Na wszystko jest prompt. Zalała nas kultura efektu bez szacunku dla pracy i wytrwałości.

Fot. Vitaly Gariev / Unsplash

Przez ostatnie dwa tygodnie medialna Polska żyła kilkoma sprawami naraz. Wisienką na torcie była pszczyńska lodziarnia „Pod Dębem”, która ogłosiła ze smutkiem, że po ćwierć wieku kończy tradycję rozdawania darmowych lodów dzieciom ze świadectwem z czerwonym paskiem, ponieważ Rzeczniczka Praw Dziecka zainterweniowała, że może to być formą dyskryminacji.

Naukowcy wyszli pod Sejm z hasłem „3% dla nauki, 100% dla Polski", bo na naukę i szkolnictwo wyższe wydajemy dziś niecałe 1,07% PKB, co w obecnych warunkach społeczno-ekonomicznych utrwala drenaż mózgów (najbardziej obiecujący naukowcy szukają zatrudnienia na zagranicznych uczelniach) i nie pozwala na stabilne rozwijanie badań naukowych (z powodu nieustającego niedofinansowania i uzależnienia od tzw. grantozy). Rząd przyjął projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów, ponieważ okazuje się, że co dziesiąty artysta w Polsce nie ma w ogóle (sic!) ubezpieczenia zdrowotnego, a prawie siedemdziesiąt procent zarabia poniżej średniej krajowej. A wisienką na torcie była pszczyńska lodziarnia „Pod Dębem”, która ogłosiła ze smutkiem, że po ćwierć wieku kończy tradycję rozdawania darmowych lodów dzieciom ze świadectwem z czerwonym paskiem, ponieważ Rzeczniczka Praw Dziecka zainterweniowała, że może to być formą dyskryminacji tych, którym nie udało się osiągnąć osławionej średniej 4,75 i bardzo dobrego zachowania na zakończenie roku szkolnego. Na pierwszy rzut oka to trzy zupełnie różne newsy z różnych stron życia. Dla mnie jednak świetnie ilustrują jeden i ten sam problem, z którym borykamy się jako społeczeństwo.

Zacznijmy od lodów, bo ta historia jeszcze przez chwilę będzie nas… rozgrzewać. Świadectwo z czerwonym paskiem to temat, który w polskiej szkole drażni od lat - i słusznie, bo presja ocen potrafi dziecku zrobić więcej złego niż dobrego, a system wyróżniania na podstawie wyłącznie szkolnych czy akademickich wyników (często dyskusyjnych i opartych na subiektywnych osądach, a nie wymiernej wiedzy) pomija całą resztę tego, czym dziecko jest i może się stawać w sprzyjających jego rozwojowi warunkach. Tyle, że ta dyskusja toczyła się dotąd gdzieś na obrzeżach debaty publicznej (raczej wśród rodziców dzieci szkolnych żywo zainteresowanych problemem, niż w mainstreamie) i dopóki nie pojawiło się medialne combo - "lody, polityczka i sympatyczna przedsiębiorczyni z małej miejscowości” – nie wywoływała większych emocji w społeczeństwie. Dopiero gdy pewna właścicielka lodziarni, która przez wiele lat częstowała lodami "czerwonopaskowych" uczniów i podobno każdemu osobiście gratulowała, dostała urzędowe pismo z prośbą o zaprzestanie tej inicjatywy - wtedy Polska się oburzyła (oczywiście na tiktoku) i zaczęła odmieniać słowo „pracowitość” przez przypadki. Ale nie dlatego, że nagle wszyscy pochylili się nad subtelnościami pedagogiki i nad wartością tej właśnie cnoty, tylko dlatego, że historia była medialna, w jakimś stopniu poruszająca i przede wszystkim łatwa do skonsumowania w trzydziestu sekundach. I właśnie to jest sedno problemu, który widzę bardzo wyraźnie: jesteśmy społeczeństwem, które kocha efekty, ale tak naprawdę nie docenia drogi, która do danego sukcesu prowadzi.

