Święte rodziny poza schematem

Święte rodziny poza schematem
(fot. depositphotos.com)

Karolina od dziecka wie, że „prawdziwa” polska rodzina powinna składać się z rodziców czułych względem siebie nawzajem i zaangażowanych w wychowanie swoich latorośli. Sama jednak nie ma raczej szans na doświadczenie czułości ze strony męża, a ich jedyny syn, począwszy od tego roku, będzie miał „dwa domy” - niedawno zapadła ostateczna decyzja o rozwodzie.

Krystian rozumie, że tak zwana „siła rodziny” to przede wszystkim bliskość z tymi, których się kocha - ale na przykład Święta Bożego Narodzenia spędza tylko z żoną. Para od lat stara się o dziecko, a rodzice przy każdej wizycie składali małżonkom ponaglające życzenia „licznego potomstwa”, które zadawały im ból. Jednak to, że część z nas żyje w rodzinach, które nie wpisują się w tradycyjny schemat, nie oznacza wcale, że mamy zamkniętą drogę do szczęścia i do świętości.

Rozwód miał być końcem świata i śmiercią rodziny

Karolina, odkąd pamięta, marzyła o udanym małżeństwie i dość licznej rodzinie - ponieważ dość wcześnie wyszła za mąż, była pewna, że urodzi co najmniej troje lub czworo dzieci. Wychowała się w rodzinie katolickiej, w której nierozerwalność sakramentalnego małżeństwa uznawana była za coś oczywistego. O swoich młodzieńczych planach mówi dość konkretnie: "Rozwód był tym czymś, co przydarza się innym, ale nie mnie, która miała wyjść za mąż z wielkiej miłości". Po około czterech latach od ślubu, w okolicach trzecich urodzin syna, otrzymała jednak dwie druzgocące wiadomości: pierwsza była taka, że mąż, któremu ufała bezgranicznie i który był jej pierwszą miłością, kogoś miał. A druga: wcale nie zamierzał się z tym kimś rozstawać.

Były łzy, spadek wagi, poczucie braku sensu życia i ogromne poczucie winy względem dziecka, któremu Karolina chciała zapewnić "męski wzór". "Wydawało mi się, że rozwód, którego chciał mój mąż, to koniec mojego świata i śmierć rodziny takiej, jak sobie wymarzyłam od dziecka" - wspomina. Kobieta przyznaje, że próbowała walczyć o powrót męża, ale on był zdecydowany, aby rozpocząć wspólne życie z nową partnerką. Najbardziej przerażające - poza samotnym wychowaniem syna - wydawało się jej właśnie "widmo" nadchodzących Świąt, których to po raz pierwszy od lat miała nie spędzać z mężem i jego rodziną, którą od początku bardzo lubiła. Ale później, w dość szybkim czasie okazało się, że poza swoim żalem i smutkiem, Karolina posiada wiele zasobów: po odejściu męża znalazła pracę, dzięki której, jak mówi: "nie będzie biedną, samotną matką".

Wydawało mi się, że rozwód, którego chciał mój mąż, to koniec mojego świata i śmierć rodziny takiej, jak sobie wymarzyłam od dziecka.

Otrzymała również ogromne wsparcie od swoich rodziców i dziadków, którzy - choć tego się obawiała - nie obwiniali jej o rozpad rodziny, lecz otoczyli troską jej syna. To właśnie jej matka zwróciła uwagę, aby mimo cierpienia, jakiego przysporzył jej mąż, nie próbowała izolować od niego dziecka. Karolina wie, że ich spotkania i wspólna opieka nad potomkiem nie będą należały do łatwych, ale jednocześnie zdała sobie sprawę z tego, że choć jej rodzina będzie już inna - to nie zabraknie jej wsparcia. Jej syn jest otoczony bezwarunkową miłością, a ona sama może bez skrępowania rozmawiać z rodziną o swoich trudnych emocjach: "Mama i tata, choć nigdy bym go o to nie podejrzewała, są zaangażowani, ale nie narzucają mi niczego. Syn mnóstwo czasu spędza ze swoimi kuzynami, więc nie jest samotnym dzieckiem. Wiem, że te Święta będą trudne, po porzuceniu potrzeba czasu, by wszystko sobie poukładać. Dotarło do mnie jednak, że tworzymy prawdziwą rodzinę - nawet jeśli inną od tej, która wydawała mi się moim przeznaczeniem".

