Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj
(fot. shutterstock.com)

Nie jest tajemnicą, że przez wieki katolicy żyli w oparach seksualnego absurdu. Przyjemność kojarzona była z hedonistycznym podejściem do życia. Seksualność została wciśnięta do duchowego gabinetu krzywych luster.

Ponieważ sprawa dotyczy każdego z nas, a temat jest niezwykle delikatny i mam wrażenie, że mocno nadszarpnięty, dlatego dla rozluźnienia atmosfery zacznę od dowcipu.

Mąż szepcze namiętnie swojej żonie do ucha:

- Nie mam slipek...

- Jutro ci wypiorę.

A teraz ustalmy jakiś wspólny mianownik tych rozważań. Wszyscy zgodzimy się, że seks jest dobry. Bo wszystko co stworzył Bóg jest dobre. A nawet więcej, bo to co ma związek z człowiekiem jest bardzo dobre. Niestety wydarzył się nam grzech pierworodny, który choć zmazany na chrzcie świętym, nadal promieniuje w nas konsekwencjami. Oznacza to tyle, że aby ten boski pierwiastek piękna w nas trwał, musimy szlifować swoje serca wraz z Bożą łaską.

Wielki wybuch

Nie jest tajemnicą, że przez wieki katolicy żyli w oparach seksualnego absurdu. Przyjemność kojarzona była z hedonistycznym podejściem do życia.

Seksualność została wciśnięta do duchowego gabinetu krzywych luster. W które lustro by nie spojrzeć, tam przybierała ona tak bardzo nienaturalną postać, że jeżeli się o niej mówiło, to przede wszystkim w kontekście grzechu, ascezy, umartwień i spowiedzi. Za seksualne poruszenia należało Boga przepraszać.

Nie były one darem. Seks był tematem tabu. Taki mieliśmy klimat, nie tylko kościelny, ale ogólnoświatowy. Stety seksualność jest potężną energią. W końcu to dzięki niej gatunek ludzki nadal zaludnia planetę Ziemia. Wraz z upływającym czasem, balon stłumionej i sprowadzonej do podziemi seksualności, zaczął przybierać ogromnych rozmiarów, w końcu pękł pod postacią rewolucji seksualnej.

Wraz z tą społeczno-obyczajową zmianą, nastał czas rachunku sumienia dla pasterzy Kościoła. Temat przemilczany, sprowadzony do manichejskiego myślenia: ciało to grzeszność, fuj i w ogóle bleh, został zagłuszony hasłem "zabrania się zabraniać!". Amboną dla młodych stały się odbiorniki radiowe, telewizyjne, festiwale muzyczne i wszelkiego rodzaju wolnościowe zloty. Seksualność, dla odmiany, miała być niczym nieskrępowana.

Wiosna przez duże S

Mądrzy pasterze Kościoła, aby odzyskać panowanie nad kierownicą, zaczęli przełamywać utarte myślenie o grzesznej cielesności. Słowo na "S", wyjęte zostało spod cenzury. Nieczystość przestała być Jedynym Grzechem Głównym i wróciła do szeregu, czyli jako jeden z Siedmiu Grzechów Głównych.

Młodzi coraz częściej zaczęli słyszeć o wartości i wspaniałości naszej seksualnej natury. Ktoś wreszcie zaczął mówić do małżonków o tym jednym z ważniejszych aspektów ich życia. Pojawiły się ruchy chrześcijańskie dopingujące wszystkich, którzy pragną przeżywać swoją cielesność w czystości. Jednym słowem wiosna, przez duże S! Jak się z perspektywy czasu okazało, odpowiedzią na promowaną swawolę, była duchowa skrajność, czyli lukrowanie rzeczywistości.

O akcie małżeńskim, jako jednoczącej komunii dwóch osób w mistycznym Ciele Chrystusa, zaczęto mówić nowomową kościelną. Językiem i obrazami tak przebóstwionymi, tak wysoko latającymi nad ziemią, że z trudem trafiającymi do przysłowiowych Państwa Kowalskich. Sypialnia stała się świątynią, łóżko ołtarzem, współżycie ofiarą, a wszystko to poprzedzone modlitwą przy świecy.

Zbliżenie małżonków porównywane do Mszy świętej, okraszone przykazem płodzenia dzieci (zawsze!), naturalnie z małżeńskiej alkowy wypędziło zdrowe poczucie wolności, zabawy, humoru i spontanicznej radości. Nie ma się co dziwić, że w takiej atmosferze seks w rzeczy samej jest ofiarą.

Równanie z gwiazdką

Wiadomo, że od nadmiaru słodkości psują się zęby i może człowieka zemdlić. Na kościelne niestrawności przyszedł z odsieczą człowiek okrzyknięty mianem "katolickiej rewolucji seksualnej", czyli o. Knotz. Myślę, że niejeden świecki zakrztusił się z wrażenia, kiedy czytał lub słuchał wypowiedzi tego Mnicha. Do równania: ona plus on równa się małżeństwo, zakonnik dopisał gwiazdkę, a pod nią takie słowa jak orgazm, seks oralny, wargi sromowe, łechtaczka, penis, sperma, gadżety seksualne, fantazje erotyczne, i tak dalej. A wszystko to nazwał "dobrym", niczym Pan Bóg w księdze Rodzaju.

I mamy nasz wspólny mianownik! Włala! Wracamy do punktu wyjścia: seks jest dobry, a nawet boski, jak głosi tytuł jednej z książek o. Knotza. I choć całkiem możliwe, że już nawet nie otwierasz lodówki z obawy przed pojawieniem się w niej zakonnika, to trzeba go docenić za podjętą próbę wypośrodkowania Tych Spraw.

Za zgrabne łączenie duchowości z cielesnością, za walkę ze skrupułami, które w nadmiarze obciążają małżeńskie łoża katolików. Szlak przetarty, mamy zielone światło, byśmy jako ci najbardziej zainteresowani, zaczęli ze sobą o seksie rozmawiać, dawać świadectwo jego piękna. By to co przez wieki było zakopane 50 metrów pod ziemią, a potem odarte z intymności, wreszcie stało się naszym małżeńskim chlebem.

Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj, Boże.

Natalia Białobrzeska - żona i mama, szczęśliwa kura domowa

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Seksu naszego powszedniego daj nam dzisiaj
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.