Czy duchowny powinien ujawniać publicznie swoje sympatie polityczne?

Czy duchowny powinien ujawniać publicznie swoje sympatie polityczne?
(fot. shutterstock.com)

Różnica poglądów między duchownymi może nieco razić. Ale przecież nikt ich nie zmusza do jednomyślności w kwestiach politycznych. Dopóki duchowny niczego mi nie narzuca, nie mówi na kogo głosować, nie ma problemu.

Nie milkną komentarze po wypowiedzi biskupa Wiesława Meringa, który zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego dziękował mu za wszystko co "robi i robił dla Polski" i uznał, że jego "sukcesy są naszymi sukcesami". Wielu komentatorów słowa ordynariusza włocławskiego uznało za wtrącanie się Kościoła do polityki i kolejny dowód tego, że Kościół ma sojusz z PiS. Inni dostrzegli w nich tylko przejawy sympatii biskupa do partii rządzącej.

Życie społeczno-polityczne w Polsce, głównie na styku polityki i Kościoła, obserwuję i komentuję od wielu lat. Pisałem o tym także kilka razy na DEON.pl. Za każdym razem staram się jednak oddzielić dwie przenikające się rzeczywistości. Granica pomiędzy nimi jest bowiem płynna. Ale z wystąpieniami w stylu biskupa Meringa mam pewien problem.

Nie mam wątpliwości, że komentowanie polityki na kościelnej ambonie jest wtrącaniem się w politykę. W kościele ludzie oczekują czegoś zupełnie innego. Za niedopuszczalne, wręcz naganne, uważam pozwalanie politykom na czysto polityczne wystąpienia podczas kościelnych uroczystości - a często jesteśmy tego świadkami np. na Jasnej Górze. Ale czy ksiądz lub biskup może ujawniać publicznie swoje polityczne sympatie poza świątynią?

Podczas pielgrzymki do Polski papież Benedykt XVI mówił do kapłanów, że mają być przede wszystkim ekspertami od spotkania człowieka z Bogiem. Ale jeśli ktoś czuje potrzebę komentowania także polityki, to dlaczego nie? Wielu księży ma na Facebooku, Twitterze czy innych mediach społecznościowych swoje konta, na gdzie na bieżąco komentują otaczającą ich - i nas - rzeczywistość. Inni robią to na antenach rozgłośni radiowych lub w telewizjach. Jeszcze inni zamieszczają swoje komentarze w prasie lub portalach internetowych. Z wypowiedzi jednych natychmiast widać, że są zwolennikami PiS, z drugich, że ich sympatia jest po drugiej stronie. Mają do tego prawo. Są w końcu ludźmi wolnymi, którzy żyją w demokratycznym kraju.

Różnica poglądów między duchownym może nieco razić. Ale przecież nikt ich nie zmusza do jednomyślności w kwestiach politycznych. Dopóki duchowny niczego mi nie narzuca, nie mówi na kogo głosować, nie ma problemu. Ale nawet jeśli powie, że mam przy urnie wyborczej zachować się w określony sposób, to przecież nie muszę go słuchać. Jego poglądy nie muszą mi odpowiadać. Mam słuchać jego głosu w odniesieniu do nauczania Kościoła, ale w innych sprawach nie.  Gdyby ksiądz, biskup pojawiał się na kongresie jakiejś partii i tam wygłaszał jakieś płomienne przemówienie nie byłoby wątpliwości, że wszedł w politykę. Ale dopóki tego nie robi, to niech sobie mówi o swoich politycznych sympatiach.

Wydaje się zatem, że nie powinno być żadnego problemu z wypowiedzią biskupa włocławskiego. A jednak jest. Otóż biskup Mering w pewnym sensie brał udział w wiecu partyjnym. Odbiorcami konferencji byli politycy i wyborcy jednej partii, którzy stanowili tam większość zaproszonych gości. Biskup był na niej obecny jako przedstawiciel Kościoła i jego słowa muszą być interpretowane w kluczu politycznym. I swoimi słowami biskup włocławski dał politykom mandat do występowania w imieniu Kościoła.

Robił to zresztą nie po raz pierwszy. W grudniu 2014 roku był biskup Mering (obok czterech innych hierarchów) członkiem Komitetu Honorowego "Marszu w obronie demokracji i wolności mediów", który był organizowany przez PiS. Pod wpływem krytyki medialnej i interwencji ówczesnego nuncjusza apostolskiego wycofał się z komitetu. W specjalnym oświadczeniu napisał, że robi to z troski o "jedność  Konferencji Episkopatu Polski", ale w kolejnym zdaniu zapisał: "Nie znaczy to, że ideały, o których realizację w życiu społecznym zabiegają organizatorzy marszu, przestały być mi bliskie".

Z kolei w styczniu 2016 r. w wywiadzie, który zrobiłem z nim dla "Rzeczpospolitej" stwierdził, że codziennie modli się za władze naszego kraju. I szybko uzupełnił: "Obecną ekipę rządzącą łatwiej i chętniej polecam Panu Bogu od poprzedniej. Trudno było prosić Boga o błogosławieństwo dla forsowania pigułki wczesnoporonnej i konwencji antyprzemocowej czy popierania aborcji".

To już nie jest tylko zwyczajne wyrażenie sympatii. To jasno wyrażona deklaracja i ustawienie się po jednej stronie sporu politycznego. A przecież Kościół ma łączyć, nie dzielić.

Tomasz Krzyżak - autor jest dziennikarzem, kierownikiem działu krajowego "Rzeczpospolitej". W wydawnictwie WAM wydał: "Nie mam nic do stracenia - biografia abp. Józefa Michalika" oraz "Wanda Półtawska - biografia z charakterem".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Tomasz Krzyżak
14,76 zł
36,90 zł

Mało jest w Polsce osób, które wzbudzają tak skrajne opinie. Ona jednak wydaje się tym zupełnie nie przejmować. Taki ma charakter, podobno niełatwy.

Ponad 60 lat temu jako młoda kobieta, była więźniarka obozu w Ravensbrück,...

Skomentuj artykuł

Czy duchowny powinien ujawniać publicznie swoje sympatie polityczne?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.