"Żadna mama nigdy nie przestaje czekać". Ukraińska matka po śmierci syna pomaga innym
Oleksandr miał 29 lat, gdy zginął na froncie, broniąc Ukrainy. Jego matka, Lyubov, mówi dziś, że nie istnieje większy ból niż pochowanie własnego dziecka. Po miesiącach rozpaczy zaczęła pomagać innym matkom i żołnierzom. "W każdym chłopcu widzę mojego syna" – opowiada w poruszającym świadectwie opisanym przez Vatican News.
W sytuacjach skrajnego cierpienia, nadzieja nie jest jedynie pragnieniem lepszej przyszłości, ale staje się świadomą decyzją i sposobem na to, by przetrwać i nie pogrążyć się w rozpaczy. Wie o tym Lyubov, mama ukraińskiego żołnierza poległego na froncie.
Wspomnienie o "Sashuni"
"Sashunia" – mówi z czułością o swoim synu, Oleksandrze Tymczence, który 28 lutego 2024 roku poległ na froncie, broniąc ojczyzny. Miał 29 lat. "Takie to trudne – przyznaje kobieta w rozmowie z mediami watykańskimi – Ale staram się nie zamykać w sobie, staram się być potrzebna innym. Nikt z nas nie jest wieczny, a ja chciałabym, by pamięć, jaka o nim pozostanie była pełna jasności, godności, honoru".
Przed wojną Oleksandr nie odbył obowiązkowej służby wojskowej – otrzymał siedmioletnie odroczenie po tym, jak jego starszy brat zginął tragicznie w wieku 27 lat. Studiował na Uniwersytecie Agrarnym w Winnicy, gdzie obronił licencjat. Chciał kontynuować naukę, ale po śmierci brata zrobił przerwę i zaczął pracować z ojcem na roli, operując kombajnem. "Bardzo kochał pola – wspomina matka – zbieranie pszenicy i kukurydzy. Martwił się o małe króliki, żeby ich nie zranić podczas żniw. Kochał naturę, ryby. Był chłopcem o wielkiej dobroci".
"Niech będzie, co ma być"
Gdy rozpoczęła się pełnoskalowa rosyjska inwazja, Oleksandr postanowił, że razem z ojcem dobrowolnie wstąpi do sił zbrojnych. Przez kilka miesięcy służył w obronie terytorialnej, potem trafił na granicę z Białorusią, a następnie do Krasnohorivki w obwodzie donieckim. Został zraniony w kolano, przeszedł operację i rehabilitację. W czasie rekonwalescencji udało mu się wrócić na chwilę do domu, ale jeszcze przed jej zakończeniem postanowił wrócić na front. "Zadzwonił do niego dowódca – opowiada Lyubov – mówiąc, że musi wracać, bo brakuje ludzi".
Wrócił do Krasnohorivki. Trzy dni później wszyscy dostali rozkaz przemieszczenia się na linię frontu. I właśnie tam Oleksandr zginął. "Ostatni raz rozmawialiśmy 28 lutego, około 21.00. Powiedział do mojego męża: ‘sytuacja jest bardzo trudna. Daj mi mamę do telefonu’. A ja mu mówiłam: ‘synku, dopóki jesteś z nami, mamy życie, mamy nadzieję i radość’. Trudno mu było rozmawiać, tyle było wokół hałasu, strzałów i eksplozji".
"Mamuniu, wszystkiego dobrego, a ze mną niech będzie, co ma być" – odpowiedział z niespotykanym wcześniej chłodem w głosie. "To były nasze ostatnie słowa. Tej nocy nie spałam, byłam bardzo niespokojna. Myślę, że żadna mama nie powinna przeżywać takiego bólu. Była godzina 02.15, kiedy poczułam ogromny niepokój i ból, jakby ktoś rozcinał mnie na pół mieczem. Później dowiedziałam się, że dokładnie wtedy mój syn zginął, zabity przez drony".
Ciało Oleksandra przywieziono do domu, a rodzice zorganizowali pogrzeb. Przyszło tak wiele osób, że do godz. 4.00 nad ranem nieprzerwanie stali w kolejce, by pożegnać młodego żołnierza. "Tak bardzo chciałam zostać sama z moim dzieckiem, nie mogłam znaleźć ukojenia. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło" – wspomina Lyubov. Jako matka musiała zobaczyć i dotknąć ran syna, by zrozumieć, że jego ziemskie życie już nie powróci.
