"Gorsi ludzie" nie są gorsi!

"Gorsi ludzie" nie są gorsi!
(fot. shutterstock.com)

Chcemy takiej przestrzeni, publicznej i prywatnej, w której nie ma miejsca na "gorszych ludzi", z ich brudem, dziwnymi, nienormatywnymi zachowaniami. W życiu prywatnym to oczywiście zrozumiałe. Ale ta "dyktatura komfortu" w przestrzeni publicznej zaczyna się robić coraz bardziej nieludzka.

Zima długo była zdecydowanie łagodna, ale w końcu przyszły nieco większe mrozy. Wraz z nimi, niestety, częstsze przypadki zamarznięć. Wielu ludzi mówi w takiej sytuacji: nas takie problemy nie interesują, zamarzają bezdomni i pijacy, którzy sami sobie są winni. Czy rzeczywiście mamy prawo być kompletnie obojętni?

Zamarznięcia wśród bezdomnych - owszem - to temat "sezonowy", "okolicznościowy". Często padają wówczas najbardziej stereotypowe opinie o ludziach bezdomnych, ze wskazaniem, coraz mniej prawdziwym w polskich realiach społeczno-gospodarczych, że to alkoholizm jest przyczyną ich bezdomności.

"Skoro piją, skoro sami siebie skazali na bezdomność, to sami są winni sobie" - nie tak rzadko słyszałem ten argument ze strony "porządnych ludzi". Gdyż czasem jest tak, że częścią "bycia porządnym" jest psychologiczne usprawiedliwienie dla wysoko wzniesionego muru "osobistego strzeżonego osiedla".

Na tym "strzeżonym osiedlu" zamykamy się ze swoim "porządnym życiem", gromiąc wzrokiem leżącego na ławce w zimie człowieka albo warcząc ze złości w autobusie komunikacji miejskiej, w którym przysypia śmierdzący kloszard. I nie tak rzadko pytamy: jakim prawem społeczne wyrzutki pchają się do naszego, lepszego świata, za którego użytkowanie płacimy?

Zbyt sterylny świat

Mam wrażenie, że w ciągu dekad rodzimych przemian, szczególnie w młodszych pokoleniach, wyraźnie zaznaczyły się tendencje społeczne związane z wizją coraz bardziej sterylnego i hiperbezpiecznego świata.

Chcemy takiej przestrzeni, publicznej i prywatnej, w której nie ma miejsca na "gorszych ludzi", z ich brudem, dziwnymi, nienormatywnymi zachowaniami. W życiu prywatnym to oczywiście zrozumiałe. Ale ta "dyktatura komfortu" w przestrzeni publicznej zaczyna się robić coraz bardziej nieludzka.

Polska jest jednym z tych krajów w Europie, w którym powstaje najwięcej strzeżonych osiedli. Znamienna jest ta chęć odseparowania się, moda, która w znacznie mniejszym stopniu występuje wśród mieszkańców bogatszych od nas państw zachodnich.

Z jednej strony szczycimy się swoją chrześcijańską postawą względem bliźnich i chrześcijańskimi wartościami - co chętnie przeciwstawiamy "cywilizacji śmierci" Zachodu, z drugiej silny jest u nas kult sobkowatości, grodzenia się, odseparowywania od innych ludzi, zamykania w czterech ścianach życia rodzinnego, ale coraz częściej także - życia samotnego.

Duże wrażenie zrobił na mnie opublikowany całkiem niedawno na DEON.pl wywiad Piotra Żyłki z siostrą Małgorzatą Chmielewską. Znam takich, którzy mówią, że jest ona zbyt medialna, że "za dużo jej wszędzie".

Tylko że gdyby jej zabrakło, to w naszych dyskusjach publicznych, katolickich i zupełnie świeckich, właściwie nie byłoby już komu mówić i świadczyć o takim szaleńczym, kompletnie niepasującym do naszych czasów zaangażowaniu w praktyczne miłosierdzie.

Nie wszystko pachnie fiołkami

Gdy czytam rozmowy z siostrą Chmielewską zawsze uderza mnie fakt, że ona nigdy nie przymyka oczu na ludzkie przewiny, niedomagania, rzeczywiste zło z jakim borykają się ludzie. Nie mówi, że zepsute powietrze pachnie fiołkami, że w życiu bezdomnych, życiowo nieporadnych czy moralnie pogubionych nie odgrywa znaczenia alkohol, doświadczenia przestępcze itp.

