Osoba wykorzystywana seksualnie: "Nie jestem przedmiotem!" [WYWIAD]

Osoba wykorzystywana seksualnie: "Nie jestem przedmiotem!" [WYWIAD]
Fot. Evgeny Atamanenko/depositphotos.com
5 miesięcy temu

- Trzeba się liczyć z tym, że będzie to początek wielu upokorzeń i pozbycia się wszelkiej prywatności. Że zgłaszając przestępstwo, ponoszę o wiele większy koszt niż sprawca - mówi ofiara wykorzystywania seksualnego przez księdza.

Patrycja, 26-latka z miasta w diecezji gliwickiej, ma za sobą traumatyczne przeżycia. W dzieciństwie była wykorzystywana seksualnie przez członka najbliższej rodziny. Nie potrafiła sobie z tym poradzić. Pojawiły się kłopoty w szkole, wagary, alkohol. Kiedy miała 15 lat, w jej życiu pojawił się ksiądz – opiekun grupy młodzieżowej, jej nauczyciel religii, w końcu także spowiednik. Dziewczyna opowiedziała mu o traumie, której doświadczyła. 28-letni wówczas duchowny przyjął rolę opiekuna. Dziewczyna zwierzała mu się ze swoich problemów, oczekując od niego pomocy. Z czasem ich relacja zaczęła się zacieśniać: wyjścia razem do kina, restauracji, spędzanie razem czasu. W pewnym momencie ksiądz skrócił dystans. Pojawiły się pocałunki, potem seks. Trwało to sześć lat. Patrycja w końcu zdała sobie sprawę z tego, że padła ofiarą manipulacji i że jest wykorzystywana seksualnie. Rozpoczęła terapię, zerwała z duchownym wszystkie relacje. Po kilku latach terapii, zgłosiła fakt wykorzystania w gliwickiej kurii.

O swoich doświadczeniach, braku empatii ze strony organów ścigania, reakcji środowiska i mediów opowiada po raz pierwszy.

Tomasz Krzyżak: - Patrycjo, z tego co wiem, nie chciałaś zgłaszać swojej krzywdy ani w kurii, ani prokuraturze. Długo się z tym zmagałaś i ostatecznie zgłosiłaś się do kurii. Kto cię do tego przekonał, zachęcił?

- Samo zmaganie się, żeby to w ogóle zgłosić, zajęło co najmniej dwa lata. Byłam temu bardzo przeciwna. Ostatecznie zrobiłam to dobrowolnie, sama podjęłam tę decyzję, natomiast była to sugestia i duża pomoc mojej terapeutki, pani Ewy, i przyjaciół. Mieli argumenty, którym się przez dwa lata opierałam, tłumacząc sobie, że zgłaszając tę sprawę, zrobię krzywdę temu człowiekowi, zniszczę mu życie. To był mój koronny argument. Po tych dwóch latach przełamałam się, chyba głównie dlatego, że dotarło do mnie, że poza mną mógł zostać skrzywdzony także ktoś inny.

Zgłaszasz do kurii, że przez kilka lat byłaś uwodzona przez księdza. Co zrobiła strona kościelna?

- Bardzo szybko podjęli działania, zawiesili księdza i rozpoczęli swoje postępowanie. Równocześnie delegat do spraw ochrony dzieci i młodzieży poinformował mnie, że musi sprawę zgłosić do prokuratury. Bo tam był także wątek innego przestępstwa. Ten ksiądz miał pewne informacje na temat przestępstwa uzyskane w spowiedzi i kierownictwie duchowym - które zresztą potem wykorzystywał przeciwko mnie – ja niestety musiałam te informacje w kurii ujawnić. A kuria musiała zgłosić sprawę do prokuratury.

Ale ty do prokuratury iść nie chciałaś.

- Nie, nie chciałam. Nie widziałam sensu. Zresztą nadal, powiedzmy sobie szczerze, średnio go widzę.

Kościelne postępowanie dość błyskawicznie ruszyło. Ksiądz został zawieszony, ale pojawiła się jakaś grupa jego obrońców.

- Bardzo duża grupa. Kuria od razu wezwała tego księdza, on się przyznał, więc od razu został zawieszony. Natomiast nie został w żaden sposób odizolowany, nie miał w ogóle żadnego zakazu komentowania sprawy, a nawet jeżeli taki zakaz był, to nie był w żaden sposób respektowany. On poszedł od razu z komentarzami do różnych ludzi, rozniosła się plotka - oczywiście wszędzie moje imię i nazwisko...