Jesteśmy we dwoje, ale nie nie patrzę już na to jak na klątwę 

Krystian to mężczyzna po trzydziestce, którego znam od dość długiego czasu. Kiedy wspomniałam mu, że będę przygotowywać tekst o różnych obliczach rodziny, zapytał, czy jego historia się "nada" (można powiedzieć, że mnie uprzedził, gdyż sama planowałam zapytać o to, czy nie opowiedziałby o swoich losach). W tej części tekstu postanowiłam więc oddać mu głos.

Pierwsze Święta spędzone bez rodziny były dla mnie trudne, a dla mojej żony - koszmarne. Ale pewnie interesujące jest bardziej to, w jaki sposób do tego doszło. Zaraz po ślubie zaczęliśmy starać się o dziecko. Oboje chcieliśmy być rodzicami, zwłaszcza, że akurat wielu naszych znajomych spodziewało się dzieci (taki "baby boom"). Ale gdy po roku wciąż nie było śladu po dziecku, zaczęliśmy się diagnozować i leczyć. Szczegółów nie będę zdradzał, w każdym razie sprawa jest skomplikowana. Tymczasem moi i żony rodzice bardzo nas ponaglali - przy łamaniu się opłatkiem nawet moja mama uroniła łzę mówiąc, że czeka na wnuka. Myślałem, że jej jej trudno, wiem, że w takiej sytuacji potencjalni dziadkowie też przechodzą swoje. Ale potem rodzice powiedzieli mi, że pewnie moja żona mnie okłamuje i łyka tabletki albo jest egoistką.

Jesteśmy może trochę "inni" jako rodzina - wciąż nie chodzimy z wózkiem i świętujemy we dwoje, bo póki co musimy dbać o pewne granice.

Rodzice żony byli jeszcze mniej delikatni - kiedyś powiedzieli nam, że rodzina jest wtedy, kiedy jest choć jedno dziecko. Mieliśmy tego dość. W końcu podjęliśmy decyzję, że ograniczamy (choć nie zrywamy!) nasze kontakty. Zaczęliśmy stawiać granice, co dla mojej żony było naprawdę trudne - ona w trakcie tego procesu uświadomiła sobie, że miała zbyt bliską relację z rodzicami, zwłaszcza z matką, i postanowiła nad tym pracować. Święta spędzamy we dwoje - i nie patrzę już na to jak na klątwę, ale jak na szansę. Teraz staliśmy się naprawdę dojrzałymi ludźmi i widzę, jak głęboka jest więź między nami. Jeśli nie uda nam się począć biologicznego dziecka, to zdecydujemy się na adopcję - wcześniej nie przyszłoby nam to do głowy, bo rodzice obojga z nas są przeciwni. Teraz jednak sami decydujemy o sobie.

Z naszymi rodzinami mamy kontakt - spotykamy się podczas urodzin czy imienin rodziców, jednak Boże Narodzenie póki co chcemy mieć dla siebie. Oboje wierzymy w to, że Bóg uczyni nas rodzicami w odpowiednim czasie - biologicznymi lub adopcyjnymi, według Swojego planu. Nauczyliśmy się Mu ufać, a czas, który pozostał nam do momentu pojawienia się naszego dziecka, chcemy wykorzystać na jak najlepsze przygotowanie się do roli rodziców - czyli dbanie o naszą więź małżeńską. Jesteśmy może trochę "inni" jako rodzina - wciąż nie chodzimy z wózkiem i świętujemy we dwoje, bo póki co musimy dbać o pewne granice. Jestem jednak przekonany, że nic nas nie złamie i że zawsze będziemy wierni słowom przysięgi małżeńskiej. 

