Zabieram swoje dziecko na nabożeństwo drogi krzyżowej i wiem, że warto!
Gdy myślę o nabożeństwach drogi krzyżowej dla dzieci, przypominają mi się artykuły, które czytałam na świeckich portalach i które były skierowane przeciwko lekcjom religii w szkole. Jednymi z głównych argumentów jakie się tam pojawiały były myśli w stylu: nie będę dziecka straszyć cierpieniem; nie będę pokazywać mu krzyża; nie dla promowania przemocy!
Słucham tego i czuję ten lęk. Przed bólem, cierpieniem, śmiercią. Lęk, który budzi w nas instynkt obronny. Wiem, że robimy to z miłości do naszych dzieci. Choć akurat tutaj dochodzi do pewnego nieporozumienia, ale trudno wytłumaczyć to komuś, kto namacalnie nie doświadczył opieki i miłości Pana Boga. Czy można go jakoś przekonać? Siłą bym tego nie robiła, ale własnym przykładem owszem.
Gdy choć raz doświadczymy w życiu Bożej miłości - na modlitwie, w sakramencie pokuty, w trudnej dla nas sytuacji - nie jesteśmy już tacy sami. Czasem są w naszym życiu takie spotkania, które po prostu zmieniają nas na zawsze. Doświadczyłam takich spotkań z Bogiem. Takich, które dodawały siły, otulały, dawały nowe spojrzenie i nadzieję. Dlatego nie boję się krzyża, bo wiem, że nie jestem w nim sama. Mam świadomość, że nikt tak dobrze nie zrozumie mojego cierpienia jak Jezus, który doświadczył nie tylko ogromnego fizycznego bólu, ale też fałszywych oskarżeń, opuszczenia przez przyjaciół i samotności. Wystarczy wziąć Biblię i posiedzieć przy Jezusie w Ogrójcu (usiąść i czytać tak, jakby się było obok, świadkiem modlitwy Jezusa, tak po ignacjańsku…). Dlatego też chcę pokazać moim dzieciom, że cierpienie po prostu jest częścią naszego życia, ale nigdy nie jest jego końcem.
Dlatego moje dzieci towarzyszyły umierającej, ukochanej babci, na tyle na ile pozwoliły nam na to pandemiczne obostrzenia. Brały udział w pogrzebie, mimo że synowie mieli wtedy „tylko” kilka lat i wiele osób odradzało zabieranie ich na cmentarz. Dlatego też, gdy tylko lekarze pozwolili na odwiedziny w szpitalu mojego ciężko chorego taty - zabrałam ich do dziadka, który podłączony był do rurek i pikającej aparatury, ale odzyskał świadomość i mógł przytulić swoje ukochane wnuki. Nigdy nie uciekaliśmy od cierpienia. Ono przecież nie zniknie, gdy zamkniemy oczy. Staram się uczyć moje dzieci jak je przeżywać, a nie jak od niego uciekać. Dlatego w Wielkim Poście będziemy towarzyszyć Jezusowi w drodze krzyżowej.
Nie jest sztuką celebrować cierpienie. Sztuką jest dostrzec jego głębszy sens. Ten, kto zna Ewangelię wie dlaczego Jezus zgodził się na krzyż. Wie też, że śmierć nie ma ostatniego słowa. Gdy mamy świadomość, że droga krzyżowa to dowód ogromnej, bezwarunkowej miłości, chcemy za tę miłość dziękować. Nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusza, ale dlatego, że taka jest potrzeba naszego serca. Gdy czujemy się przez kogoś przyjęci, ukochani bez względu na wszystko - czy nie będzie w nas pragnienia, by tę miłość odwzajemnić? Towarzyszyć w cierpieniu, które prowadzi do zmartwychwstania, które pokazuje też, że w naszych ciemnościach jest Ktoś, kto chce trzymać nas za rękę i nas przez nie przeprowadzić?
Wybieram świadomie rozważania stacji drogi krzyżowej, które kupuję i daję moim dzieciom. Moja przyjaciółka, której dzieci często chorują, sama odprawia z dziećmi drogę krzyżową w domu. Jej dzieci malują kolejne stacje, modląc się własnymi słowami. To świetna okazja, by rozmawiać. O cierpieniu, ale w kluczu miłości. O bólu, ale tak, by niepotrzebnie nie straszyć, ale pokazać, że jest on częścią naszego życia i że nie musimy od niego uciekać, a co najważniejsze, że nigdy nie jesteśmy w nim sami.
Jeśli pozwoli nam na to zdrowie, planujemy w tym roku co piątek chodzić na nabożeństwa drogi krzyżowej dla dzieci do naszego parafialnego kościoła. Nasze chrześcijaństwo nie jest pluszowe, na szczęście. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać je dzieciom w taki sposób, że kiedyś - podobnie jak ja teraz - będą nosiły w sobie ogromne pragnienie odpowiadania miłością na miłość.