Czy podczas przygotowań do I Komunii można doświadczyć czułości Boga?

Czy podczas przygotowań do I Komunii można doświadczyć czułości Boga?
Fot. Depositphotos.com

Sezon komunijny w pełni. Słucham historii, które tu i tam wydarzają się w parafiach, i myślę, że przygotowania do pierwszej komunii to jeden z bardzo niedocenianych obszarów ewangelizacji. I że w wielu miejscach po prostu jako Kościół robimy to źle, zniechęcając ludzi, którzy mogliby zostać zachęceni.

Co zniechęca najbardziej? Wymagania finansowe, surowość oraz wyznaczanie koniecznych zadań, które z trudem da się dopasować do grafika rodzica mającego naraz pracę i więcej niż jedno dziecko. I może jeszcze poczucie skrępowania… wśród rodziców, od których nagle wymaga się, by ze swoją wiarą lub niewiarą odnaleźli się w grupie klasowej. A to grupa zwłaszcza w publicznych szkołach bardzo mocno zróżnicowana pod względem osobistej wiary.

Mogę to wszystko śmiało powiedzieć, bo moja własna parafia jest przykładem, jak można zrobić to dobrze, przynajmniej w większej części. Co jest dobre? Brak przymusu, pieczątek i podpisów. Jedna, nieduża składka, która wystarcza na wszystkie okołokomunijne potrzeby, od dziecięcych książeczek do nabożeństwa począwszy, przez dar ołtarza i kwiaty, na ofierze za białotygodniowe msze skończywszy. Dwa dobre spotkania dla rodziców, na których ksiądz wyjaśnia, jak duchowo wejść w przygotowania do komunii i jak wesprzeć dzieci w przygotowaniu się do pierwszej spowiedzi. Różaniec, roraty, drogi krzyżowe, nabożeństwa majowe – na to wszystko dzieci z bliskimi dorosłymi są zaproszone w miarę możliwości. Nie ma sprawdzania obecności ani nieprzyjemności, gdy jej brak.

Nie znaczy to, że nie ma minusów. To na przykład ustalanie np. terminów prób albo mszy w białym tygodniu w taki sposób, że potrzeba niezłej ekwilibrystyki, by na nie dotrzeć. Do tego jeszcze rodzic, który stara się z całych sił, by wziąć udział we wszystkim, co ważne, dostaje często po głowie za to, że jedna rzecz nie wyszła. I że nie chce mu się poświęcić czasu na „tylko jedno” nabożeństwo, „tylko jedno” spotkanie, a przecież komunia jest raz w życiu…

Tak. Dla konkretnego dziecka – raz. Ale dla rodzica – może raz, a może trzy albo pięć. Moje prywatne życie przez ostatnie dwa lata jest dopasowane do kalendarza przygotowań komunijnych, a przecież to nie jedyna rzecz, którą jako rodzina w życiu robimy. Staram się, jak mogę, manewrując wszystkimi innymi zobowiązaniami, podobnie jak wszyscy inni rodzice. A gdy się raz nie udaje, jesteśmy z wyższością upominani jak dzieci, którym nie chciało się odrobić lekcji.

Wtedy mam dość. A gdy słucham innych historii, mam czasem ochotę krzyczeć. Sama mam na tyle bliską relację z Jezusem, że kocham Kościół taki, jaki jest, i nic nie jest w stanie mnie z niego wyrwać. Ale jestem w mniejszości. I w świecie, w którym Kościół zbiera najgorsze noty, wizerunek leci na łeb, na szyję, a ludzie masowo od religii uciekają, nie ma nic głupszego, niż udowadniać, że Kościół w realu wcale nie jest lepszy od swojego obrazu w mediach.

Słucham o tym, jak w innej parafii został przedstawiony zdumiewający liczbami cennik mszy w białym tygodniu. Rodzice powiedzieli, że tyle kasy już po prostu nie mają, bo wcześniej wyzerowały budżet drogie kwiaty do kościoła, drogi dar ołtarza i inne drogie wyrazy podziękowania. Powiedzieli - i dali mniej. Osoba „kościelna” odpowiedzialna za przekazanie pieniędzy zajrzała do koperty, oburzyła się, że kwota jest mniejsza (a mała nie była), dołożyła ze swoich i od rodziców zażądała zwrotu, informując, że wstydzi się za nich (sic!), bo dali mniej, niż należało.