"Żadna mama nigdy nie przestaje czekać"
Gdy Lyubov widzi na ulicy żołnierzy, podchodzi i pyta, czy może ich przytulić. Ma wrażenie, że w ten sposób przytula syna. Raz spotkała żołnierza, powracającego z frontu. Gdy go objęła, poczuła zapach wojny, dymu. "Kiedy Sashunia wracał, nigdy nie pozwalał mi nawet dotknąć swoich ubrań – sam wrzucał je do pralki, żebym nie poczuła tego zapachu. Poczułam go dopiero wówczas, gdy przywieziono mi jego rzeczy po śmierci. Ułożyłam wszystko na komodzie, jak w muzeum. Chodzę tam, mówię do tych ubrań. W szafie też są jego rzeczy. Piorę je i odkładam na miejsce, bo Sashunia wróci. Żadna mama nigdy nie przestaje czekać, nawet jeśli widziała swoje dziecko w trumnie. Bo nie ma większego bólu niż pochować własne dziecko".
Minęły ponad dwa lata, a rodzice Oleksandra nadal drżą, kiedy koło domu przejeżdża samochód. Bo ich Sashunia zawsze przyjeżdżał niespodziewanie. "Pojawiał się akurat wtedy, kiedy miałam jakiś problem, był niczym promień słońca. Dziś nadal czekamy na niego, jak na ten promień – mówi Lubov – Kiedy słyszymy auto lub motocykl, wydaje nam się, że to on. Moja dusza jest tak zmęczona, a ja wciąż czekam."
"Nasze rany krwawią tak samo"
W sierpniu 2024 r. Lyubov została zaproszona do udziału w inicjatywie "Matki z Domu Ojca Pio". Na początku wahała się, ostatecznie jednak pojechała do Kijowa, do parafii braci mniejszych kapucynów, prowadzących ów dom. "Nie potrafię sobie wyobrazić, kim dziś bym była; gdybym tam nie pojechała, już bym chyba oszalała".
Dzięki otrzymanej pomocy, Lyubov nauczyła się żyć na nowo, "by zachować jasną pamięć o synu".
Wspólne sesje psychologiczne i dzielenie bólu z pozostałymi 16 matkami, dały jej siłę, by ruszyć dalej. Wraz z nimi udała się też do Watykanu, gdzie spotkała Papieża. Jak mówi, między matkami, które opłakują swych synów, zawiązała się niemal rodzinna więź. "Nasze rany krwawią tak samo". Zaś otrzymana od specjalistów pomoc okazała się prawdziwym "ukojeniem dla duszy".
Pomoc – a czasem po prostu uścisk
Wielu towarzyszy broni i przyjaciół Oleksandra nadal kontaktuje się z jego rodzicami i ich odwiedza. Zaś Lyubov i grupa kobiet z jej wioski Zabolotne, także tych, które mają już ponad 80 lat, zajmują się pomocą żołnierzom: przygotowują jedzenie, szykują paczki, organizują, co tylko mogą.
Pewnej zimy, gdy mróz był wyjątkowo dotkliwy, Lyubov zobaczyła w mediach społecznościowych post kobiety, proszącej o świece dla żołnierzy na froncie. "Wyprodukujemy je" – odpisała, prosząc o adres wysyłki. Jakiś czas potem zadzwonił do niej żołnierz, imieniem Wadym. "Mamo Lyuba, właśnie wokół tych świec. Po raz pierwszy od dwóch tygodni czujemy ciepło i mamy ciepłą wodę".
"To napełniło mnie radością – wspomina kobieta – Miesiącami, ilekroć widziałam ogień, wyobrażałam sobie grzejących się przy nim żołnierzy. Miałam wrażenie, że mogę im przekazać to ciepło".
Żołnierze, także ci, którzy nie znali wcześniej jej, ani Oleksandra, często ją odwiedzają. "W każdym chłopcu widzę moich synów i kocham ich wszystkich" – mówi Lubov. Tym, którzy przeżywają żałobę, odważna mama radzi, by się nie zamykać w sobie, nie wpadać w gniew i żyć pełnią życia, bo "wszyscy jesteśmy tutaj tylko gośćmi i musimy przejść tę drogę godnie, choćby była najtrudniejsza".


Skomentuj artykuł