Jest tego świadoma - a jednak pomaga, co więcej: czyni to bezinteresownie. Nie moralizuje - stara się pomóc, akceptuje nawet to, że wielu bezdomnych alkoholików po okresie zimowym znów wraca do picia. Traktuje ich po ludzku i po bożemu w odczłowieczeniu, jakiego doznają.

Powie ktoś: nie każdy może tak działać. To prawda - wiem to najlepiej po sobie. Niemniej możemy zacząć (i może całe życie zaczynać) od rzeczy bardzo drobnych. Świetnie rzecz opisał Misza Tomaszewski, naczelny magazynu "Kontakt": "Temperatura spadła wyraźnie poniżej zera, więc zawieszam do odwołania moje warunkowe zrozumienie dla ludzi upominających się o komfort swojego przejazdu środkami transportu publicznego. W tych warunkach wyrzucenie bezdomnego człowieka, nawet tego bardzo zaniedbanego, z autobusu lub z klatki schodowej jest po prostu − nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu − s...em. Dodajmy, że bierne przyzwolenie na s...wo jest współuczestnictwem w s...ie. I nie jest to sprawa żadnego współczucia ani żadnej litości. Chodzi o elementarny obowiązek moralny w stosunku do człowieka, którego życie jest zagrożone i który nie ma dokąd pójść (miejsca w warszawskich schroniskach od wielu tygodni są zajęte). To zarazem kiepski moment na pielęgnowanie wątpliwości w rodzaju: »Zagadać czy nie zagadać?«. Jeśli ma się podejrzenie, że napotkany na ulicy bezdomny człowiek jest narażony na poważne wychłodzenie organizmu, należy natychmiast podjąć próbę kontaktu i w razie potrzeby zadzwonić po Straż Miejską".

Drobne gesty, ważne gesty

Nie osądzajmy człowieka, który zimą leży bez ruchu na ławce, na ziemi. Możemy wykonać jeden prosty gest: zadzwonić pod któryś z tych numerów: 112, 997 lub 986. Jeśli boimy się podejść - możemy poczekać, aż ktoś przyjedzie, udzieli profesjonalnej pomocy.

Czy uratowanie czyjegoś życia nie jest tego warte? Ale to nie jedyna forma pomocy, w jaką możemy się zaangażować. W sezonie jesienno-zimowym wiele organizacji, świeckich i religijnych, zbiera ciepłą odzież. Zajmie nam najwyżej godzinę czy dwie (to także może być forma ofiary - godzina z własnego czasu) poszukanie, upranie i posegregowanie ciepłej odzieży, która w szafach czeka "na świętego nigdy" na jeszcze jedno użycie. Swetry, kurtki, czapki, które "może się jeszcze przydadzą" często już się naprawdę nie przydadzą. Oddajmy je.

A jeśli nie chcemy czekać, aż ktoś będzie zbierał rzeczy - przyznam, kilkakrotnie tak w życiu robiłem - można je położyć na ławce w parku, dobrze zabezpieczone przed opadami śniegu czy deszczu. Zbieracze, złomiarze są jak skrzętne mrówki, szybko znajdą taki pakunek. Lepsze to niż wrzucanie ciuchów do blaszanych kontenerów na odzież, w których nieraz rzeczy szybciej się zaśmierdną, niż do kogoś trafią.

Ludzie bezdomni, ludzie, którzy nam uwierają swoją nędzą naprawdę nie są wrogami. Oni boją się jeszcze bardziej - a nawet jeśli bywają natarczywi, to z reguły nawet "słaba płeć" potrafi się łatwo od tego uwolnić.

Nie mówiąc już o nas, mężczyznach - nie udowadniajmy sobie i światu męskości, odnosząc się z głośną pogardą czy ledwo wstrzymywaną brutalnością do śmierdzącego kloszarda w autobusie. Jeśli chcemy pokazać komuś swoją dzielność - postawmy się szefowi, gdy trzeba, albo osiłkom rozrabiającym na przystanku.

Tak często jesteśmy uprzejmi przede wszystkim wobec tych, którzy są nam "społecznie równi" albo od których jakoś zależymy. Czyż i poganie tego nie czynią?

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

"Gorsi ludzie" nie są gorsi!
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.