Ale zniknął z parafii?

- Tak, przez jakiś czas nie był w ogóle na żadnej parafii. Natomiast diecezja gliwicka jest mała, więc informacje rozniosły się błyskawicznie. Ale jedyną osobą, która zabierała głos w sprawie, był ten ksiądz. Wszystkim przedstawił sytuację tak, że to są fałszywe zarzuty. Kuria nie wypowiedziała się w tej kwestii, mimo, że prosiłam o wydanie oświadczenia, tłumaczącego, dlaczego on został zabrany z parafii, dlaczego był potem aresztowany, i że to nie jest tak, że ktoś wymyślił zarzuty. Ksiądz proboszcz mojej parafii również nie dbał o zachowanie w dyskrecji tej sprawy. Wręcz przeciwnie, doniósł o tym moim rodzicom, których nie chciałam w tym momencie informować o mojej decyzji, żeby iść do kurii, za co oczywiście nie poniósł żadnych konsekwencji.

Ostatecznie od strony kościelnej sprawa skończyła się tak, że on odszedł ze stanu kapłańskiego na własną prośbę.

- Tak, natomiast znów przedstawił sprawę tak, że to kuria mu nie pomogła, i że zrobiono mu krzywdę. Znów żaden komentarz nie wyszedł z żadnego rzetelnego źródła, nie było np. oświadczenia kurii. Większość ludzi w mojej okolicy w związku z tym jest przekonana, że odszedł ze względu na to, że moje rzekomo fałszywe oskarżenia zniszczyły jego reputację.

Czyli innymi słowy sprawca wykreował się na ofiarę?

- Tak to wygląda.

Kuria udzieliła ci jakiejś pomocy?

- Zanim zgłosiłam sprawę, chodziłam już na terapię do pani Ewy. Kiedy się zgłosiłam do kurii, zaproponowano mi terapię, ale wtedy za nią podziękowałam. Dopiero później moja terapeutka zasugerowała, że mogę poprosić o finansowanie terapii, która już trwa, bo dotąd robiłam to z własnych środków. Dopiero po tej sugestii, że taka możliwość w ogóle istnieje, zgłosiłam się w tej sprawie do kurii i finansowanie otrzymałam.

Przejdźmy do cywilnego wymiaru sprawiedliwości. Rozpoczyna się postępowanie w prokuraturze, składasz zeznania w obecności biegłego psychologa, który stwierdza, że nie konfabulujesz, że twoja historia jest wiarygodna. I co się dzieje?

- Rusza bardzo rozwlekły w czasie proces badania przez prokuraturę, natomiast po moim zeznaniu, po przesłuchaniu oskarżonego, bardzo szybko zapada decyzja o jego aresztowaniu. Byłam zdziwiona, że nastąpiło to tak szybko, i że w ogóle był aresztowany. On oczywiście złożył apelację, która została przyjęta i środek zapobiegawczy został zmieniony na łagodniejszy. W trakcie toczącego się postępowania były przesłuchania, bardzo dla mnie trudne. Musiałam kolejny raz i to obcej osobie opowiadać o traumatycznych przeżyciach ze wszystkimi szczegółami. W pewnym momencie postępowanie prokuratorskie zaczęło się rozwlekać, były zapewnienia, że jest już na ostatnim etapie badania, i nagle po około półtora miesiąca sprawa zostaje umorzona.

Czyli najpierw prokuratura wnioskuje o areszt, twierdząc, że mamy do czynienia z groźnym przestępcą, sąd się do tego przychyla, potem areszt zostaje zamieniony na dozór policyjny, prokuratura dalej prowadzi postępowanie i po kilku miesiącach ta sama prokuratura umarza postępowanie?

- Dokładnie tak. Przed samym końcem postępowania, gdzieś miesiąc wcześniej, kontaktowałam się z prokuratorem, ponieważ chciałam wejrzeć w akta sprawy. Powiedział, że akta zostały odesłane do prokuratury w Gliwicach, i że jak wrócą do Zabrza, to się ze mną skontaktuje, i będę mogła je zobaczyć. Już tego kontaktu nie było; nie dostałam informacji, że te akta wróciły, natomiast dostałam pismo z umorzeniem sprawy.