Mama była kochająca i silna jak tur - jest moją bohaterką

Janina kiedyś mówiła o sobie, że jest chodzącym dowodem na to, że rodzina zwana „niepełną” może być szczęśliwa i dać szczęście dzieciom. Teraz jednak śmieje się, że nie używa już tego określenia. Nie, nie dlatego, że inaczej postrzega swoje dzieciństwo i wczesną młodość, ale dlatego, że od paru miesięcy chodzi o kulach. "Co to by była za >>chodząca<< reklama?" śmieje się siedemdziesięciolatka. Swoją opowieść zaczyna od tego, że jej młodość rozgrywała się w czasach, gdy ludzie inaczej postrzegali samotnych rodziców i wszystkie rodziny „nietypowe”.

Losy rodziny ułożyły się tak, że jej mama musiała podołać zadaniu samotnego wychowania trójki dzieci - Janiny i jej dwóch braci. Kobieta prawie nie pamięta swojego ojca - jedynie parę urywków, podczas których jej rodzice bardzo się kłócili. Matka zdecydowała się na separację (nieformalną), ponieważ ojciec Pani Janiny był alkoholikiem niestroniącym od przemocy względem żony i synów. W społeczności małego miasta była to prawdziwa sensacja - niektóre znajome kobiety doradzały mamie, aby przyjęła męża z powrotem i starała się "nie rozstrajać mu nerwów", a inne - sugerowały, żeby znalazła sobie innego chłopa, bo "kobita tego sama nie udźwignie". Mama Janiny jednak, choć była osobą bez wykształcenia i wiedzy o mechanizmach działania przemocy w rodzinie, wiedziała, że w pewnym momencie należy powiedzieć "dość".

Świadomie podjęła się wychowania gromadki dzieci w małej kamienicy, w której - na początku - nie było nawet bieżącej wody. Ojciec natomiast mieszkał u brata, a później związał się z jakąś młodą, naiwną dziewczyną. "Nie czuł potrzeby odwiedzania nas" - wspomina Janina. "W tamtych czasach to było normalne, że mężczyźni piją i biją, ale samotna matka, która pogoniła takiego chłopa, była dziwadłem". Mama Janiny musiała ciężko pracować - za dnia w sklepie, a wieczorami robiła drobne poprawki krawieckie. Rodzina nie żyła w luksusie, ale dzięki gospodarności mamy niczego jej nie brakowało. Janina dostrzega również czułą stronę mamy: "Mama była ciepła i kochająca, często nas przytulała i śpiewała do snu. Była też silna jak tur - sama dźwigała na swoich barkach pracę i dom".

A my, wbrew temu, co gadali niektórzy, wyszliśmy na ludzi bez udziału ojca. Miałam i mam rodzinę wcale nie dziwaczną, lecz niezwykłą.

Po paru latach od rozstania ojciec Janiny zmarł. Matka, ku zdziwieniu kilku znajomych, poszła na pogrzeb i prawie codziennie modliła się za jego duszę - uważała, że on tej modlitwy naprawdę potrzebuje. Janina uważa też, że jej mama była bardzo postępowa, choć pewnie się za taką nie uważała - uczyła swoich synów szyć i gotować, bo zmuszało ją do tego życie. Dzięki temu bracia Janiny byli "nowoczesnymi" mężczyznami, gdy założyli już swoje rodziny. W rodzinie każdy z członków miał swoje obowiązki, choć dzieci miały też sporo swobody - matka Janiny chciała, aby jej latorośle miały szczęśliwe dzieciństwo. Janina uważa, że jej mama nauczyła ją niepodawania się, walki o swoje, a jednocześnie czułości.

