Kard. Grzegorz Ryś: ten proces zachodzi na całym świecie, a udajemy, że go nie ma; to jakieś absolutne szaleń­stwo

Kard. Grzegorz Ryś: ten proces zachodzi na całym świecie, a udajemy, że go nie ma; to jakieś absolutne szaleń­stwo
Kard. Grzegorz Ryś i Krzysztof Ołdakowski SJ. Fot. BP KEP.
Logo źródła: Życie Duchowe Krzysztof Ołdakowski SJ

"W Kościele w Polsce przydałoby się nam wreszcie otwarcie oczu na ten wielki proces (migracji - przyp. red.), który zachodzi na całym świecie. Tymcza­sem my udajemy, że go nie ma albo że się nam nie przydarzy, bo się na naszej granicy zatrzyma. To jakieś absolutne szaleń­stwo, ale też zamknięcie się na proces, który może mieć bardzo pozytywny wpływ na chrześcijaństwo w naszym kraju. Trud­no to jednak dziś tłumaczyć, a w takim kontekście patrzy na to zjawisko cały Kościół powszechny. Jak wspomniałem, ojcowie synodalni i kardynałowie na prekonklawe byli co do tego ab­solutnie zgodni. Widział to Franciszek i Leon XIV z pewnością też to dostrzega" - uważa kard. Grzegorz Ryś.

Krzysztof Ołdakowski SJ: Ksiądz Kardynał miał okazję współpracować z obecnym papieżem, jeszcze gdy był on prefektem Dykasterii ds. Biskupów. Czy Ksiądz Kardynał pamięta pierwsze spotkanie z nim?

DEON.PL POLECA


Kard. Grzegorz Ryś: Pierwsze spotkanie było bardzo oficjalne. Zanim Robert Prevost został prefektem Dykasterii ds. Biskupów, był jej członkiem, ale zasadniczo nie pojawiał się na zebraniach. Pewnie dlatego że niełatwo co dwa tygodnie podróżować z Peru do Rzymu. Swoje opinie przysłał więc najczęściej na piśmie. Ale jak już było wiadomo, że będzie zmiana w Dyka­sterii, poprzedni prefekt, kard. Marc Ouellet ogłosił, że odbę­dzie się spotkanie z nowym prefektem poświęcone zasadom powoływania biskupów, obowiązującym procedurom i logi­ce, która się za nimi kryje. Wtedy kard. Prevost, na początku 2023 roku, po raz pierwszy przewodniczył zebraniu i bardzo poważnej debacie na temat tego, skąd powinni się brać nowi biskupi. Nie było więc czasu na indywidualne spotkania czy rozmowy. Później zaczęła się zwyczajna praca i wiadomo, że przy tej okazji czasem spotykaliśmy się, bo Kardynał prosił, bym coś przygotował.

Jakim człowiekiem wydał się wtedy Księdzu Kardynałowi przyszły papież?

- Na pewno pełnym wewnętrznego opanowania. Słowa "Pokój wam" wypowiedziane przez Leona XIV w pozdrowieniu tuż po wyborze doskonale oddają jego sposób funkcjonowania. Myślę, że gdziekolwiek się pojawia, wnosi ze sobą doświad­czenie spokoju. Nawet, powiedziałbym, pewnego dystansu do spraw, które wydają się palące, a wcale takimi nie są. W cza­sie swojej pracy w Dykasterii pokazał się też jako człowiek, który potrafi uważnie słuchać. Zebrania członków Dykasterii są tak zorganizowane, że prefekt zabiera głos jako ostatni, po wysłuchaniu kilkunastu osób. Myślę, że to słuszne podejście, bo gdyby prefekt przemawiał jako pierwszy, to każdy po nim chciałby się jakoś zmieścić w jego opinii, a tak to mówi, co myśli…

Trzeba też powiedzieć, że to Dykasteria, która wy­maga wielkiej pracowitości. Obecny papież jest człowiekiem bardzo zdyscyplinowanym i pracowitym. Przygotowanie ob­rad kolejnych plenarii co dwa tygodnie wymaga naprawdę wielkiego zaangażowania i systematyczności. Moim zdaniem wymaga też od prefekta szerokiej wiedzy o Kościele, o jego lokalnych przestrzeniach.