Zatem prokurator najpierw uważał, że przestępstwo jest, później uznał, że go jednak nie ma i to umorzył. Ale twój pełnomocnik składa zażalenie.

- Tak, apelacja trafia na wokandę do sądu, który, kolokwialnie mówiąc, zmiażdżył prokuraturę. Nie było żadnych wątpliwości, że ta wina jest. Podstawową sprawą jest wykorzystanie zależności i to, że on był moim nauczycielem w szkole. To było kompletnie pominięte w postępowaniu prokuratorskim, mimo, że składając zeznania, mówiłam o tym. Dla sądu umorzenie tej sprawy było więc kompletnie absurdalne. Pismo, które dostałam od prokuratora, było dla mnie bardzo żenujące, wręcz sugerujące mi, że to ja jestem winna. Prokurator uzasadnił umorzenie sprawy argumentując, że przez to, iż w trakcie mojego związku z byłym księdzem dostawałam od niego różne prezenty, można rozumieć moje postępowanie jako nastoletnią prostytucję. To pismo też bardzo emocjonalnie, psychicznie się na mnie odbiło. Przez moment zastanawiałam się czy prokurator nie ma racji i czy rzeczywiście nie jestem winna całej tej sytuacji. Rozważałam czy rzeczywiście jest sens składać apelację i kontynuować proces, w którym fakty są przeinaczane, a najintymniejsze i zarazem najbardziej krzywdzące momenty mojego życia są wyciągane do wiadomości osób postronnych, które żyją obok mnie.

Sprawa wróciła do prokuratury – tej samej, co poprzednio, zabrzańskiej?

- Tak.

I dzieje się coś w tej sprawie?

- Dzieje się tyle, że po kilku tygodniach dostałam informację, iż zmienił się prokurator prowadzący sprawę. Było to dla mnie rzeczą oczywistą, wręcz byłam zdziwiona, że w ogóle nie było takiej decyzji od razu. I dostałam wiadomość, że prokurator rozpoczyna po raz kolejny przesłuchania świadków. Od czasu, kiedy sprawa wróciła do prokuratury, czyli już dobrych kilku miesięcy, nadal są jakieś działania, ale nie wiadomo jakie. Wiem tyle, że w ostatnim czasie znów duża grupa osób została przesłuchana.

Byłaś w tym nowym postępowaniu przesłuchiwana?

- Nie. Zresztą z prokuratury nie uzyskuję żadnych informacji, jedynie to, co uda się mojemu pełnomocnikowi dowiedzieć.

Jako osoba poszkodowana w nowym postępowaniu prokuratorskim w ogóle się nie spotkałaś z prokuratorem?

- W ogóle.

Dość dziwne.

- Jak wiele rzeczy w tej sprawie.

Co masz na myśli?

- Są teraz znów wzywane do prokuratury na przesłuchania osoby, które w ogóle, kompletnie nie mają nic wspólnego z tą sprawą - były np. tylko przez miesiąc w grupie młodzieżowej.

Poza tym sam sposób zbierania danych tych osób do przesłuchań. Już kiedy był ten pierwszy prokurator, działo się to tak, że do proboszcza mojej parafii (o czym dowiedziała się moja przyjaciółka z jego relacji), policjantka z Zabrza napisała e-maila, że potrzebuje listę osób, które uczestniczyły w grupie młodzieżowej, wraz z datą i miejscem urodzenia.

Skąd proboszcz miał wziąć datę i miejsce urodzenia?

- Chodziło po prostu o to, żeby zrobił listę tych osób. Nikt z nas, kto został poproszony o te dane, nie widział tego wezwania - to było tylko przekazane przez księdza proboszcza. I on poprosił jedną z osób z tej grupy młodzieżowej, żeby taką listę utworzyła, więc każdy z nas został poproszony o te dane - łącznie z tymi, którzy tylko przewinęli się przez jakąś tam chwilę i w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi, o czym jest sprawa.

Ta grupa młodzieżowa działa?

- Już się rozpadła, natomiast byłam tam przez całe lata.

Czyli w momencie, gdy zgłosiłaś tę sprawę do kurii, to ta grupa już nie istniała?

- Tak, nie istniała.

Pytam o istnienie grupy, bo jestem ciekawy, jak po tym zgłoszeniu cię traktowano.