Spójrzmy na Maję Chwalińską i jej wielki sukces. To też historia z ostatnich tygodni. Ta młoda tenisistka trenuje od 7 roku życia, przez pierwsze 10 lat jako juniorka, potem przez kolejne 10 lat już w kategorii zawodowców, ale kiedy wczytujemy się w materiały na jej temat, to widać, że przez te 20 lat ciężkiej i w sumie niewdzięcznej pracy, bo nie osłodzonej pasmem wielkoszlemowych sukcesów, musiała raz po raz sama szukać sponsorów, instytucjonalnego wsparcia, środków na sfinansowanie treningów, wyjazdów, sprzętu itd. itp. niezbędnych, by stać się mistrzem w swojej dziedzinie. Kiedy w tym roku ku (skądinąd uroczemu) zaskoczeniu nawet jej samej, dotarła do finału Roland Garros, Polska oczywiście oszalała na jej punkcie. I dobrze. Tylko że te dwadzieścia lat eliminacji, kontuzji, rankingowych dołków i powrotów – o tym się nie mówi, tego nie ma w mediach społecznościowych. Jest finał, jest duma narodowa - i jest powierzchowna refleksja o tym, że takie rzeczy nie dzieją się same z siebie.

Dokładnie ten sam mechanizm rządzi naszym stosunkiem do nauki i sztuki. Aby zdobyć doktorat wciąż trzeba jeszcze poświęcić lata na naukę krytycznego myślenia, żmudne stosowanie rygorów metodologicznych, odróżnianie faktycznej wiedzy od pseudobełkotu. Rozwijając swoje badania przez lata, młodzi naukowcy są w stanie tworzyć innowacje, patenty, technologie, którymi potem chętnie chlubimy się jako naród. Ale kiedy przychodzi do finansowania nie tylko pewnych, spektakularnych efektów, którymi łatwo przemówić do wyobraźni społeczeństwa, lecz także wieloletnich, nierzadko żmudnych procesów naukowych i ludzi, którzy mają pojęcie, jak je kreować i nadzorować, okazuje się, że bez odtańczenia „polki” szukania sponsorów czy grantów, w które można się wpisać ze swoim pomysłem, żaden początkujący naukowiec się nie obejdzie. Wiem o czym mówię, bo swoje odtańczyłam. A choć pracę doktorską obroniłam z wyróżnieniem, dziś nie pracuję już na uczelni. Zarabiam na tworzeniu materiałów marketingowych. Smutna prawda w moim przypadku wygląda tak, że dużo bardziej opłaca mi się kręcenie rolek o walorach jakiejś linii filiżanek dla skandynawskiego producenta niż pogłębianie umiejętności naukowych. I oczywiście na mój wybór złożyło się dużo więcej czynników niż tylko aspekt finansowy, niemniej uważam, że jako społeczeństwo mamy obecnie bardzo zdegenerowany system wyceny pracy intelektualnej.

Podobna jest historia z artystami. Około 69% artystów osiąga przychody poniżej średniej krajowej, a co dziesiąty nie ma w ogóle ubezpieczenia społecznego ani zdrowotnego (to dane z Ministerstwa Kultury). Mówimy o ludziach, którzy - weźmy choćby muzyków - potrzebują minimum sześciu lat nauki w szkole muzycznej pierwszego stopnia, żeby w ogóle zacząć mówić o warsztacie. Pełne wykształcenie muzyczne to osiemnaście lat codziennego, wytrwałego ćwiczenia - nie przeglądania tutoriali, nie piętnastogodzinnego kursu online grania na wiolonczeli, lecz systematycznego siadania każdego dnia przy instrumencie i grania tego samego pasażu do skutku. W efekcie wykształcony muzyk po pierwszych pięciu taktach kompozycji wygenerowanej przez sztuczną inteligencję jest w stanie powiedzieć, czy zwykły człowiek będzie w stanie ten utwór zagrać i zaśpiewać na żywo - bo rozumie materię muzyczną od strony praktycznej, a nie z opisu czy z prompta. Potrafi zagrać czysto muzykę niemal na wszystkim i jednocześnie wyrazić to, czego człowiek bardzo często nie potrafi ująć w słowa. I właśnie dlatego muzyk na pogrzebie, muzyk na weselu, muzyk w hospicjum - robi coś, czego żaden algorytm nie zastąpi.