DEON.PL POLECA


Poza tym Robert Prevost jest też oczywiście człowiekiem bar­dzo sympatycznym, pokornym, bezpośrednim w kontakcie.

A jakim szefem Dykasterii był kard. Prevost? Jak traktował swój urząd, swoich współpracowników?

- Te relacje były bardzo proste. Kardynał wiedział, jaką ma pra­cę do wykonania jako prefekt, a członkowie Dykasterii znali swoje obowiązki. Prefekt zawsze pytał, czy dana osoba może mu pomóc w jakiejś konkretnej rzeczy: Możesz? Mogę. To ok. Tyle. To nie wymaga wielkiej filozofii. Na pewno był po pro­stu jednym z nas. Nie stawiał się w pozycji kogoś z innej kasty.

Wiosną 2025 roku przyszedł szczególny czas w życiu Księdza Kardy­nała - doświadczenie śmierci. Najpierw odszedł ojciec Księdza Kar­dynała, Franciszek Ryś, a na to nałożyła się śmierć papieża Francisz­ka. Można powiedzieć, że to odejście dwóch ojców prawie w jednym czasie.

- Właściwie nie odbyłem żałoby ani po tacie, ani po papieżu Franciszku. Wiadomo, że z tatą mogłem się pożegnać, bo tata jakiś czas odchodził. Nie trwało to długo, ale kilka tygodni. Miałem czas się z tym oswoić. Pod koniec nie było właściwie z tatą kontaktu, ale na tyle, na ile mogłem, byłem przy nim, nie licząc na znak od niego… Nie jestem lekarzem i nie znam się na tym, ale ponoć nie wiadomo do końca, czy umierający, z którym pozornie nie ma kontaktu, rzeczywiście nie wie, co się wokół niego dzieje. Myślę, że w jakimś stopniu tata wiedział. Nie wyobrażałem sobie, by w tym ostatnim momencie odcho­dzenia i przechodzenia był sam. Natomiast tak naprawdę nie mogłem go później opłakać. Nie było na to czasu, bo właściwie po pogrzebie taty wsiadłem w samolot i poleciałem do Rzymu na pogrzeb papieża Franciszka.

W przypadku papieża Franciszka nikt nie miał czasu go opła­kiwać, bo to czas w Kościele, powiedziałbym, bardzo paschal­ny. Po śmierci papieża mamy w życiu Kościoła dwa nieodległe w czasie wydarzenia, które ludzie przeżywają w absolutnej prawdzie, ale z zupełnie innymi emocjami. Po pierwsze, ab­solutnie szczerze opłakują śmierć papieża, w tym przypadku Franciszka. Jest ból, długie kolejki do trumny papieża, by po­dejść choć na chwilę i po raz ostatni go zobaczyć. Nikt niko­mu nie każe tego robić. To nie jest udawane, wszyscy są w tym prawdziwi. Później jest prekonklawe i konklawe, a po wyborze nowego papieża ci sami ludzie, którzy autentycznie płakali na pogrzebie jego poprzednika, teraz eksplodują wręcz niewyobrażalną radością. Przychodzą na plac św. Piotra z różnych stron Rzymu, by zobaczyć nowego papieża, który stanie na bal­konie błogosławieństw. I ta radość też jest prawdziwa.

Kiedy teraz popatrzy się na to z pewnego dystansu, to widać, jak blisko jest od śmierci do życia, od smutku do radości. Nato­miast tak po ludzku rzecz biorąc, to właściwie nie ma czasu na żałobę po poprzednim papieżu, by móc się zmierzyć z tym, co się stało, uświadomić sobie, jak bliski był człowiek, który od­szedł. Ja ten czas przeżywałem z kard. Konradem Krajewskim, u którego wtedy mieszkałem. Kilka razy wybraliśmy się na grób papieża Franciszka, poza godzinami odwiedzin wiernych, by zmówić tam nieszpory, pomedytować chwilę. Z tego względu było nam trochę łatwiej. Ale to było pół godziny, najwyżej go­dzina wspólnej modlitwy, nic więcej. To za mało, by człowiek mógł zamknąć jakiś rozdział w życiu.