- Mimo, że grupa nie istnieje, to twoje pytanie jest zasadne. W momencie, kiedy ta sprawa została ujawniona, kiedy pojawił się pierwszy artykuł w gazecie, zaczęłam być zalewana telefonami. Nie będę ukrywać, że moja sympatia z tą osobą była widoczna - właściwie nie tyle sympatia, co faworyzowanie mnie - więc nie było trudnym po tym artykule się domyślić, że chodzi o mnie.

Jak się czułaś po tych artykułach? Wspomnijmy, że powstawały bez twojego udziału a jedynie na bazie informacji pozyskanych od samego księdza, z prokuratury, z policji.

- Podle. W tych artykułach były informacje, przekazane przez prokuraturę. Była wypowiedź rzecznika prokuratury, ale też były informacje z przebiegu śledztwa. Ze mną nikt się nie kontaktował. Cała narracja tych artykułów była dość sceptyczna do mojej osoby. W pierwszym artykule ujawniane są informacje np. o kupowaniu przez księdza prezentów i zapraszaniu mnie na wyjścia i wyjazdy. Nie rozumiem w ogóle celu ujawniania takich informacji w artykule, to nie jest sednem tej sprawy. W moim odczuciu sugeruje, że sama jestem sobie winna.

W drugim artykule redaktor gazety ujawnia bardzo delikatne i bolesne dla mnie informacje o moim życiu. Bardzo niewiele osób do tej pory słyszało tę historię, a teraz wie o tym całe moje środowisko. Niestety nie wystarczy zmienić imienia, wszyscy i tak wiedzą o kogo chodzi. Ten redaktor w jakiś sposób otrzymał całe akta sprawy z prokuratury, których zresztą mi samej nie udało się nigdy zobaczyć. Gdybym wiedziała, że moje 5-godzinne przesłuchanie w prokuraturze zostanie ujawnione i te wszystkie szczegóły pojawią się kiedyś w gazecie, nigdy bym się na to nie zdecydowała. Tak naprawdę oni w tym momencie niszczą mnie.

Mieszkasz w małej miejscowości, jesteś natychmiast rozpoznawalna. Jesteś w stanie opowiedzieć o tym doświadczeniu?

- Oba artykuły, które się pojawiały, były po prostu niezwykle żenujące. Nie było w nich też żadnej formy współczucia, delikatności, zwrócenia uwagi na to, jak się określa osobę poszkodowaną, w jakim świetle się ją stawia. Po prostu się czułam jak jakiś temat, który ma zwiększyć liczbę czytelników gazety. Bardzo wiele było też komentarzy, że „a to taki dobry ksiądz był”, „dobre kazania mówił”, a to że coś sobie ktoś wymyślił, czy że to fałszywe oskarżenia. To była po prostu ponowna wiktymizacja i takie wmawianie, że to jest wina tej poszkodowanej, że ona mu weszła do łóżka itd.

Żaden z dziennikarzy się z tobą nie kontaktował?

- Absolutnie żaden. Pan redaktor, z którym skontaktował się mój pełnomocnik, zasłonił się tym, że zmienił imię, a poza tym to ludzie mają prawo do informacji o takich rzeczach.

Z dziennikarzem kontaktował się twój pełnomocnik?

- Dokładnie.

Przebieg tego postępowania prokuratorskiego powinien twoim zdaniem wyglądać inaczej?

- Jestem o tym przekonana. Ale nie wiem, jak to powinno się toczyć, bo nie jestem prawnikiem. Natomiast na pewno nie w takiej formie, jak teraz, bo jest to kompletny absurd. Zero ochrony osoby poszkodowanej, zero ludzkiego spojrzenia na nią, na to, że ona też pewne rzeczy przeżywa, i że ujawnianie informacji o niej ma konsekwencje. Czuję się jak przedmiot, a przedmiotem nie jestem!

Jak się teraz czujesz?

- Generalnie nieźle, trochę się poskładałam. Ale cała ta sprawa jest dla mnie kompletnie absurdalna. Jestem po sześcioletniej terapii, naprawdę musiałam sobie życie układać od nowa. Nie wyobrażałam sobie tego, że sprawa tak się potoczy. Boję się myśleć, co by było, gdyby trafiłoby to na osobę, która nie jest pod taką opieką jak ja - czyli pod opieką terapeuty i pod opieką osób, które są rzetelnie przygotowane do tego, żeby mi w tym pomóc.

