Ogoleni dla dobra? O potrzebie większej wrażliwości w gestach solidarności

Charytatywny stream Łatwoganga. Fot. Filip Naumienko

Przed paroma dniami jeden z moich znajomych zadał mi pytanie. "Czy ksiądz też się ogoli?" – Mogę spróbować, ale pewnie nikt nie zauważy różnicy.

Podczas ostatniej rekordowej zbiórki charytatywnej na leczenie dzieci z chorobami nowotworowymi, zorganizowanej przez Łatwoganga, jedną ze szczególnie wyróżniających się aktywności było właśnie golenie głowy. Ten widzialny znak solidarności szybko stał się symbolem zaangażowania i przyciągnął uwagę wielu osób.

DEON.PL POLECA




Charytatywne golenie głowy w ostatnich latach stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków wsparcia dla osób chorych, zwłaszcza pacjentów onkologicznych. Intencja jest piękna: solidarność, empatia, chęć bycia blisko tych, którzy przechodzą przez trudne doświadczenie choroby. W wielu przypadkach akcje te realnie pomagają – zbierają środki, budzą uwagę społeczną, poruszają serca.

A jednak ten gest nie jest etycznie obojętny.

Golenie głowy ma bowiem także inne, bolesne konotacje. W pamięci historycznej Europy – szczególnie w kontekście Holocaustu i obozów koncentracyjnych – było narzędziem upokorzenia, odebrania godności i tożsamości. Człowiek był tam pozbawiany nie tylko włosów, ale także imienia, historii, podmiotowości. Ten symbol nie znika tylko dlatego, że dziś używamy go w innym celu. Pamięć nie jest czymś, co można "wyłączyć" na czas dobrej inicjatywy.

Warto dodać, że szczególnie dla Polaków jest to kwestia dużej wrażliwości. Wciąż żyją wśród nas ludzie, którzy pamiętają obozy koncentracyjne lub noszą w sobie doświadczenie tej historii poprzez swoich bliskich. Dla nich taki gest nie jest tylko symbolem solidarności, ale może przywoływać bardzo konkretne, bolesne obrazy i wspomnienia. To jeszcze bardziej zobowiązuje do delikatności i refleksji.

DEON.PL POLECA


Dlatego potrzebujemy dziś nie tyle rezygnacji z takich działań, ile większej wrażliwości w wyborze gestów solidarności. Etyka nie polega jedynie na dobrej intencji. Wymaga także uważności na znaczenie symboli, pamięć wspólnoty i możliwe odczytania naszych działań przez innych – zwłaszcza tych, którzy noszą w sobie doświadczenie lub dziedzictwo traumy.

W tym miejscu warto sięgnąć do myśli Emmanuela Levinasa, który przypominał, że etyka rodzi się w spotkaniu z drugim człowiekiem – w jego twarzy, która nas wzywa i zobowiązuje. Odpowiedzialność nie zaczyna się od wielkich gestów, lecz od wrażliwości na to, jak nasze działanie zostanie przyjęte przez Innego. W tej perspektywie nawet najbardziej szlachetny zamiar może wymagać korekty, jeśli nie uwzględnia kruchości i historii drugiego człowieka. Gest solidarności nie może być narzucony ani zdominowany przez potrzebę wyrażenia siebie – musi pozostać otwarty na doświadczenie tego, komu ma służyć.

Co ciekawe, w ostatnim czasie kilku medialnie znanych kapłanów zdecydowało się na taki gest – ogolenie głowy w ramach wsparcia dla chorych. Trudno odmówić temu dobrej intencji, a nawet odwagi wyjścia poza schemat duszpasterstwa "zza ambony". A jednak pojawia się pytanie – z lekkim przymrużeniem oka, ale nie bez znaczenia – czy taki gest nie stawia w niezręcznej sytuacji tych, którzy… nie mają już czego golić? Czy łysina "z natury" liczy się mniej niż ta "z wyboru"? Czy solidarność wymaga włosów jako punktu wyjścia?

Ten humorystyczny wątek odsłania coś poważniejszego: nie każdy gest jest uniwersalny i nie każdy włącza wszystkich w równy sposób. Czasem, nawet niechcący, tworzymy pewien model solidarności, który jest dostępny tylko dla niektórych. A przecież chodzi o coś dokładnie odwrotnego – o wspólnotę, która nikogo nie wyklucza.

Istnieje również inne napięcie. Gest widzialny i medialny łatwo staje się "wydarzeniem", które porusza, ale szybko przemija. Tymczasem choroba – szczególnie ciężka – nie jest wydarzeniem, lecz procesem. Wymaga czasu, relacji, obecności. Dlatego warto zapytać: czy nasze działania rzeczywiście prowadzą nas bliżej chorego człowieka, czy raczej zatrzymują się na poziomie symbolu? Czy nie ryzykujemy sytuacji, w której solidarność staje się spektaklem, a nie spotkaniem?

Być może potrzebujemy dziś mniej spektakularnych, a bardziej relacyjnych form solidarności. Takich, które nie koncentrują się na widzialnym znaku, ale na realnym dobru osoby.

Może warto zaproponować jeden, prosty gest: podjęcie nawet krótkiego wolontariatu, który zamiast symbolu daje realną obecność.

To gest mniej widoczny, ale często bardziej wymagający. I może właśnie dlatego – głębszy.

W świecie, który ceni gesty szybkie i efektowne, warto odzyskać wrażliwość na to, co ciche i wierne. Bo to właśnie tam – jak podpowiada Levinas – zaczyna się prawdziwa odpowiedzialność za drugiego człowieka.

A jeśli przy okazji ktoś jednak zdecyduje się na golenie głowy – niech przynajmniej pamięta, że włosy odrosną. A relacje, które zbudujemy albo zaniedbamy – już niekoniecznie tak szybko.

jezuita, bioetyk, wykładowca w Loyola University Chicago Stritch School of Medicine oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie. Zajmuje się problematyką bioetyki, niepełnosprawności, opieki u kresu życia oraz duchowych i egzystencjalnych wymiarów cierpienia. Autor książki Disability and Compassionate Care.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Ogoleni dla dobra? O potrzebie większej wrażliwości w gestach solidarności
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.