Papież Franciszek był dla mnie bardzo ważny. Nie byłem mu tak bliski jak jego najbliżsi współpracownicy, ale było między nami jakieś porozumienie, jakaś rzeczywista relacja… Tego jeszcze nie zamknąłem, nie podsumowałem. I nie wiadomo, czy będzie na to czas, bo trzeba żyć z Kościołem, a Kościół idzie dalej. Teraz Piotr ma na imię Leon i trzeba być z Leonem, a nie siedzieć z emocjami przy grobie Franciszka. Pewnie to byłaby ostatnia rzecz, której chciałby sam papież Franciszek.

Nie podsumujemy tu szerzej dwunastu lat bardzo intensywnego pontyfikatu papieża Franciszka, ale proszę "w dwóch słowach" po­wiedzieć, co najbardziej poruszało Księdza Kardynała w papieżu Franciszku.

Gdyby to miały być faktycznie dwa słowa, to powiedziałbym: "ewangeliczna wolność". Papież Franciszek wiernie trzymał się Ewangelii. Ona była jego sposobem myślenia. Jeśli coś ze swoich zamiarów i planów odczytywał jako zgodne z Ewangelią, to był absolutnie wolny w podejmowaniu tego. Nie było sposobu, żeby go zatrzymać. Miał też w sobie dużo spontaniczności, od decyzji do czynu było u niego stosunkowo niedaleko. Pewnie dawał sobie czas na rozeznanie, tak "po jezuicku". To było u nie­go widać. A kiedy już rozeznał, to przechodził do czynu. Dzia­łał w wielkiej wolności, nie oglądając się na to, co ktoś o nim powie czy napisze i jak zostanie oceniony. Papież Franciszek był absolutnie wolnym człowiekiem.

Wspomniał wcześniej Ksiądz Kardynał o prekonklawe odbywają­cym się przed konklawe. Czy te rozmowy o Kościele i stojących przed nim wyzwaniach wyrabiają w kardynałach zdanie na temat tego, kto spośród nich byłby najlepszym kandydatem na urząd Piotrowy?

- Raczej nie, bo też nie temu służą te zebrania. Głównym ich celem jest to, by przyszły papież usłyszał, co jest istotne dla Kościoła, także tego, o którym nic nie wie. Każdy z kardynałów oczywiście ma jakiś ogląd Kościoła, ale wycinkowy. Gdyby mnie na przykład zapytać, co wiem o Kościele, to wiem coś o Kościele łódzkim, znacznie mniej o Kościele w Polsce… A co dalej? Jak z taką wie­dzą zostawać pasterzem Kościoła powszechnego? Myślę, że inni kardynałowie mają dokładnie ten sam problem, różnica dotyczy stopnia, a nie jakości. Każdy ma fragmentaryczny ogląd Kościo­ła i prekonklawe służy poszerzeniu go. Na tych spotkaniach głos może zabrać każdy z kardynałów i przedstawić kwestie istotne z punktu widzenia rzeczywistości, z której przychodzi. Czy to jest Kościół w Azji, Afryce, Australii. To nie są takie same Kościoły. Każdy, kto przemawia, wie też, że mówi do przyszłego papieża. I to się liczy: by papież, który w końcu wyjdzie z tego grona, usły­szał, coś, o czym być może nie ma w ogóle wyobrażenia, a doty­czy ważnych rzeczy, które dzieją się w Kościele.

Niektórzy kardynałowie zabierają głos dwa, trzy razy. Dają się więc jakoś poznać. Czy jednak to oznacza, że reszta bę­dzie głosować właśnie na nich? Szczerze wątpię. Oczywiście kardynałowie się nie znają, ale okazji, by się poznać, jest wię­cej, chociażby przy wspólnym stole. Jesteśmy ze sobą kilka­naście dni, rozmawiamy, spotykamy się, możemy się wza­jemnie słuchać…

O przebiegu konklawe nie możemy wiele powiedzieć, ale w czym - zdaniem Księdza Kardynała - najbardziej przejawia się w jego trak­cie działanie Ducha Świętego?

- Konklawe samo w sobie jest przede wszystkim liturgią. To jest uderzające. Zasadniczy kontekst konklawe jest radykalnie inny niż prekonklawe. W czasie prekonklawe jest przestrzeń do dyskusji, debaty, a nawet - jeśli ktoś chce - do sporu. Jest czas na uświadomienie sobie nieraz bardzo daleko idących różnic prze­konań i poglądów.