Chcesz powiedzieć, że bez wsparcia, bez terapii można się całkiem załamać?

- Śmiało mogę tak powiedzieć. Przez różne sytuacje, które wychodziły w toku tej sprawy, miałam bardzo duże problemy emocjonalne. Byłam bliska załamania się. Gdyby nie wsparcie, które otrzymuję, mogłoby się skończyć tragicznie. Nie dość, że żeby zgłosić taką sprawę trzeba pokonać najpierw siebie i swoją traumę, potem przejść przez wielogodzinne przesłuchanie. Po drugie, ma się przeciwko sobie całą najbliższą społeczność, która staje po stronie popularnego i lubianego księdza. Po trzecie, jako osoba poszkodowana nie ma się zupełnie żadnej kontroli nad przepływem informacji z prokuratury, nad tym jak się zostanie nazwanym w ogólnopolskiej prasie, ani jakie komentarze każdy czytelnik może o moim życiu napisać. Nie mówiąc już o wysiłku, który trzeba włożyć w to, żeby publicznie stanąć przeciwko osobie, od której kiedyś zależało wszystko i ile lat terapii potrzeba, aby zrozumieć, że tamta osoba wtedy wcale mnie nie ratowała, ale krzywdziła. Cały system i sposób w jaki jest prowadzona ta sprawa, naprawdę doprowadza do absurdalnej sytuacji, kiedy za zebranie się na odwagę powiedzenia prawdy w imię tego, żeby inne dziewczyny też nie zostały w ten sposób skrzywdzone i w imię ratowania Kościoła, którego częścią jestem, nie otrzymuje się wsparcia i sprawiedliwości. Trzeba się liczyć z tym, że będzie to początek wielu upokorzeń i pozbycia się wszelkiej prywatności. Że zgłaszając przestępstwo, ponoszę o wiele większy koszt niż sprawca.

Jeśli dobrze pamiętam, prokuratura zajmuje się sprawą już ponad półtora roku?

- Tak. I końca nie widać, bo myślę, że jeżeli zakończy się postępowanie prokuratorskie tak, jak było zapowiadane w czerwcu, to jeszcze długa droga w tej sprawie.

Ten ksiądz, po opuszczeniu stanu kapłańskiego, mieszka w dalszym ciągu w tej miejscowości?

- Tak, mieszka i to z kolejną swoją dziewczyną, o czym dowiedziałam się już później. Tzn. miałam świadomość, że może tak być, że on będzie miał inną dziewczynę, natomiast cały czas wypierałam to. Później się okazało, że on utrzymywał relacje z kolejną dziewczyną, już z innej parafii, i po odejściu ze stanu kapłańskiego zamieszkał z nią i nadal mieszka na terenie już nie mojej parafii, tylko następnej, w której posługiwał.

W tym samym mieście? Nie obawiasz się tego, że kiedyś go spotkasz?

- Bardzo się boję. Za każdym razem, gdy jestem w takich miejscach, gdzie np. często przebywaliśmy razem, albo gdzie lubił jeździć, bardzo się boję. Nie wiem, jaka by mogła być moja reakcja. Myślę, że po prostu bym uciekła, natomiast jest we mnie wiele żalu do tego człowieka, wiele zawodu w stosunku do niego.

Rozmawiał Tomasz Krzyżak

Jest dziennikarzem, kierownikiem działu krajowego "Rzeczpospolitej". Absolwent kursu „Komunikacja instytucjonalna Kościoła: zarządzanie, relacje i strategia cyfrowa” na papieskim Uniwersytecie Santa Croce w Rzymie. W wydawnictwie WAM wydał: "Nie mam nic do stracenia - biografia abp. Józefa Michalika" oraz "Wanda Półtawska - biografia z charakterem"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Justyna Kaczmarczyk
22,55 zł
32,22 zł

Zranieni w Kościele – wysłuchać, zrozumieć, pomóc

Lata traumy, emocjonalne zamknięcie, depresja – to tylko niektóre skutki, z którymi muszą mierzyć się osoby wykorzystane seksualnie. Co czuje osoba skrzywdzona przez księdza? Na jaką pomoc może...

Skomentuj artykuł

Osoba wykorzystywana seksualnie: "Nie jestem przedmiotem!" [WYWIAD]
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.