie problemy ze ślubem, pogrzebem, bierzmowaniem czy byciem chrzestnym. Albo ze… strachu: że potem proboszcz wyczyta z ambony i ochrzani po nazwisku (serio wciąż bywają takie historie).

Po czwarte: poznawać się nawzajem, a nie tylko ksiądz ludzi

Tylko kilka razy podczas kolędy udało mi się naprawdę spotkać z drugim człowiekiem, który przyszedł w sutannie i podczas rozmowy powiedział coś o sobie coś bardziej osobistego niż „u-mnie-dużo-pracy-ale-wszystko-dobrze”. I trochę mi żal, że tak jest.

DEON.PL POLECA


Oczywiście, że jeśli nie znamy się lepiej, nie będziemy się sobie wzajemnie w kwadrans zwierzać z problemów, ale dość niezręczna jest sytuacja, gdy parafianie potrafią otwarcie powiedzieć o swoich troskach, a ksiądz pytania o swoje życie po prostu zbywa lub opowiada anegdotki z życia plebanii. To jasne, że nie każdemu i nie zawsze mam ochotę opowiadać swoje prywatne sprawy, ale każdy człowiek ma taką przestrzeń w sobie, którą bezpiecznie może podzielić się z obcym, uchylając trochę drzwi do swojego życia. Brakuje tego w kolędzie: tej relacyjności, prostej i zwykłej.

Po piąte: Zaufanie i dyskrecja jako katalizator szczerości

Fajnie by było, gdyby na kolędzie zastosować taką zasadę, jaka jest stosowana podczas kręgów Domowego Kościoła: możesz podzielić się wszystkim, ale to, co osobistego mówisz, nie wychodzi poza krąg, z takim wyjątkiem, że chcesz się jakimś wartościowym odkryciem podzielić z ludźmi spoza kręgu – ale wtedy dzielisz się tylko „zanonimizowaną” myślą, nie mówiąc, kto jest jej autorem.

Gdyby podobnie było na kolędzie, rozmawiałoby się ludziom – świeckim i duchownym – o wiele łatwiej. Wiem, że w samych księżach dużo jest obaw, że jak ksiądz o czymś w jednym domu na kolędzie powie (że jedzie z bratankami na narty na przykład, bo to lubi), to potem cała parafia będzie o tym wiedziała. Albo jak nagada na proboszcza, to zaraz ktoś uprzejmy o tym proboszcza powiadomi i będą kłopoty. Podobnie jest w drugą stronę: ile można powiedzieć, na ile się odsłonić, wyrazić swoje zdanie, czy w ogóle można być szczerym? Szczerość z księdzem na kolędzie może się bardzo nie opłacić, o czym niestety słyszę od ludzi co roku: gdy ktoś wikaremu powie szczerze, co myśli o nowej parafialnej inwestycji, a potem proboszcz nie wiedzieć czemu na niego krzywo patrzy.