Tu nawias, który wydaje się potrzebny. Przed ostatnim kon­klawe wielu komentatorów mówiło, że wybór będzie szybki, ponieważ absolutną większość w gronie kardynałów elekto­rów stanowili ci, których mianował Franciszek. Gdyby autorzy tych opinii mieli prawo być na prekonklawe, to zobaczyliby, jak różne wizje Kościoła mają kardynałowie mianowani przez Franciszka. To pokazuje absolutną wielkość tego papieża, bo widać, że wcale nie mianował swoich "kolesi", ludzi, co do któ­rych miał przekonanie, że będą mu klakierować. Nie. Jest całe grono kardynałów mianowanych przez Franciszka, którzy byli krytyczni wobec kierunków jego pontyfikatu.

Na debatę jest więc miejsce w czasie prekonklawe, natomiast konklawe jest liturgią, cały czas trwającą modlitwą. Naraz ta przestrzeń staje się zupełnie inna. Ma się świadomość, że mój głos w jakimś sensie sięga wieczności. Jezus będzie mnie kie­dyś sądził z tego, jak głosowałem. Czy zrobiłem to zgodnie ze swoim sumieniem. To tworzy zupełnie inny kontekst - modli­twy i liturgii, ale też odpowiedzialności, która sięga nieba. My­ślę, że to zawarte jest także w samym rytuale. Bo nie jest tak, że na samym początku składa się jedną przysięgę, która ma działać przez całe konklawe. Jest formuła, którą powtarza się przy każdym oddawanym głosie. Bierze się na świadka Jezusa, który będzie mnie sądził w dniu ostatecznym, że ten, na kogo oddaję głos, jest w moim przekonaniu najlepszym możliwym następcą św. Piotra. Nie dzieje się to na zasadzie habitualnej - że mocą intencji habitualnej z początku kapłaństwa sprawuje się każdą Eucharystię. Nie, na konklawe liczy się każdy aktu­alny moment tego wydarzenia.

Czy Ksiądz Kardynał spodziewał się, że to właśnie Robert Prevost zostanie papieżem?

- Trudno odpowiedzieć na to pytanie bez mówienia o przebiegu samego konklawe… O kard. Prevoście mówiono przed konkla­we, pojawiał się. Nie było go co prawda w gronie tych, o któ­rych mówiło się najgłośniej, ale jest stara zasada, że ten, kto wchodzi na konklawe papieżem, wychodzi z niego kardyna­łem. Coś jest na rzeczy. Jednak by więcej powiedzieć, musiał­bym mówić o tym, jak przebiegało konklawe i jak się rozkła­dały głosy, a tego nie chcę.

Minęło już ponad pół roku, odkąd kard. Prevost został papieżem. O sposobie rozumienia posługi Piotrowej dużo mówią pierwsze sy­gnały nowo wybranego papieża, jak chociażby wybór imienia. Jakie przesłanie na temat swojej posługi skierował do nas papież, wybie­rając imię Leon?

- Leon XIV wprost powiedział, że dla niego ważne jest to, że bę­dzie kolejnym następcą Leona XIII, papieża Rerum novarum. A ze względu na wyzwania, jakie stoją przed jego pontyfikatem, za absolutnie wiodące uznaje kwestie społeczne.

Leon XIII był papieżem w czasach rewolucji przemysłowej, teraz mamy Leona XIV w czasach rewolucji technologicznej.

- Leon XIV nie pozostawił żadnych wątpliwości co do tego, skąd taki wybór. Kiedy do niego podszedłem, by złożyć mu homa­gium, powiedziałem, że Leon niedaleko jest od Franciszka, mając na myśli zupełnie innego Leona, czyli współbrata i naj­bliższego współpracownika św. Franciszka z Asyżu. Odniosłem jednak wrażenie, że Leon XIV akurat tej historii nie zna, więc to na pewno nie ona zainspirowała go do tego wyboru. To wy­nik pragnienia i rozeznania potrzeby aktywności Kościoła i pa­pieża szczególnie w sprawach społecznych.

A czy można mówić o nawiązaniu do Leona Wielkiego?