Naprawdę, z historii o przygotowaniach do komunii można by z łatwością stworzyć antyporadnik budowania wizerunku Kościoła. I gdyby to były zwykłe kościelne legendy, można by było machnąć ręką. Ale nie są. To historie prawdziwe, czasem podkręcone przez emocje, ale te emocje nie biorą się znikąd. Generuje je poczucie bycia dotkniętym przez kościelny system, w którym tyle się mówi o odpowiedzialności, wolności, budowaniu wspólnoty, relacji z Bogiem – a potem odhacza się obecności, przelicza kasę i ustawia terminy, nie pytając uczestników, czy im pasują.  

Nie chodzi o to, by od teraz każdą decyzję przerzucić na rodziców. By z nimi ustalać terminy prób, godziny mszy, kolor różańców i ilość koniecznych obecności. Chodzi o to, by nie organizować nagłego religijnego maratonu ludziom, których relacja z Bogiem jest wątła. Oni zagryzą zęby, poświęcą popołudnia na dostarczenie dzieci na odpowiednie nabożeństwa, zbiorą naklejki lub podpisy, dadzą na składkę, odcierpią upomnienia i wyrzuty, będą milczeć i zgodzą się na to, co się im proponuje, żeby doprowadzić dziecko do komunii – i mieć z głowy.

Czasem mieć z głowy i wrócić do zwykłego życia wiarą, mieszczącego się bez kłopotów w kalendarzu, kiedy indziej mieć z głowy na kolejne pięć lat, do czasu, gdy dziecko trafi w tryby przygotowania do bierzmowania. A czasami – mieć z głowy już na zawsze.

Co roku, w kontekście pierwszej komunii, boli mnie to samo.
W mało której parafii ten rok jest poświęcony rozwijaniu relacji z Bogiem. W większości jest poświęcony relacji z osobami duchownymi i zasadami moralnymi. Dzieci uczą się modlitw na pamięć, tego, jak otworzyć usta i jak stać, tego, że w kościele muszą być grzeczne, ciche, spokojne i posłuszne, a gdy łamią kościelny „regulamin” – niemal na pewno zostaną poczęstowane niemiłą uwagą. I będą się musiały natychmiast wyspowiadać! Rodzice uczą się, że tego systemu nic nie zmieni, że nic tu dla nich nie ma poza oczekiwaniami, by poświęcić czas i kasę, by stanąć na wysokości zadania. By dawać dzieciom dobry przykład i niczego nie zaniedbać. Gdy zaczyna się taki wykład, przestaję słuchać po dwóch minutach, zanim trafi mnie szlag.

Bo bycie chrześcijaninem nie polega na doskonałym przestrzeganiu moralnych zasad, a dopiero gdy się tę doskonałość osiągnie, nadejdzie czas na myślenie o relacji z Bogiem. Najpierw jest miłość! Najpierw jest relacja. Najpierw jest spotkanie, jest spojrzenie Bogu w twarz, doświadczenie Jego bliskości. Zasady i regulaminy są wtórne wobec miłości! Nie jest w stanie ich przyjąć ktoś, kto nie rozumie, że podyktowała je troska i czułość, a nie absolutna chęć kontroli. A żeby to zrozumieć, trzeba spotkać żyjącego Jezusa.

Czy możliwe jest takie poprowadzenie przygotowania, by w ciągu tego jednego roku dzieci i dorośli mogli w osobistej relacji spotkać czułego Boga? Jak to zrobić? Kto będzie mieć w sobie tyle mocy, by potrząsnąć tą wygodną rzeczywistością, którą mamy, i zmienić ją z prostej listy zadań do odhaczenia w przestrzeń spotkania? Nie wiem. Ale czekam z utęsknieniem.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza pisaniem ogarnia innym ludziom ich teksty i książki. Na swoim Instagramie organizuje warsztatowe zabawy dla piszących. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem. Jest żoną i matką. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Zuzanna Radzik

- Puk puk.
- Kto tam?
- To my, więcej niż połowa Kościoła!

Taki improwizowany dialog krzyczały kobiety w stronę hierarchów udających się na synod w 2018 roku.

Ruch równouprawnienia w Kościele to...

Skomentuj artykuł

Czy podczas przygotowań do I Komunii można doświadczyć czułości Boga?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.