Pięć myśli wokół aferki z egzorcyzmowanymi kotami

Pięć myśli wokół aferki z egzorcyzmowanymi kotami
Fot. Depositphotos.com

Obserwuję sobie od kilku dni małą aferę, która toczy się wokół księdza Dominika Chmielewskiego. I tak właściwie to mam już dość wszystkiego, co się z tematem wiąże...

Myśl pierwsza. Mam dość youtuberek, które pięknie wyczuwają trend i klimat i jadą po Kościele, aż miło, wiedząc doskonale, że takie treści zbudują im zasięgi i pozwolą szerzej zaistnieć. I które na podstawie kazań jednego księdza (przypominam, że w Polsce jest ich około 30 tysięcy) dochodzą do wniosku, że Kościół nie ma sensu, a Biblia jest idiotyzmem, oraz rozwodzą się nad tym, do jakich emocji je słuchanie kazań je doprowadziło (wymioty, pięć tygodni zwolnienia z pracy, trauma postreligijna i odkrycie, że przeżywają to, co osoby, które „bardzo dużą część życia zmarnowały dla organizacji, która nie jest tego warta” - nie, nie żartuję). 

Myśl druga. Mam dość księży, którzy mimo ustalonych zasad, by nie mówić o tym, co się dzieje podczas egzorcyzmów, gadają o tym na kazaniach, jakby nie mogli znaleźć innego przykładu. Nie znoszę tego uczucia, gdy jako teolog muszę się tłumaczyć z cudzych słów – takich przypadków jest w ostatnich latach sporo, wystarczy przypomnieć słynny salceson, teraz doszły koty. Tak, jest jasno powiedziane, że „głupstwo dla świata” i chrześcijanie przez ten świat nie będą kochani, ale na litość, powodem ma być gorliwa wiara, a nie obijanie się o krawężniki na przemian złośliwości i herezji!

Czy egzorcyzmowanie kota jest głupotą? Każdy, kto choć trochę ma pojęcie o złożonej rzeczywistości egzorcyzmowania, wie, że wydarzają się tam rzeczy przedziwne i większości z nich nie da się normalnie opowiedzieć ludziom, którzy są daleko od wiary, bo zrozumienie tego, co się tam dzieje, wymaga znajomości kontekstu. Wyrwane z tego kontekstu „anegdotki” z egzorcyzmów są klasycznym samobójem katolików żyjących w świecie rozhulanego internetu, w którym błyskawicznie niesie się wieść, może i osiemnaście razy zmieniona po drodze, ale wciąż dowiązana do konkretnej rzeczywistości. A jeśli to jakaś katolicka wpadka, jest gwarantowane, że zaraz zaczną ją obrabiać wewnątrzkościelni komentatorzy, a efekty ich obrabiania, po raz kolejny i prześmiewczo obrobione, trafią na wykop i do aszdziennika, zanim ktokolwiek zdąży powiedzieć „kot z wyegzorcyzmowanymi nogami”. Dlatego właśnie jest takie zalecenie dotyczące egzorcyzmów: nie gadać. Ma głęboki sens i musiałabym się wiele razy mniej wstydzić za moich braci kapłanów i braci świeckich, gdyby zwyczajnie było przestrzegane.

Myśl trzecia. Dobre braterskie upomnienie nie odbywa się w publicznej przestrzeni internetu. Wytykanie błędów na forum świata nie zachęca do zmiany spojrzenia. Wysublimowana (lub wcale nie) ironia naprawdę nie pomaga nikomu, kto skręcił w złą stronę, wrócić do źródła – raczej oddala, zamyka i każe się okopywać w przekonaniu, że świat mnie prześladuje, czyli jestem na dobrej drodze. Przykładów ostatnio mamy kilka i oby więcej nie było.

Myśl czwarta. Widzę w naszym Kościele mnóstwo ludzi, którzy nie mają takiej relacji z Bogiem i takiej znajomości własnej wiary, by wiedzieć, co jest zdrową nauką Kościoła, a co jest herezją. To oni idą za każdym, kto wydaje się być gorliwy i głosić z pasją – i to ta gorliwość i pasją staje się dla nich miarą prawdziwości głoszonej nauki. Czasem trafiają dobrze, czasem źle. Kto powinien ich nauczyć, jak odróżniać zdrową naukę od tej wątpliwej? Nie ma przecież w internecie strony zatytułowanej „zdrowa nauka katolicka” z listą pytań i odpowiedzi… I niewiele jest osób, które potrafią z łagodnością wyjaśniać wątpliwości, rodzące się gdzieś na dnie serca i tam chowane.

Rozumiem ludzi niewierzących, którzy widząc katolików kłócących się o detale prawd wiary – kluczowe, ale dla niewierzących niezrozumiałe – szykują popcorn i siadają przed komputerem, czekając na piękne katolickie samozaoranie, które niechybnie wkrótce nastąpi. Kiedy? Zaraz po tym, gdy ktoś zamiast głosić Ewangelię, zaczyna głosić swoje o niej wyobrażenie, podparte dziko zinterpretowanym tekstem biblijnym. I zaraz po tym, jak ktoś inny odpali czerwoną racę z napisem „herezja!” Czy trzeba do tego znać Ewangelię albo chociaż wiedzieć, o co chodzi w Kościele? Nie. Czy trzeba wiedzieć, co to herezja? Nie, skąd. Anime bez lektora i napisów też przynosi dużo frajdy, jak się je ogląda, nie znając japońskiego. 

Myśl piąta. Herezji w myśleniu o Bogu i Kościele nie brakuje. Jako teolog dogmatyk mogę to, niestety, szczerze i odpowiedzialnie powiedzieć.  Ale jednak bardzo rzadko ktoś wygłasza je ze złą intencją. I ciężko patrzy mi się na tę jatkę, do której dochodzi, gdy katolicy próbują sobie udowodnić swoje racje, nie przejmując się drugim człowiekiem, jego wrażliwością, jego sercem, poświęceniem. Tym ciężej, że przecież wiem, z czego się to bierze: z troski o Kościół i o zbawienie innych zwolenników naszej drogi.  Z troski o prawdę, tę prawdziwą, jedyną, której istnienie jest coraz częściej podważane na rzecz prawd osobistych kategoryzowanych według słynnego tischnerowskiego podziału.

Dlatego zwyczajnie boli mnie styl, w jakim ta troska się wyraża, i skutek, jaki przynosi.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza pisaniem ogarnia innym ludziom ich teksty i książki. Na swoim Instagramie organizuje warsztatowe zabawy dla piszących. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem. Jest żoną i matką. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. W Wydawnictwie WAM opublikowała podlaski kryminał z podtekstem - "Ciało i krew"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Marta Łysek

Zło jest bliżej niż ci się wydaje…

Sokółka, mała urokliwa miejscowość na Podlasiu. Spokojne życie mieszkańców przerywa zagadkowe zaginięcie proboszcza. Strach i napięcie potęguje wiadomość, że w okolicy doszło do brutalnej zbrodni.

Grzegorz Sobal, kiedyś...

Skomentuj artykuł

Pięć myśli wokół aferki z egzorcyzmowanymi kotami
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.