- W nieco innym kontekście. Leon Wielki to papież zmiany epo­ki, a podobny proces zachodzi także obecnie. Papież Franciszek mówił, że nie żyjemy w epoce zmian, tylko w zmianie epoki. W czasach Leona Wielkiego również zmieniała się epoka: za­czynał się proces wędrówki ludów, wielkiej migracji. To temat, o którym w Polsce w ogóle boimy się mówić, natomiast i na synodzie biskupów, i na prekonklawe poświęcono mu bardzo dużo miejsca. Migracja widziana z perspektyw Kościołów afry­kańskich czy azjatyckich to jedno z największych wyzwań dla Kocioła w ogóle.

W Kościele w Polsce przydałoby się nam wreszcie otwarcie oczu na ten wielki proces, który zachodzi na całym świecie. Tymcza­sem my udajemy, że go nie ma albo że się nam nie przydarzy, bo się na naszej granicy zatrzyma. To jakieś absolutne szaleń­stwo, ale też zamknięcie się na proces, który może mieć bardzo pozytywny wpływ na chrześcijaństwo w naszym kraju. Trud­no to jednak dziś tłumaczyć, a w takim kontekście patrzy na to zjawisko cały Kościół powszechny. Jak wspomniałem, ojcowie synodalni i kardynałowie na prekonklawe byli co do tego ab­solutnie zgodni. Widział to Franciszek i Leon XIV z pewnością też to dostrzega.

W herbie papieża Leona XIV są symbole maryjne i Augustyńskie: srebrna lilia na błękitnym tle, gorejące serce przebite ukośną strzałą, kojarzące się ze słowami św. Augustyna: "Przebiłeś moje serce swoją miłością", i hasło: "In illo uno unum" - "W Nim jednym jesteśmy jedno". Widać wyraźnie, że papież bardzo podkreśla swoją tożsamość augustiańską…

- Właściwie chyba nie ma przemówienia, w którym nie byłoby św. Augustyna.

Czy to w jakiś sposób charakteryzuje pontyfikat?

- Powiedziałbym, że Leon XIV jest bardziej augustiański, przy­najmniej jeśli chodzi o cytaty, niż papież Franciszek był jezuic­ki. Było widać po Franciszku, w jego sposobie działania na przy­kład, że był jezuitą, w jego nauczaniu nie ma natomiast wielu przywołań św. Ignacego Loyoli czy innych ważnych jezuitów. Papież Leon XIV cytuje św. Augustyna nieustannie, ale też do końca średniowiecza biskup Hippony właściwie nie miał so­bie równego autorytetu. Dziś przywołujemy jeszcze św. Toma­sza z Akwinu, ale do końca średniowiecza św. Tomasz nie był stawiany na równi ze św. Augustynem. W odwoływaniu się do niego papieża Leona widać pewien osobisty rys prowadzenia Kościoła. Papież uczy nas tego i przekazuje nam to, czym sam żyje. Jest augustianinem i trudno, by w inny sposób formuło­wał swoje przekonania. Robi to w zgodzie ze środowiskiem, w którym wyrósł.

Droga życia papieża Leona XIV pokazuje też bardzo bogate do­świadczenie ludzkie i eklezjalne. Przypomnę tylko, że to czło­wiek, który łączy różne kultury, różne narodowości. W Kościele był zakonnikiem, wychowawcą młodych, misjonarzem, genera­łem zakonu, pracownikiem sądu biskupiego, pasterzem diecezji, prefektem Dykasterii, o czym mówiliśmy na początku. Osobowość wielowymiarowa, co z pewnością ma też wpływ na sposób spra­wowania posługi Piotrowej.

- W życiorysie Roberta Prevosta uderza przede wszystkim to, jak bardzo był w zakonie zaangażowany w formację. Pracował też przez trzy lata w Kurii Rzymskiej. Mówiąc trochę pół żar­tem, pół serio, to wystarczająco długo, by poznać kurię, ale za krótko, by dać się zepsuć. Miał czas, by poznać zasady działa­nia kurii bezpośrednio po reformie papieża Franciszka, ale nie zdążył stać się "kurialnym wygą". Ten moment wejścia Roberta Prevosta do Kurii Rzymskiej był niewątpliwie opatrznościowy, bo teraz nie porusza się po niej jak po obcym terenie, a jedno­cześnie wniósł do niej pewną świeżość Kościoła niekurialnego. Reprezentuje podejście, o które chodziło papieżowi Francisz­kowi: kuria ma być w służbie Kościołów partykularnych, a nie odwrotnie. Myślę, że Rober Prevost, przychodząc do kurii, cią­gle kładł nacisk na Kościół realizowany w diecezjach, dosko­nale zdając sobie sprawę, że to, co się dzieje w Watykanie, jest na służbie tamtej, diecezjalnej rzeczywistości.

