Dlaczego język kazań tak bardzo różni się od tego, którym mówimy?

Dlaczego język kazań tak bardzo różni się od tego, którym mówimy?
Fot. Unsplash
5 miesięcy temu

Gdy zaczyna się od historyjki z życia, jest szansa, że nie będzie tak źle. Jeśli od wiersza, wiem, że to będzie próba charakteru. A gdy startujemy od opowiastki Bruno Ferrero – na dziewięćdziesiąt dziewięć procent dalej będzie tylko gorzej.

Przygotowując pewne warsztaty, zapytałam w jednej z katolickich, facebookowych grup o przykłady „kościelnego” języka. Miałam na myśli charakterystyczne sformułowania nie tylko duchownych, ale i świeckich, jednak na ponad dwieście pięćdziesiąt komentarzy większość dotyczyła języka… kazań. Bo jak w starym dowcipie: ksiądz nie je, tylko spożywa, nie idzie, ale kroczy, nie chce, tylko pragnie i nie mówi kazania, tylko wygłasza słowo. A czcigodni bracia i siostry, zgromadzeni przy eucharystycznym stole, niczego innego nie pragną w głębi swych serc, jak tego, by wygłaszanie wreszcie się skończyło.

Nie dlatego, że my, świeccy, nie lubimy słuchać homilii ani kazań. Nie dlatego, że z nawyku zaczyna nam się nudzić zaraz po Ewangelii i odpływamy myślami tuż po wiadomym, bratersko-siostrzanym zawołaniu (choć jeszcze gorzej jest, gdy z ambony słyszymy „szanowni państwo…”). Nie dlatego, że homilie bywają długie jak tegoroczna zima i porywające jak mdły zefirek.

Nie lubimy słuchać, bo język kazań tak bardzo się różni od tego, co słyszymy i mówimy w zwykłym, codziennym życiu, że natychmiast dostajemy nagłego ataku nieprzystawalności jednej rzeczywistości do drugiej, a mózg jasno kwalifikuje treści jako „nie do mnie” i oddaje się mniej pobożnym rozrywkom, jak liczenie kapeluszy, obserwowanie wróbla, który wleciał do kościoła (narobi na figurę, czy nie?) – a w czasach pandemicznych – odliczanie obecnych z podziałem na kaszlących i niekaszlących.

A minuty mijają. Minuty pełne kroczenia i przyjmowania trudu, pełne brania swoich krzyży i rozważania w swoim sercu. Minuty wypełnione cudzą, wyszperaną wczoraj koło północy w otchłani internetu sążnistą homilią na piętnastą niedzielę zwykłą, rok A.  

Najczcigodniejszy nasz kapłan zachęca do pochylania się z troską, do czynienia, podążania i miłowania, chcąc nas ubóstwem swoim ubogacić. Tym językowym. Bo Ewangelia jest bogata w znaczenie, prosta i piękna, a dobrze znane biblijne wersety i wyrażenia są wyjątkowe i brzmią poruszająco i uroczyście, dopóki się ich homiletycznie nie zarżnie nadużywaniem w sprawach mniejszej wagi. Wtedy przestają być przestrzenią zapraszającą do wchodzenia w boskie tajemnice, a zaczynają być znakiem rozpoznawczym katolickiej nudy i oklepania. Wtedy charakterystyczne biblijne frazy, powtórzone w kazaniach tysiąc razy, stają się sloganami, pusto brzmiącymi, bez mocy przekonywania.

A my chcemy mocy.
Chcemy być przekonywani i to przekonywani skutecznie.
Chcemy czuć, że nam się głosi żywego Boga, a nie tylko do nas monotonnie gada, jakby skończyła się kroplówka z testosteronem.
Że te słowa są szczególne, a nie tylko podkreślany jest ich szczególny wyraz.
Bo gdy nie są, wychodzimy z kościoła głodni. Święty Paweł na pewno nie napisał: biada mi, gdybym nie głosił kwiecistych kazań.

Wszystko to, co wyżej, byłoby tylko zaczepką, gdyby nie jeden trudny fakt: język kościelny często staje się przeszkodą nie do pokonania dla tych, który nie mają z nim do czynienia regularnie i stale. Język kościelny, nie język Kościoła. Czym się różni język kościelny od języka Kościoła? Tym, czym ciepła woda z kranu od wody z czystego, górskiego strumienia. Obie można wypić. Tylko do jednej chce się wracać. Kto wróci, gdy już będzie można? Kto uwierzy, że Słowo Boże jest o wiele bardziej żywe od usypiającego kazania? Kto będzie miał ochotę i determinację, by ponownie przyzwyczaić się do odklejonych od świata kościelnych frazesów?

A gdy pandemia sprawia, że nas w kościołach nie ma albo jesteśmy zdalnie w tych, gdzie homilia nas porusza – trudno nam jest wracać do swoich parafii. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy w nich księży głoszących Chrystusa prosto, blisko, bez napuszonych kościółkowych sloganów. Komentujących i zanurzających nas w Ewangelii, a nie w świeckich, świątobliwych przypowiastkach na zbliżony temat. Mówiących do nas tak, że chcemy słuchać, bo to jest język, jakim sami mówimy. Nawet, jeśli my sami nie mówimy nim o Bogu.

Bo nam bardzo potrzeba mówienia o Bogu. Takiego, które zrozumiemy, zapamiętamy i powtórzymy komuś bliskiemu. Takiego, które nas do Niego pociągnie i zbliży. I są tacy, co tak właśnie mówią. Wciąż nieliczni.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza swoim pisaniem ogarnia ludziom ich teksty i książki i wspiera w budowaniu relacji ze Słowem na ewangelizacyjnym blogu Maluczko. Żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Papież Franciszek, Stefan von Kempis
25,94 zł
39,90 zł

Daj się rozpalić Słowu

Stary i zniszczony egzemplarz Biblii towarzyszy Franciszkowi od kilkudziesięciu lat. To najcenniejszy skarb naszego papieża, świadek jego radości i płaczu, prawdziwe źródło jego Ewangelicznej energii. Dla Franciszka Biblia nie jest pięknym...

Skomentuj artykuł

Dlaczego język kazań tak bardzo różni się od tego, którym mówimy?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.