Sztuka nie jest ozdobnikiem przyklejonym do życia na specjalne okazje. Badania prowadzone przez Arts Council England i Uniwersytet Pensylwanii pokazują, że obecność instytucji kulturalnych w lokalnej społeczności przekłada się mierzalnie na obniżenie wskaźników przemocy, poprawę zdrowia psychicznego mieszkańców i wzrost zaangażowania obywatelskiego. Zaangażowanie w sztukę koreluje z wyższą frekwencją wyborczą i aktywnością wolontariacką. Kultura nie jest kosztem - jest infrastrukturą, tyle że niewidoczną, i zauważamy jej brak dopiero wtedy, gdy jej nie ma. Mam w tym temacie swój własny, mały dowód rzeczowy. Obserwuję od lat dzieci uczące się w szkole muzycznej i widzę w nich bardzo wyraźnie: połączenie wrażliwości i hartu ducha wykutego przez dyscyplinę codziennego ćwiczenia. Nie chodzi wyłącznie o nauczycieli - chodzi o środowisko, o ekosystem, w którym muzyka jest obecna jako coś normalnego i żywego. Kilka dni temu koleżanka mojej córki ćwiczyła swój utwór popisowy na ławce przed szkołą. Moja córka przysiadła się, a ponieważ ma już sporą swobodę grania, dołączyła się do niej w muzycznym dialogu. Po chwili wokół ławki zebrali się inni uczniowie i zaczęli dziewczynom bić brawo. Zagrały klasycznego mazura, spontanicznie, bez próby i bez nut przed oczami. Nie zagrały bezbłędnie i z wirtuozerią godną muzyka narodowej orkiestry symfonicznej, ale potrafiły zabawić się dźwiękami i innych do tej radości wciągnąć. I jestem przekonana, że jeśli w tej szkole jest ktoś, kto ma predyspozycje, by zostać kolejnym Mozartem, to właśnie w takim klimacie ma szansę te predyspozycje odkryć. Tyle że predyspozycje to połowa drogi. Druga połowa to praca. Ciężka, mozolna, codzienna praca - której nie da się zastąpić talentem, sztuczną inteligencją ani żadnym skrótem.

I tu wracamy do lodów. Problem nie leży w tym, że Rzeczniczka Praw Dziecka chciała chronić dzieci przed presją i w wyniku jakiegoś zgłoszenia zajęła takie, a nie inne stanowisko. Problem leży w tym, że kiedy usuwamy z przestrzeni publicznej każdy symbol, który mówi dziecku „wysiłek ma wartość i jest zauważany" - to w tę pustkę natychmiast coś wchodzi. Wchodzi kultura efektu bez ceny, wchodzi wszechobecna technologia zwalniająca z myślenia, wchodzi pop-psychologiczna utopia bezproblemowego dzieciństwa i obietnica, że jednym promptem albo szybko zażytą tabletką rozwiążesz wszystkie problemy świata. A potem otoczeni takim przekazem młodzi ludzie wychodzą w życie i zderzają się z rzeczywistością, która od nich wysiłku wymaga - i nie mają żadnego wewnętrznego zasobu, żeby temu wyzwaniu sprostać. Chrześcijaństwo ma na to starą i sprawdzoną odpowiedź - nie zawsze wygodną, ale uczciwą. Praca jest powołaniem, cnotą, wartością, nie przekleństwem. Rozwijanie talentów jest obowiązkiem moralnym, nie zachcianką. I wspólnota - rodzina, Kościół, społeczeństwo - ma odpowiedzialność za to, żeby twórcom, uczonym i wszystkim, którzy budują kulturę od środka, zapewnić warunki do skutecznego działania. Nie dlatego, że im się należy. Dlatego, że bez nich wszyscy jesteśmy biedniejsi i prędzej czy później to odczujemy.

Cieszę się, że naukowcy wyszli pod Sejm. Cieszę się, że wreszcie powstaje ustawa, która traktuje pracę artystyczną jak prawdziwą pracę. I cieszę się z sukcesów Mai Chwalińskiej. Jednocześnie bardzo bym chciała, żebyśmy umieli dostrzegać i wymiernie doceniać nie tylko na spektakularne owoce, pełne sukcesów finały, lecz także drogę, lata pracy, które do nich prowadzą. Geniusze nie biorą się z powietrza. Wyrastają z ekosystemu, który ktoś musi budować, utrzymywać i - od czasu do czasu - bronić przed absurdem. Nawet jeśli ten absurd ma smak lodów.

DEON.PL POLECA


DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Na wszystko jest prompt. Zalała nas kultura efektu bez szacunku dla pracy i wytrwałości.
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.