Ksiądz Kardynał uczestniczył w pierwszej Mszy papieża Leona XIV sprawowanej po wyborze. Ojciec Święty w jej trakcie przedstawił kil­ka priorytetów, jeśli chodzi o misję Kościoła. Powiedział jednak, że najważniejszą z nich jest głoszenie Chrystusa, które będzie prowa­dzić z jednej strony do osobistego spotkania z Nim, a z drugiej - do zaangażowania we wspólnocie. To myśl, która bliska jest także Księ­dzu Kardynałowi. Czy w tym jest przyszłość Kościoła?

- Bez tego nie ma przyszłości Kościoła. Tak bym powiedział. To myśl, która sięga Soboru Watykańskiego II i papieży sobo­rowych, w tym Pawła VI, który definiuje ewangelizację jako przestrzeń spotkania konkretnej osoby ludzkiej z Osobą Jezusa Chrystusa. To zasadnicza treść tego, co nazywamy kerygma­tem. Trzeba by w tym kontekście czytać też adhortację Evan­gelii gaudium papieża Franciszka. Żaden papież przed nim nie poświęcił tyle miejsca kerygmatowi, co właśnie papież Fran­ciszek. A zatem tak: to pokazuje papieża Leona jako papie­ża ewangelizacji. Nie może być inaczej, przyszedł z Ameryki Łacińskiej, z Kościoła mocno ewangelizacyjnego, z Kościoła, w którym powstał Dokument z Aparecidy…

To jednak wiąże się też z koniecznością przełamywania pewnych utrwalonych nawyków, wyuczonego sposobu bycia, stylu myślenia.

- Zmagamy się z tym, jeśli chodzi o Kościół powszechny, przy­najmniej od czasów Jana XXIII i wspomnianego Pawła VI, a na pewno Jana Pawła II, który jako papież często używał pojęcia "nowa ewangelizacja". To są już dziesiątki lat. Możemy sobie zrobić rachunek sumienia i zapytać, na ile idziemy za tym, cze­go uczą i ku czemu prowadzą nas papieże, a na ile stawiamy im opór w imię naszych oswojonych dróg, zastanych schema­tów i zachowań wynikających z przyzwyczajenia. Wydaje się nam, że te stare sposoby działają, bo przecież kiedyś działały. Nie mamy odwagi dostrzec, że tych schematów dziś już nikt nie rozumie. Nikt nie chce wchodzić w dialog z naszym języ­kiem, bo on nie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości. W tym tkwi problem, a rozwiązanie go wymaga nie tyle reformy, co nawrócenia. O tym też była mowa na ostatnim synodzie. Re­forma nie wystarczy, potrzebne jest nawrócenie. Reforma bez nawrócenia jest próbą mechanicznego działania w ramach Ko­ścioła, ale to nie ma prawa się udać. Można zmieniać struktu­ry czy metody, ale jeśli nie ma człowieka nawróconego, który w nowy sposób będzie głosić Ewangelię, zawsze tę samą, nic się nie wydarzy.

Czy Kościół, głosząc Ewangelię, nie powinien bardziej angażować się w sprawy społeczne i kształtowanie szeroko rozumianej kultury życia codziennego? O tym już wspominaliśmy, ale temat wydaje się waż­ny, bo często głoszenie i słuchanie Ewangelii nijak się ma do praktyki życia. Z jednej strony podziwiamy piękne akty miłosierdzia Pana Je­zusa, także wobec "obcych", a z drugiej - w konkretnych sytuacjach życia - nie mamy w sobie ewangelicznej miłości bliźniego - emigran­ta czy uchodźcy… W 2025 roku obchodziliśmy już 111. Dzień Mi­granta i Uchodźcy, ale ciągle brak nam śmiałości, by o tym mówić.