Swoje dzieci wychowywała bez przemocy, choć wówczas "dyscyplinowanie" za pomocą rózgi i pasa było na porządku dziennym. Dzieci w tej "rozbitej", jak kiedyś mówiono, rodzinie, wiedziały również, że należy dzielić się tym, co się posiada - na wigilię przez wiele lat zapraszano schorowaną, samotną sąsiadkę. Czas Bożego Narodzenia był dla Janiny pięknym przeżyciem - było śpiewanie kolęd, długie rozmowy i pasterka. "Mama kształtowała w nas zdrową religijność" - zaznacza. "Zmarła po walce z rakiem, mając przy sobie nas wszystkich z małżonkami i dziećmi. Jestem pewna, że jest święta. Była moją bohaterką. A my, wbrew temu, co gadali niektórzy, wyszliśmy na ludzi bez udziału ojca. Miałam i mam rodzinę wcale nie dziwaczną, lecz niezwykłą".

Poza schematem również jest szczęście

Kiedy myślimy o rodzinach niewpasowujących się w schemat "prawdziwej, polskiej rodziny", często popełniamy pewien podstawowy błąd: skupiamy się na ich "brakach", problemach i trudnościach, kompletnie nie dostrzegając zasobów. Owszem, pierwsze miesiące po rozwodzie, separacji czy śmierci znaczącego członka rodziny mają prawo być bardzo trudne - ale jednocześnie zdecydowana większość tych rodzin ma wiele zasobów i szanse na szczęśliwe życie. Z psychologicznego punktu widzenia nie istnieje żaden "jedyny słuszny" model rodziny, który zapewniałby szczęście każdej osobie na świecie. Rodzina składająca się na przykład z samotnego rodzica z dziećmi może być rodziną naprawdę szczęśliwą i zżytą.

Istotne jest to, by członkowie rodziny wspólnie działali na rzecz jej dobra, a także nie tabuizowali problemów czy ewentualnych strat z przeszłości. Nie jest też prawdą, że tylko osoby żyjące w rodzinach składających się z rodziców, licznego potomstwa oraz dziadków mają szansę na zbawienie - osoby z doświadczeniem rozwodu w rodzinie, samotni rodzice czy małżeństwa dotknięte bezpłodnością również mają w Kościele swoje miejsce. Można przecież powiedzieć, że Święta Rodzina również była rodziną niestandardową, "niepasującą" do standardu epoki, w której toczyło się jej ziemskie życie - Jezus był jedynakiem (co w ówczesnym świecie było rzadko spotykane) i był wychowany przez mężczyznę, który nie był Jego biologicznym ojcem. Co więcej, pierwsze miesiące (lub lata - nie wiemy tego dokładnie) po urodzeniu Syna młodzi Rodzice wraz z Dzieckiem spędzili nie blisko kochających dziadków i krewnych, ale na uchodźstwie.

Fakt, że to właśnie ta wyjątkowa - i, przyznajmy, "niestandardowa" jak na swoje czasy Rodzina - jest dla wszystkich katolików wzorem, przypomina o tym, że Bóg czuwa nie tylko nad tymi, którzy doskonale wpasowują się w ludzkie schematy.

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Maja Komasińska-Moller
31,42 zł
34,90 zł

Święte kobiety wcale nie były doskonałe!

Ufały Bogu. Kochały. Rozwijały swoje mocne strony. Pozwalały, by bez względu na życiowe trudności wzrastało w nich dobro. Nie zawsze dawały radę. Czasem płakały. Popełniały błędy. Gubiły sens. Nie...

Skomentuj artykuł

Święte rodziny poza schematem
Komentarze (1)
EK
~Ewa Kondrat
25 stycznia 2020, 22:41
Dziekuje za artkul

Skomentuj artykuł

Święte rodziny poza schematem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.