Widzę w Polsce różne pomysły i rozwiązania. Dużo zależy od proboszczów i ich podejścia. Są miejsca, w których naprawdę relacje są na pierwszym miejscu, są takie, w których jest bardzo źle. Zmiany następują trochę miejscowo i eksperymentalnie. I jestem ciekawa, co zmieni się w najbliższych latach - i czy w ogóle cokolwiek.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Kolęda, czyli jak to zrobić lepiej
Komentarze (10)
IK
~Iwona K
27 stycznia 2026, 18:06
Chyba w jakimś innym świecie żyjemy. Mieszkałam w mieście mniejszym, średnim i teraz całkiem dużym, nigdy nie przypominam sobie żeby kolęda była czymś innym niż spotkaniem. Cóż takiego co roku jest do wypełniania w tabelkach- aż tyle się nie zmienia? Naprawdę nie kojarzę, żeby to był problem. Chyba najważniejsza jest otwartość wiernych - po co chcą żeby ksiądz przyszedł, o czym chcą z nim pogadać, ile czasu mu zająć.
ES
~Ewa Słota
25 stycznia 2026, 17:55
Gdzie Ksiądz Jakub K? Leczy siniaki po - Kolędzie??? Nie ma " pomysłu na Artykuł? Czy zachorował??? Pozdrawiam serdecznie Ks. Jakuba K. Bogu Chwała przez Jezusa i Maryję Wiem! Ksiądz pojechał z Misją na Grenlandię?!
M.
~Magdalena .
24 stycznia 2026, 20:00
Jest wyjście z tej sytuacji o której Pani pisze. Zaprosić ks w innym terminie, nie tylko w czasie którym przyjmujemy ks po kolędzie. Ja tak zrobiłam, ks miał czas na szczerą rozmowę.Innym razem miałam trudny problem do rozwiązania i potrzebowałam porady. Ks wysłuchał, doradził i podziękował za zaufanie. Mieszkam w bardzo dużej parafii i rozumiem że ks w tym konkretnym czasie nie ma czasu na dłuższą rozmowę. Pozdrawiam serdecznie Magdalena.
RK
~Radosław Kozłowski
24 stycznia 2026, 19:25
Brawa dla autorki za wyrażenie swoich przemyśleń, sam nie ująłbym tego wszystkiego lepiej. Kiedyś w mojej parafii "kolęda parafialna" skończyła się jeszcze w Iszej połowie stycznia, ale nie powinno tak to wyglądać byle szybciej, byle jak... Nie podoba mi się jak w mojej parafii ks proboszcz zaprasza obcych księży nie pracujących w parafii do zbierania pieniędzy na kolędzie, bo i takie rzeczy zdarzają się ...
RK
~Ryszard Kubiak
24 stycznia 2026, 19:06
Bez kolędy jest lepiej.
GO
~G Ość
24 stycznia 2026, 18:41
Poznawanie się nawzajem, taaak. U nas proboszcz wynajmuje księdza z zagranicy, żeby odrobił w parafii kolędę. Bo parafia ogromna, proboszcz chory, a jeden jedyny wikary chyba by w rok tego sam nie obleciał. Wiadomo, że nikt tu nikogo nie chce poznawać. Dla mnie w tej rzeczywistości ideałem by było, żeby ksiądz oświęcił budynek dokładnie z zewnątrz i podał konto bankowe, na które wpłacać. :P
TT
~Teribelka Teribelka
24 stycznia 2026, 16:36
Niestety, to zależy od księży, może być tak, że proboszcz będzie ok, to i parafian rozkręci, a jak będzie "skleryczały", zamknięty na świeckich, to najlepszy świecki nic nie poradzi, nawet Pan Bóg się nie przebije. To w jednej z tych książek o Odnowie w Duchu Świętym była taka historia, że Duch Święty nie mógł nic zrobić, bo proboszcz nie chciał. Taki proboszcz to zaprawdę dopust Boży...
JG
~Jefte Gileadczyk
25 stycznia 2026, 08:46
Teribelka, o ile to prawda, że Duch Święty jest Ożywicielem, to znajdzie kanał, by powołać do życia jakieś wspaniałe dzieło :) myślenie, że Bóg nie może objawiać miłości w moim życiu, bo "proboszcz nie chce", to klerykalizm, tylko że krypto :)
KK
~karol karol
24 stycznia 2026, 14:08
U nas w parafii praktykujemy odwróconą koledę. Każdy, kto chce, nawiedza kapłana w domu parafialnym. Dzięki temu wiemy, że wszystko jest ok, nie ma nieprawidłowości, kapłani żyją po bożemu. Czasem mówią nam o swoich troskach, a my powtarzamy, że "Bóg jest miłością" i wtedy już są zadowoleni i bez zmartwień. Polecam taki system.
PR
~Ppp Rrr
24 stycznia 2026, 11:41
Najbardziej zraziłem się, kiedy ksiądz miał przyjść pomiędzy 12-13, a dotarł po siedemnastej. Czekaliśmy pół dnia, zamiast obiadu - przekąski na zimno... Po pandemii COVID "kolęda" zanikła - bez żalu z mojej strony. Pozdrawiam.