Jak dominikanie zeszli na psy? Wyprzedzili nawet jezuitów…
Kto powiedział, że „zejść na psy” oznacza zawsze coś złego? Dominikanie mogą się z tym nie zgodzić. Ich łacińska nazwa skrywa dowcip sprzed wieków: dominicanus brzmi przecież jak Domini canes – „psy Pana”. Czarno-biały pies z płonącą pochodnią w pysku stał się symbolem zakonu, który ma pilnować wiary, węszyć za prawdą, tropić herezje i biegać po świecie z ogniem Ewangelii. A przy okazji – jak pokazuje osiem wieków historii – dominikanie potrafią zostawić swój ślad wszędzie tam, gdzie się pojawią.
Wszystko zaczęło się od pielgrzymki do hiszpańskiego opactwa Santo Domingo de Silos, nazwanego na cześć XI-wiecznego świętego Dominika z Silos. Matka przyszłego założyciela Zakonu Kaznodziejskiego cierpiała na bezpłodność. W nadziei na upragnione potomstwo wyruszyła więc do klasztoru, by prosić o wstawiennictwo świętego. Tam przyśnił jej się czarno-biały pies, który przemierzał świat z płonącą pochodnią w pyszczku. Wkrótce po pielgrzymce kobieta zaszła w ciążę i urodziła syna, któremu na pamiątkę otrzymanej łaski nadała imię Dominik.
Sen okazuje się proroctwem, a klucz do jego odczytania kryje się w łacińskiej grze słów. Po latach Dominik zakłada wspólnotę, którą oficjalnie nazywa Zakonem Kaznodziejskim (łac. Ordo Praedicatorum). Z czasem jednak jego członkowie zaczynają być nazywani dominikanami – od imienia założyciela. Łacińskie Dominicanus brzmi niemal tak samo jak Domini canes, czyli „psy Pana”. Z pozoru tylko słowny żart szybko okazuje się zaskakująco trafnym opisem charyzmatu zakonu: gorliwie służyć Bogu, strzec wiary i niestrudzenie głosić Ewangelię, przemierzając świat niczym pies, który nie ustaje w tropieniu. To określenie przylgnęło do dominikanów na dobre.
Pieszo zamiast w siodle
Reguła zakonna, którą układa Dominik, budzi zdziwienie w późnym średniowieczu. W czasach, gdy duchowieństwo chętnie korzysta z wygód i przywilejów, dominikanie wybierają ascezę. Przepisy zakazują braciom podróżowania konno i głoszenia kazań z końskiego grzbietu, jak często czynili współcześni im duchowni. Zakonnicy mają przemierzać świat pieszo i żyć w ubóstwie. Dzięki temu spotykają ludzi twarzą w twarz, bez barier i zbędnego dystansu.
Bliskość z ludźmi idzie w parze z zadaniami, które powierzają dominikanom kolejni papieże. W XIII wieku biskupi Rzymu zlecają zakonowi walkę z herezjami. Dominikanie stają się więc jednym z narzędzi obrony katolickiej wiary. Są do tego dobrze przygotowani – solidne wykształcenie teologiczne od początku stanowi jeden z najważniejszych elementów ich formacji. W ten sposób „psy Pana” ruszają na trop błędów w wierze i stają się strażnikami kościelnej ortodoksji.
Czterej papieże i intelektualne elity
Szybko okazuje się, że ta formacja przynosi w Kościele owoce. W ciągu ośmiu stuleci zakon wydał sześćdziesięciu kardynałów i czterech papieży. Na tronie Piotrowym zasiadali dominikanie: Innocenty V (1276), Benedykt XI (1303–1304), Pius V (1566–1572) oraz Benedykt XIII (1724–1730). Każdy z nich wniósł do Kościoła dominikański charyzmat i solidne zaplecze teologiczne.
Lista wybitnych postaci związanych z zakonem jest jeszcze dłuższa. Z dominikańskich szeregów wywodzili się Albert Wielki, doktor Kościoła, oraz jego uczeń, jeden z najwybitniejszych teologów w historii chrześcijaństwa – Tomasz z Akwinu. Dominikański habit nosili także malarz Fra Angelico i niemiecki mistyk Mistrz Eckhart. Każdy z nich na swój sposób realizował wizję z tajemniczego snu matki Dominika, niosąc światu światło wiary i prawdy.
Bystre chłopaki bez kompleksów
Także dziś dominikanie cieszą się opinią zakonu, który z Ewangelią lubi rozmawiać językiem rozumu. Ich intelekt, zamiłowanie do teologii i umiejętność mierzenia się z trudnymi pytaniami wciąż robią wrażenie. „Gdybym chciał zostać księdzem, wybrałbym dominikanów. To bystre chłopaki, wyprzedzają nawet jezuitów!” – napisał w komentarzu na portalu kath.net niejaki Stephaninus. To oczywiście tylko jeden z internetowych głosów, ale dobrze pokazuje, że dominikańska marka intelektualna wcale nie przerdzewiała przez stulecia. Przeciwnie – także dziś zakon kojarzy się z ludźmi, którzy potrafią połączyć wiarę i tradycję z myśleniem, solidną teologię z odwagą zadawania trudnych a czasem niewygodnych pytań. Szacunek dla dominikańskiej szkoły myślenia pozostaje zaskakująco żywy.
Legenda o psie z pochodnią w pysku dobrze podsumowuje misję dominikanów. Pies jest tu niemal portretem zakonu: wierny swojemu Panu, czujny, zawsze gotowy ruszyć w drogę i obdarzony niezawodnym nosem. Dominikanie od wieków „węszą” za prawdą, wyczuleni na znaki czasu i pytania, które rodzi współczesny im świat. Nie zawsze chodzą utartymi ścieżkami – przeciwnie, potrafią zapuścić się tam, gdzie inni jeszcze nie zaglądają, tropić nowe idee, szukać człowieka tam, gdzie Ewangelia nie jest już oczywistym językiem. Biegają więc po świecie nie dla samego biegania, ale po to, by zanieść dalej ogień Ewangelii.
Pilnują ortodoksji jak pies pilnuje powierzonego mu domu, a jednocześnie nie boją się „szczekać”, gdy uznają, że trzeba przypomnieć o czymś ważnym. Są wierni, ale nie ospali; czujni, ale nie zamknięci w budzie własnych przyzwyczajeń. A kiedy gdzieś się pojawiają i zakładają klasztor, trudno udawać, że nic się nie wydarzyło – prędzej czy później „oznaczają teren”, zostawiając wyraźny ślad w lokalnej społeczności: głoszą, uczą, prowadzą duszpasterstwo, angażują się w życie miasta i na swój sposób zadomawiają się w jego historii.
I choć świat zmienia się szybciej niż niejeden dominikanin zdąży wypić poranną kawę, czarno-biały pies z pochodnią wciąż przypomina o tym samym zadaniu: być wiernym Panu, mieć dobrego nosa do tego, co dzieje się wokół, nie bać się zejść z utartego szlaku i nieść ogień Ewangelii aż po krańce ziemi.
kath.net/łs
Skomentuj artykuł