- Wydaje mi się, że papież Leon XIV bardzo wnikliwie obserwu­je rzeczywistość i stara się do niej odnosić, poczynając od naj­ważniejszej w tej chwili sprawy, czyli pokoju i wojny. Papież re­aguje na każdą zaostrzoną sytuację i natychmiast zabiera głos. Reaguje też, jeśli chodzi o sprawy klimatyczne. Widać więc, że sprawy społeczne, które można by określić mianem "dobra wspólnego", sprawiają, że papież natychmiast działa. Nie ma w nim strachu przed zaangażowaniem czy mówieniem na jakiś temat. W Polsce boimy się, że cokolwiek powiemy, zostanie zin­terpretowane politycznie. Papież tego lęku nie ma, ponieważ jego działania nie da się interpretować w kategoriach polityki, zredukować do niej. Leon XIV nie wypowiada się, licząc na ja­kąś polityczną skuteczność. Równie dobrze jego słowa mogą niczego nie zmienić, ale on i tak będzie się czuł w obowiązku powiedzieć swoje.

Natomiast my, "cztery piętra" niżej, jesteśmy wystawieni na atak. Na przyjęcie go trzeba być gotowym, zdając sobie spra­wę, że to nie będzie atak z pozycji religijnych, tylko z pozycji wyłącznie politycznych. W naszej rodzimej rzeczywistości wła­ściwie nie ma kwestii, która nie byłaby polityką. To przeraża­jące, ale tak jest. Taki jest odbiór.

Istnieje niebezpieczeństwo, że księża w Polsce będą się obawiać za­bierać głos w sprawach społecznych?

- Mam nadzieję, że nie. To nie jest kwestia tego, co o nas będą mówić, ale tego, w jaki sposób wyobrażamy sobie naszą misję tu i teraz, na tym kawałku świata, na którym nas Pan Bóg po­stawił. Bywa, że ci sami ludzie, którzy nie życzą sobie obecno­ści Kościoła w świecie publicznym, za chwilę jednak bardzo sobie jej życzą, bo spodziewają się, że padnie jakieś zdanie po ich myśli. Ani to pierwsze nie jest powodem, by milczeć, ani to drugie powodem, by mówić. Trzeba mówić wtedy, kiedy jest na to czas i podpowiada nam to odczytanie znaków cza­su. Tyle!

Po tych kilku miesiącach pontyfikatu nowego papieża, co Ksiądz Kar­dynał uznałby za najważniejsze jego wskazanie?

- Myślę, że jest nim pierwsza adhortacja Dilexi te - "Umiłowałem cię", która ukazała się 4 października 2025 roku. Widać wyraź­ne nawiązanie do tytułu ostatniej encykliki papieża Francisz­ka Dilexit nos - "Umiłował nas". To dowód pewnej ciągłości, a jednocześnie oryginalności. O ciągłości świadczy także te­mat adhortacji. Mówiło się w czasie prekonklawe, że Franci­szek zostawił materiał na encyklikę, która miała być poświęco­na ludziom ubogim. Jak widzimy, ubogim poświęcona jest też adhortacja Leona XIV. Przez tych kilka pierwszych miesięcy pontyfikatu Leon XIV pokazał też, że dość łatwo odnajduje się w tym, co dzieje się w Kościele, choć nie jest to proste. Kościół przeżywa Jubileusz, to wiąże się z setkami spotkań. Każdy, kto przyjeżdża na Jubileusz do Rzymu, ma nadzieję, że spotka się z Piotrem. Widać, że papież się nie oszczędza i rzeczywiście jest "dla ludzi".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
abp Grzegorz Ryś

Inkwizycja – historyczna konieczność czy diabelska pokusa?

Spośród rozmaitych ciemnych kart historii Kościoła inkwizycja szczególnie mocno działa na wyobraźnię. Stosy, tortury, polowania na heretyków, Żydów i czarownice. Tysiące ofiar i wszechogarniający lęk. Tak ją postrzegamy.

...

Skomentuj artykuł

Kard. Grzegorz Ryś: ten proces zachodzi na całym świecie, a udajemy, że go nie ma; to jakieś absolutne szaleń­stwo
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.